Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

To sekcja, którą chcielibyśmy jak najczęściej gościć na łamach „Wyborcza to Wy”. W ub. tygodniu opublikowaliśmy listy nauczycieli z całego kraju o polskiej szkole w przedwiośnie 2018 r. W odpowiedzi dostaliśmy od Was wiele ciekawych głosów, za wszystkie bardzo Wam dziękujemy, dziś publikujemy tylko kilka z nich.

Czekamy na Wasze historie, obserwacje, przemyślenia. Zapraszamy do dyskusji nauczycieli, rodziców, uczniów. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Kilka przemyśleń nauczycielki po zniszczeniu edukacji w Polsce

Apeluję do młodych nauczycieli: nie angażujcie się za bardzo. Jeśli potraktujecie pracę jak misję, a dobro cudzych dzieci przedłożycie nad własne, nie starczy wam czasu, sił i środków na opracowanie planu B na własne życie. Mówi to wam starsza koleżanka na podstawie swojego doświadczenia.

Pracowałam w gimnazjum przez 18 lat. Mam 25 lat stażu pracy. Dużo czasu i wysiłku zajęło mi nauczenie się i wypracowanie metod pracy z nastolatkami, już nie dziećmi, ale jeszcze nie dorosłymi.

Do 2017 r. odczuwałam wielką satysfakcję z tego, co robię. Do czasu reformy każdy rok szkolny to nowe pomysły, kolejne propozycje dla dzieci, ale i szkolenia – za własne pieniądze i kosztem własnej rodziny.

Stan po „dobrej zmianie”: moja szkoła przekształcona w podstawówkę. Wypuszczamy po 100 dzieci z kolejnych roczników gimnazjalnych, w to miejsce przychodzi około 30 uczniów do szkoły podstawowej. Tuż obok dwie szkoły podstawowe z całym dorobkiem wielu lat, my zaczynamy od zera.

Sąsiednie szkoły widzą w nas wroga, robią wszystko, by nam nie dać urosnąć. Każdy uczeń na wagę złota.

Grono nauczycielskie: dużo osób już odeszło. Wiele odejdzie w najbliższych dwóch latach. Przyglądam się na razie, wkrótce i ja będę podejmować decyzje zawodowe.

Mogę zrobić tak jak koleżanka nr 1: w wieku 50 lat zaczyna od zera w nowej szkole, nowym środowisku, dostała umowę na rok. Lub jak koleżanka nr 2: z doktoratem z fizyki, nie starczyło dla niej godzin przedmiotu, opiekuje się dziećmi w świetlicy klas 1-3. A może jak kolega T.: łączy pracę w trzech szkołach, w każdej pojawia się na kilka godzin i znika, nie da się go zaangażować w żadne dodatkowe zadania, nieustannie się spieszy. Kto wie, może najlepsze wyjście to podążyć przykładem koleżanki nr 4: wiek 55 lat, przeszła na świadczenie kompensacyjne i dorabia w kasie w lokalnym supermarkecie. Paradoksalnie wzmacniają mnie te przykłady: dają poczucie, że dam radę i jeszcze ułożę sobie życie.

Ale jako matka i płatnik podatków mam poczucie wielkiego marnotrawstwa pieniędzy i wysiłku nas wszystkich. Ruina systemu edukacji dokonała się na naszych oczach, na co społeczeństwo się zgodziło, bo chętnie dokopało nauczycielom za te ich przywileje – 18 godzin pracy, wakacje itd.

A władze? One sobie poradzą. Już teraz ich dzieci znajdziemy raczej w płatnych szkołach prywatnych lub społecznych.

Mam apel do nauczycieli: ta reforma jeszcze się nie skończyła. Ten eksperyment trwa. Nie pozwólmy Annie Zalewskiej, minister do spraw „walki z edukacją”, uciec teraz do europarlamentu. Niech dokończy to, co zaczęła, i zmierzy się z kolejnymi problemami, które wywołała. Nagrody i apanaże niech dostanie „nasza” pani minister, gdy będzie widać pozytywne skutki jej działań.

Wedle powszechnej świadomości pracujemy 18 godzin. Nawołuję więc – zróbmy strajk i pracujmy faktycznie 18 godzin. Róbmy wszystko w trakcie lekcji, nic poza nią. Niech niezorientowani zobaczą, jak wyglądałaby szkoła, gdybyśmy pracowali tak, jak nam zarzucają.

Przy okazji: czy reporter telewizji pracuje tylko w czasie relacji telewizyjnej? Piłkarz tylko w czasie meczu? Skąd pomysł, że nauczyciel pracuje tylko w czasie lekcji?

Młodzi nauczyciele: nie angażujcie się za bardzo. Jeśli będziecie się angażować w pracę całym sobą, poczujecie tzw. misję, a dobro cudzych dzieci przedłożycie nad własne, nie starczy wam czasu, sił i środków na opracowanie planu B na własne życie i kiedyś możecie zostać z niczym. Mówi to wam starsza koleżanka na podstawie własnego doświadczenia.

B.K.

***

Jeśli nauczyciele się nie obudzą z tego letargu... Jaka przyszłość? Co z moim życiem? Jak sobie poradzę?

Te pytania pojawiają się w głowie każdego poranka, kiedy pokonuję 60 km pociągiem, by dojechać do przedszkoli na terenie Gdyni. Tam pracuję w trzech różnych miejscach. Kiedy kończę pracę z dziećmi, przyjemną, acz nie zawsze łatwą, wsiadam w kolejny pociąg i jadę 20 km, by kontynuować pracę w szkole podstawowej i gimnazjum. Bieganie i jazda pociągiem stały się już rutynowymi czynnościami.

