Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

ZOBACZ TAKŻE: "Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia" najnowsza książka Magdaleny Grzebałkowskiej

Urodziłam się gadułą. W 1972 roku. Zanim nauczyłam się pisać, byłam opowiadaczką - w przedszkolu moje rozbudowane historie o Czerwonym Kapturku, bursztynowym drzewie czy królewnach i smokach gromadziły wokół mnie inne dzieci. Trochę później, w podstawówce, prowadziłam kronikę szkolną, pisałam sztuki teatralne, opowiadania do szuflady i jeden fatalny wiersz (przekonałam się wtedy, że nie będę poetką).

W tamtym czasie wcale nie chciałam być pisarką czy dziennikarką. Marzyłam o pracy bibliotekarki, żeby bezkarnie siedzieć i czytać, lub zawodzie milicjantki, która w białym mundurze kieruje ruchem na skrzyżowaniu. Ostatecznie wybrałam historię na Uniwersytecie Gdańskim i dziś uważam, że był to znakomity wybór.

CZYTAJ TAKŻE: Tydzień z Magdaleną Grzebałkowską w magazynie "Wyborcza Classic"

Na piątym roku studiów rozpoczęłam pracę w „Głosie Wybrzeża”, prawdziwym dzienniku z maszynami do pisania, kolegium redakcyjnym i interwencyjnymi tekstami o zimie, która zaskoczyła drogowców. Dwa lata później przeszłam do „Gazety Morskiej”, gdańskiego dodatku „Wyborczej”.

Tam dopadł mnie reportaż. Pierwszy ważny tekst napisałam z Dorotą Karaś, przyjaciółką, reporterką, o Lucynie Legut, trójmiejskiej malarce, pisarce i aktorce w jednym. Opublikowany w „Wysokich Obcasach” został nagrodzony przez czytelników tytułem Reportaż Miesiąca. Był 1999 rok.

Od tamtej pory opowiadam bez przerwy. Tylko już nie o smokach, ale historie prawdziwe. Jestem reporterką i nie znam piękniejszego zawodu.

Szlifowałam warsztat pod okiem Małgorzaty Szejnert w towarzystwie znakomitych reporterów „Dużego Formatu”. Dla reportażu wstąpiłam do sekty, próbowałam odbić kobiety więzione w hiszpańskim domu publicznym, patrzyłam w oczy peruwiańskiej mumii, rozmawiałam z kobietami o ich seksualności oraz z matką, która przeżyła katastrofę „Gustloffa”, tracąc przy tym syna.

CZYTAJ TAKŻE: Czerwone znamię. Ostatni rejs "Wilhelma Gustloffa"

Pierwszą książkę, biografię księdza Jana Twardowskiego, napisałam z zaciekawienia - poetą, kapłanem, istotą skromną, choć zakrywającą łysinę, ironistą. Potem byli „Beksińscy. Portret podwójny”, po nich zbió/r reportaży o roku 1945 w Polsce. Następna była książka o Krzysztofie Komedzie, znów biograficzna, choć głównie reporterska.

Bohaterami mojej najnowszej książki są ludzie, którzy jako dzieci przeżyli drugą wojnę światową. Spotkałam ich w Europie, Azji i Stanach Zjednoczonych, a także we własnej rodzinie - nagrałam wiele godzin rozmów z moją babcią. Teksty o nich zostały zebrane w zbiorze „Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.