Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka dni temu pisaliśmy o rozstrzygnięciu brytyjskiego plebiscytu BBC Music Sound Of. Jego prognozy od lat ułatwiają zidentyfikowanie w tłumie debiutantów tych, którzy w walce o najwyższą stawkę gotowi są stawić czoło gwiazdom, zawalczyć o szczyty zestawień sprzedaży płyt i wielkie sceny festiwali (przypomnijmy: wygrała śpiewająca po angielsku Norweżka Sigrid).

 

Polskiego rynku muzycznego nie da się porównać z tym, któremu przygląda się BBC, ale to nie znaczy, że brakuje na nim talentów wartych wsparcia. Co więcej to właśnie dopływ świeżej krwi stymuluje rozwój sceny muzycznej. Bez niego skazani bylibyśmy na nieustającą paradę przebojów sprzed lat.

Wielkim marzeniem naszego zmarłego w sierpniu 2017 r. kolegi Roberta Sankowskiego, wieloletniego dziennikarza „Wyborczej”, było zorganizowanie polskiego odpowiednika BBC Sound Of. Nie zdążył, więc postanowiliśmy zrobić to za niego i dla niego.

Sanki 2018. O co w tym chodzi?

Do współpracy zaprosiliśmy dziennikarzy, przedstawicieli agencji koncertowych, festiwali i klubów, ludzi zajmujących się promocją i popularyzacją muzyki (odpowiedziało nam 70 z nich). Poprosiliśmy ich o wytypowanie artystów, których w tym roku będziemy słuchać, o których będziemy dyskutować, którzy mają szansę zmienić polską scenę. To miała być fajna zabawa, ale przede wszystkim – a Robertowi zawsze na tym bardzo zależało – pomoc wartościowym debiutantom.

Nasz plebiscyt nazwaliśmy „Sanki” – nie tylko w hołdzie dla Roberta i nie tylko dlatego, że rozstrzygamy go zimą, lecz także dlatego, że mamy nadzieję, iż na naszych Sankach będzie można daleko zajechać.

Wybór nie był łatwy, a kryteria, które przyjęliśmy, okazały się dalekie od sportowej precyzji (cóż, tu jeszcze wyraźniej poczuliśmy różnicę między rodzimą sceną a potężnym rynkiem brytyjskim, gdzie o ostre kryteria znacznie łatwiej).

Co do pewnych założeń byliśmy jednak zgodni: nie miały znaczenia wiek artysty ani uprawiany przez niego gatunek muzyczny. Niechętnie patrzyliśmy na nowe projekty znanych wcześniej muzyków (choć tu dopuściliśmy pewne wyjątki), za to braliśmy pod uwagę tych, którzy prezentują własny, oryginalny repertuar. Nie przeszkadzały nam wydane już wcześniej płyty, o ile nie poszedł za nimi sukces komercyjny (mierzony obecnością w pierwszej pięćdziesiątce listy OLiS), ani występy w talent show (o ile nie mieliśmy do czynienia z finalistami).

Po podliczeniu głosów udało nam się wyłonić dziesiątkę znakomitych finalistów. Ala|Zastary, Decadent Fun Club, Lor, MIN t, Niemoc, The Pau, Pola Rise, Rosalie, Sonbird i Sorja Morja – wszystko wskazuje na to, że 2018 będzie ich rokiem, więc już dziś radzimy posłuchać i wybrać się na koncert.

Dopóki łatwo dopchać się pod scenę...

Sanki 2018: kiedy rozstrzygnięcie?

Komu wręczymy symboliczne sanki? Muzykowi lub zespołowi, który otrzymał najwięcej głosów od naszych jurorów. Każdy z ekspertów mógł zaproponować trójkę wykonawców, w kolejności od najmocniej rekomendowanego. 

W środę 31 stycznia w „Wyborczej” ogłosimy wykonawcę, który w plebiscycie zajął trzecie miejsce. W czwartek 1 lutego – miejsce drugie.

A kto wygra pierwszą edycję Sanek, okaże się w piątek 2 lutego.

Śledźcie nas na bieżąco na wyborcza.pl/sanki

PLEBISCYT SANKI 2018: FINALIŚCI

ALA|ZASTARY

Ala|ZastaryAla|Zastary WOJCIECH OLSZANKA / EAST NEWS

Czy oni przypadkiem nie są za starzy na obecność w rankingu przeznaczonym dla debiutantów? Za starzy stażem, ma się rozumieć.