Niestety zakup samochodu jest marzeniem, do którego długa droga i chyba nie do przejścia.

Praca w klasach gimnazjalnych należy do najtrudniejszych moich doświadczeń. Dziś szkoła nie chroni nauczyciela. Dyrekcja boi się o stanowisko, rodzice, którzy uważają się za wszechwładnych, traktują nauczycieli jak głupków, ciągłe pretensje, roszczenia, straszenie sądem, policją. Uczniowie, którzy pozwalają sobie na więcej każdego dnia, widzą bezsilność nauczycieli oraz wykorzystują prawo stojące po ich stronie.

Setki stron dokumentów, kursy, szkolenia, a to wszystko w ramach wolnego czasu, którego mam mniej z każdym miesiącem. By zrobić test, muszę mieć swój papier. Gdy uczy się w 9 klasach szkoły podstawowej i gimnazjum oraz 14 oddziałach przedszkolnych, koszty papieru w skali roku są ogromne.

Mam w sobie wielką pasję i chęć uczenia, pokazywania, jak piękny może być świat, który możemy odkryć, ale z pasji nie jestem w stanie przeżyć miesiąca. I chciałbym mieć pensję pana ministra Gowina. I choć słowa niefortunne, to pokazały, jakie jest myślenie ludzi w rządzie. Proponuję się zamienić.

4 miejsca pracy – 2 różne miasta

23 klasy – przedział wiekowy: od 3 do 16 lat

110 km dziennie w pociągu – 550 km tygodniowo – 2200 km miesięcznie – dojazd do pracy i powrót do domu

350 zł – koszty biletów miesięcznych

A to wszystko za jedyne 2200 zł na rękę.

Nie stać mnie na wynajęcie mieszkania w Trójmieście, żyję naprawdę na niskim poziomie, a kształcić ciągle się trzeba, ceny jakie są, każdy widzi.

Odpowiedzialność ogromna. Kontrole, dokumenty, egzaminy, stres, praca wieczorami, testy, przygotowywanie zajęć – by były one atrakcyjne, ciekawe, a nie tylko „odbębnione” czy przesiedziane. I tak z 29 godzin pracy w szkole robi się 40, czyli dokładnie tyle, ile przeciętny Polak pracuje.

Moja siostra, również po studiach, pracuje w korporacji: 8 godzin dziennie, pracy do domu nie zabiera, ma profity (opieka lekarska, karty sportowe, darmowe posiłki, napoje, pokój rekreacji, służbowy telefon, tablet itd.), a pensja to dwukrotność tego, co ja dostaję.

Czy tak pani minister sobie wyobraża polską szkołę? Czy za kilka lat nie będzie chętnych do pracy w takim miejscu, na tak odpowiedzialnym stanowisku? Nie można mówić o reformie polskiego szkolnictwa, jeśli ci, od których najwięcej zależy, są traktowani w tak ordynarny sposób. Jeśli nauczyciele się nie obudzą z tego letargu, jeśli nie przestaną się bać, to każdy rząd będzie z nami robił, co chciał. Niestety.

Mam nadzieję, że przyjdzie mi napisać niebawem list do redakcji „Gazety Wyborczej”, w którym to będę się cieszył z wykonywanego zawodu, który jest dobrze płatny, ma prestiż, daje satysfakcję. Niestety, dziś jak jest, wszyscy mogą przeczytać.

K.

***

O patologiach do pani minister

Mój syn uczy się w siódmej klasie szkoły podstawowej w Sulejówku. Ma co dzień 7-8 lekcji, 2-3 klasówki w tygodniu, co dzień spędza do wieczora czas nad nauką i odrabianiem prac domowych. Mamy problem, żeby jakiekolwiek zajęcia dodatkowe zmieściły się w jego kalendarzu. To jednak go nie wyróżnia, bo dotyczy też innych uczniów tego rocznika. Negatywną „ciekawostką” jest waga plecaka, o czym nie czytałem na łamach prasy. Zważyłem plecak, w którym były książki, zeszyty, strój na WF, bidon z napojem, kanapka. Waga: 12,5-13,5 kg. To mniej więcej jedna trzecia wagi mojego syna.

Książek nie można zostawić w szkole, bo są potrzebne do odrabiania prac domowych i nauki wieczornej, drugiego kompletu w szkołach nie ma, usłyszeliśmy, że zadawać nauczyciele muszą, bo materiału dużo i trzyletni materiał trzeba przerobić w dwa lata. Reforma miała być remedium na „patologie” mentalne, jak głosi pani minister, ale przyczynia się do patologii zdrowotnych.

Nurtuje mnie pytanie: czy są jakieś normy dla wagi tornistrów uczniów? Wydaje mi się, że rodzice mogą nie mieć świadomości, ile takowy tornister ich dzieci może ważyć. 

Piotr

***

Jak poradzić sobie z ciężkimi tornistrami

To proste, tak proste, że dla resortu oświaty nie do pojęcia.

Rok szkolny dzieli się na dwa semestry, bez względu na terminy przerwy zimowej. Podręczniki mogłyby być wydawane w dwóch zeszytach – nie książkach w grubych okładkach, ale zeszytach w plastikowych, ale trwałych okładkach, dla każdego semestru oddzielnie.

Korzyść podwójna – lżejsze tornistry i rozłożenie kosztów ponoszonych przez rodziców na zakup podręczników.

Stare przysłowie mówi: „chcieć to móc”, więc do roboty.

***

Czekamy na Wasze historie, opinie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.