Ona to Ala Boratyn. Karierę zaczynała w 2005 r. w wieku 13 lat jako połowa duetu Blog 27. Dziesięć lat temu wydała solowy debiut, chwilę później zaśpiewała to i owo dla serialu, po czym zniknęła.

On to Jakub Sikora, lider lubelskiej grupy Crab Invasion, nadziei na odświeżenie polskiego rocka przez otwarcie go na wpływy muzyki pop i funk. Spełnionej artystycznie, ale bez wielkiego wzięcia wśród publiczności.

 

Spotkali się w formacji New People, w której dzielą pomysły z pięcioma innymi osobami – najwyraźniej potrzebowali artystycznej przestrzeni wyłącznie dla siebie. Mamy do czynienia z doświadczonymi muzykami, ale mimo to postanowiliśmy posadzić ten duet na Sankach, bo ich propozycja ujmuje i jakością, i świeżością.

Twierdzą, że inspirują się filmami, podróżami i codziennością – i tak właśnie brzmią. Z jednej strony jak przygoda, z drugiej – jak cudownie nudne letnie popołudnie we własnym domu.

DECADENT FUN CLUB

ALBERT ZAWADA

W tym przypadku również mieliśmy drobne wątpliwości. Wokalista tej grupy Paveu Ostrovsky miał już bowiem swoje medialne pięć minut. Dosłownie – zwrócił na siebie uwagę brawurowym wykonaniem „Life on Mars” Davida Bowiego w jednym z popularnych talent show. Ale potem była przerwa na reklamy, ktoś dostał więcej SMS-ów, Paveu odpadł z programu i tyleśmy go widzieli.

Powrócił w 2016 r., tym razem na czele zespołu, w którym znaleźli się muzycy znani z grup Out of Tune i Krem. Ruszyli razem w Polskę ścieżką tak odległą od telewizyjnych targowisk próżności, jak to tylko możliwe. Decadent Fun Club występowali więc już na poznańskim festiwalu Spring Break, wygrali konkurs w Jarocinie, zostali pobłogosławieni przez trójkową „Offensywę”.

 

Wydali trzy single, które spodobały się ze względu na nawiązania do muzyki lat 80., The Cure, Depeche Mode i wspomnianego już Bowiego, ale przede wszystkim dlatego, że Ostrovsky jest wokalistą oryginalnym i odważnym. Do tego wreszcie znalazł repertuar, w którym może dowieść, że ma talent.

LOR

DAWID ŻUCHOWICZ

Dziewczyny z internetu. Pojawiły się nagle, jesienią 2015 r., gdy umieściły w serwisie YouTube teledysk – skądinąd świetny – do utworu „Windmill”. Trzy ubrane w białe suknie nastolatki wśród przykurzonych eksponatów naukowych i w otoczeniu dźwięków kruchej, ale zaskakująco dojrzałej folkowej piosenki. Połączenie niewinności, tajemnicy i melancholii, które brzmi i wygląda jak szkolna wariacja na temat „Pikniku pod Wiszącą Skałą” Petera Weira. Nic dziwnego, że posypały się propozycje.

 

Lor hipnotyzował więc już publiczność w mateczniku nowych talentów, czyli na Spring Breaku, występowały też na Open’erze i OFF Festivalu. Na tym ostatnim wpadły w oko radiostacji KEXP z Seattle, która zarejestrowała z Lor krótką sesję.

I choć krakowska grupa nie spieszy się z nagraniami, wszystko wskazuje na to, że w tym roku doczekamy się jej płytowego debiutu. Niewiele wiemy o grającej na skrzypcach Julii Błachucie, śpiewającej Jagodzie Kudlińskiej i pianistce Julii Skibie (na zdjęciach pojawia się również Paulina Sumera, autorka tekstów), ale to wiemy na pewno – są gotowe.

MIN T

Martyna Kubicz mogła wybrać karierę aktorską, ale po roli w „Pierwszej miłości” i kilku epizodach w mniej popularnych serialach zmieniła zainteresowania. Mogła też próbować swoich sił na listach przebojów – pojawiła się programie „X Factor”, w którym świetnie zaśpiewała „Born This Way” Lady Gagi, internet pamięta też, jak interpretowała piosenkę z repertuaru Edyty Górniak.

Ale zeszła i z tej drogi. Odkryła dla siebie muzykę klubową i zauroczona rosyjską producentką Niną Kraviz wymyśliła się na nowo. Jako MIN t łączy chwytliwe, świetnie napisane (wyprowadziła się z Wrocławia do Berlina, by uczyć się tego w jednej z tamtejszych szkół) piosenki z eksperymentami formalnymi.

 

Jej debiutancki album „Assemblage” ukazał się jesienią 2017 r. i zaskakuje zarówno dojrzałością brzmienia, jak i oryginalną, alternatywną wizją muzyki tanecznej. Koncerty z kolei są porywające – rytm podaje świetny perkusista, a główna bohaterka, królewna zamknięta w wieży z syntezatorów, gra i śpiewa z taką pasją, że nie da się ustać w miejscu.

NIEMOC

DOT MASLOWSKA

Jeden z tych zespołów, które nazwą zakłamują rzeczywistość, bo zielonogórskiej formacji energii można tylko pozazdrościć. Świadomości również. Wychodząc z prawdopodobnie słusznego założenia, że wszystko już było, Michał Drozda (gitara, bas), Radek Reguła (bas, gitara) i Filip Awłas (syntezator, sampler), tańczą na śmietniku XX-wiecznej muzyki popularnej i recykling podnoszą do rangi sztuki.

Od siebie dodają szczyptę ironii i wyzwalającą wiedzę, że tabliczki z muzycznymi gatunkami przydają się tylko w sklepach muzycznych. Dlatego bez kompleksów łączą elektronikę z gitarami, a wpływy starych mistrzów, których nie mogą pamiętać, krautrocka i Joy Division, z aktualnymi klubowymi brzmieniami.

 

Niemoc czuje się więc u siebie zarówno na OFF-ie czy Open’erze, jak i w goszczącym producentów elektroniki oraz didżejów Boiler Roomie i skwapliwie z tej elastyczności korzysta. Do pełni szczęścia brakuje tylko dużej płyty, która rozwinęłaby kierunki zaznaczone na znakomitym minialbumie „Paramaribo” z 2016 r. Plotki głoszą, że już powstaje.

THE PAU

MAŁGORZATA KUJAWKA

„Poranki w niedziele, gdy lud w kościele/ Biorę konewkę, zasilam ziele/ I nikt się nie dowie, co w mojej głowie/ Mundurowi niech tracą czas” – deklaruje The Pau w piosence „Kretyni” otwierającej album „Ku”. Na szczęście nie dotrzymuje słowa, sporo w tych tekstach mówi nam i o sobie, i o nas. Obiecuje też, że „system się rozjebie, gdy nie będzie w nim ciebie”. Jak punk to punk.

 

Dominują w naszym zestawieniu dziewczęta, które potrafią słuchacza oczarować i wzruszyć albo porwać do tańca. Paulina Dudek jest inna. Chroni swoją wrażliwość pod pancerzem rozczarowania i gniewu. Za mechanicznym rytmem, głośnym basem, rozwrzeszczaną gitarą i żarliwie wykrzyczanymi tekstami, które bywają tak trafne, że aż przykro. The Pau to wcielenie idei Do It Yourself. Nie dość, że Paulina gra na wszystkich instrumentach (niektóre partie basu zagrał tylko gościnnie niejaki Świstak), to jeszcze sama sobie wydała tę płytę.

Czyli wszystko, co miała do zrobienia, już zrobiła. Teraz nasza – słuchaczy – kolej.

POLA RISE

Pola RisePola Rise fot. Łukasz Dziewic

Tych, którzy trzymają rękę na pulsie, obecność Pauliny Miłosz na naszej liście nie może zaskoczyć. Już wydany w 2015 r. minialbum „The Power of Coincidence” zwiastował duży talent, a kontrakt z Warnerem oznacza spore możliwości.

Wydana 12 stycznia pierwsza płyta Poli Rise dowodzi tego, że wytwórnia dobrze zainwestowała pieniądze, a fani – uczucia. Płyta nie powstała podczas jednej sesji, lecz jest patchworkiem złożonym z dzieł różnych producentów – od niemieckiego mistrza elektroniki Robota Kocha, przez kopenhaski kolektyw Nector, londyńczyka Loxe, aż po naszych ludzi: Manoida, Emiji i Jana Pęczaka.

 

Równie światowy jest charakter tej muzyki, choć tu głównym punktem odniesienia będzie Skandynawia, gdzie tego rodzaju melancholijne czarodziejki najlepiej się czują ze swoimi mglistymi, leniwie płynącymi balladami. Pola Rise wchodzi więc do świata, w którym konkurencję ma liczną, od Lykke Li i Susanne Sundfor po – lokalnie – Kari, ale z taką jakością nie musi się obawiać konfrontacji.

ROSALIE

Rosalie.Rosalie. A. KIENITZ

W Polsce gra się i śpiewa wszystko, w dodatku wszystko dobrze, ale akurat r’n’b jest polem, na którym zbyt wielu historycznych przewag nie mamy. Cieszy więc kolejna udana próba zmierzenia się z tą materią, tym bardziej że Rosalie nie ogranicza się do zręcznego naśladownictwa, ale pod wzory zza oceanu podstawia własne wartości.

Wydany właśnie debiut płytowy wokalistki „Flashback” jest dziełem zbiorowym zawierającym utwory producentów, którzy zapewne wcześniej nie spotkali się pod jednym dachem. Od alternatywnych ponuraków 1988 i Hatti Vatti przez pływających po szerokich wodach hip-hopu Odme, Suwala i Moo Late, aż po Chloe Martini, która wie, jak zagrać, żeby inni tańczyli. Tylko dzięki głosowi i osobowości Rosalie Hoffman udało się to połączyć w spójną całość i zachować wachlarz emocji.

 

Bo r’n’b z tej części świata – owszem – może kipieć energią i porywać do zabawy, ale nie sposób zapomnieć, że u nas częściej niż w Kalifornii słońce chowa się za chmurami.

SONBIRD

Ich fonograficzny debiut, wydany w 2016 r. własnym sumptem minialbum, nosił tytuł „Wspomnienia z poprzedniego życia”. Ale nie ma powodu, by oglądać się za siebie, bo całe życie przed nimi. Indierockowe brzmienie zespołu, które może przywodzić na myśl Kings of Leon, Foals, a nawet Myslovitz, nie wydaje się niczym odkrywczym, ale Sonbird ma rzadkie w tej branży atuty – talent do układania zgrabnych, zapadających w pamięć piosenek i niespożytą energię przekładającą się na sceniczną charyzmę.

 

Nic dziwnego, że kiedy kwartet z Żywca zaczął się pojawiać na przeglądach i festiwalach, a także otwierać koncerty takich wykonawców jak happysad czy Organek, towarzyszyły mu coraz głośniejsze szepty o nowej nadziei polskiej muzyki gitarowej (choć, jeśli ufać oficjalnej notce biograficznej, gitary były pożyczone). Zwycięstwo w Festiwalu Supportów na Gubałówce przyspieszyło marzenia grupy o pierwszej płycie – tej podobno możemy się spodziewać lada moment.

SORJA MORJA

Sorja MorjaSorja Morja Fot. materiały prasowe

Ewa Sadowska i Szymon Lechowicz grają razem już od dobrych kilku lat, ale bardziej niż na ilości zależy im na jakości – na razie ich oficjalna dyskografia obejmuje tylko jeden album, w dodatku trwający ledwie 20 minut z okładem. Wystarczająco długo, by ocenić, że mamy do czynienia z debiutem nietuzinkowym, i za krótko, aby nacieszyć się tą muzyką.

Sorja Morja proponuje nostalgiczną podróż w przeszłość, buszowanie po komisach płytowych, w których Lady Pank stoi na jednej półce z Anną Jurksztowicz, obok importowanych za ciężkie dewizy winyli z brytyjskim post punkiem. O ile na papierze taka konfiguracja inspiracji może się zdawać nienaturalna, o tyle w praktyce sprawdza się doskonale, cudownie scalona słodko-gorzkimi, napisanymi z dużą literacką wrażliwością tekstami.

 

Zarówno śpiew Sadowskiej, podszyty nutą znudzenia, jak i nieco spatynowana produkcja (brawa dla Michała Kupicza) mogą sprawiać wrażenie, że to muzyka, która powstała od niechcenia, dla zabicia nudy, przy okazji, ale trzeba się sporo nakombinować i nieźle napracować, by taki efekt osiągnąć.

Jarek Szubrycht

Posłuchaj wszystkich finalistów Sanek:

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.