Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

TVP wyemitowała 18 kwietnia 2021 r. film Ewy Stankiewicz "Stan zagrożenia" o katastrofie smoleńskiej. Stankiewicz od lat snuje teorie spiskowe na temat tragedii w Smoleńsku, przekonując, że doszło do zamachu. Taka jest wymowa „Stanu zagrożenia”, gdzie właśnie pokazano nieznane wcześniej zdjęcia ówczesnej minister zdrowia Ewy Kopacz z Rosjanami pracującymi przy sekcjach zwłok. Ponieważ zostały one wykorzystane przez polityków Zjednoczonej Prawicy do ataku na byłą premier, przypominamy wywiad Teresy Torańskiej z 29 sierpnia 2010 r., w którym Kopacz opowiada o swojej pracy w Moskwie.

Teresa Torańska: Trumny będą otwierane, to już pani wie?

Ewa Kopacz: Po co! Dlaczego?

Bo to nasza specjalność, powiem gorzko. Jak nie za rok, to za 50 lat. Dlatego proszę o każdy szczegół pani wyjazdu do Moskwy. Jest ważny.

- Było tak: siedzieliśmy w Urzędzie Rady Ministrów.

W sobotę, 10 kwietnia.

- Wieczorem. Po powrocie premiera ze Smoleńska. Spotkaliśmy się u niego w gabinecie.

W ile osób?

- Pamiętam, że byli Graś, Arabski, Ostachowicz i ja. Tylko ci, którzy mogli być do czegoś przydatni w perspektywie paru następnych godzin.

Do czego?

- Nikt nie wiedział, jak będą wyglądać kolejne godziny, jakie informacje będą spływać.

Spotkaliśmy się więc przy okrągłym stole w gabinecie premiera. Premier Tusk przybity. Moi koledzy, twardzi faceci, siedzą ze spuszczonymi głowami, zupełnie odrętwiali. Żaden się nie odzywa. Nikt nie wie, co powiedzieć. Bo i o czym tu mówić?! Ponura cisza. I nagle wchodzi Michał Boni i mówi, że dzwonią rodziny ofiar, chcą jechać do Moskwy i pytają, czy premier może im w tym pomóc.

Wcześniej na Radzie Ministrów zapadła decyzja, że rodziny, które przyjadą do Warszawy po ciała swoich najbliższych, zakwateruje się w hotelu Novotel, zadba o nich, otoczy opieką psychologów.

Z psychologami rozmawiała pani o 16.

- A wcześniej z Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym i lekarzami. Wszystkie służby, które mogły być w czymkolwiek użyteczne, zostały uruchomione z rana, od razu po katastrofie. I albo już pracowały, albo były postawione w stan gotowości.

Premier spojrzał na nas: wyobrażacie sobie, w jakim oni są stanie? I zapytał: czy oni powinni tam jechać sami?

Do Moskwy?

- Tak, bo będzie to dla nich dodatkowe cierpienie.

Powiedziałam, że w myśl polskiego prawa zwłoki identyfikuje rodzina. I że choć nie jest to obowiązek bliskich, jeśli tylko tego chcą, powinni tam być.

Wtedy premier rzekł: wsiądą do samolotu, większość z nich nie zna rosyjskiego i będą tam w Moskwie zupełnie sami w swoim nieszczęściu.

Znowu zaległa cisza. Powiedziałam: no to lecę z nimi.

Zna pani rosyjski?

- Znam. Na to Arabski: to ja z tobą.

EWA KOPACZ: W SZYDŁOWCU BYŁAM LEKARZEM SĄDOWYM

Minister Arabski domyślał się, co tam zobaczy?

- Nie.

A pani?

- Wydawało mi się, że tak. W Szydłowcu, gdzie pracowałam przez wiele lat, byłam także lekarzem sądowym. Widziałam sporo zmasakrowanych ciał. Jeździłam do wypadków samochodowych, kolejowych, do samobójstw, zabójstw. Ludzie - zauważyłam wtedy i wydawało mi się to zastanawiające - wieszali się lub wpadali pod pociąg głównie nocą.

Premier upewnił się: czyli wyjeżdżacie jutro z samego rana? Tak, z rana. Przygotujemy przyjęcie rodzin, sprawdzimy miejsca hotelowe, no wszystko, co trzeba - powiedziałam. To dobrze - rzekł.

Pojechałam do hotelu sejmowego, usiadłam w swoim pokoju przy telefonie i zaczęłam montować ekipę specjalistów, z którą polecę. Były wiceminister zdrowia Andrzej Włodarczyk podpowiedział mi specjalistów z Poznania. Nie skorzystałam jednak z ich pomocy, bo nie dojechaliby na rano. Musiałam oprzeć się na ludziach z Warszawy. W środku nocy zadzwoniłam do rektora Akademii Warszawskiej prof. Krawczyka, prosząc o nazwiska specjalistów od medycyny sądowej. Podał i zaczęliśmy do nich dzwonić. Budziłam ich w nocy.

Ktoś odmówił?

- Nikt.

Zapytał o pieniądze?

- Nie. Nikt nie pytał.

Samolot miał odlecieć o godz. 8 rano. Nie spałam nawet minuty. Do walizki wrzuciłam bieliznę na zmianę, coś do spania, przybory toaletowe, dwa swetry, dwa T-shirty, spódnicę.

Też czarną, widziałam w telewizji.

- Miałam. Dlatego że mój tata umarł w marcu ubiegłego roku i choć żałoba minęła, ja dalej siłą rozpędu ubierałam się na czarno i w szafie miałam dużo ciemnych rzeczy. Notabene wszystkie musiałam potem wyrzucić. Nie nadawały się do noszenia. Była pani kiedyś w prosektorium?

Byłam.

- To wie pani, o co chodzi.

Przesiąkły...

- Tak, tak. Poleciałam w czarnym kostiumie i w pantoflach na obcasach. Kompletnie bez wyobraźni. Nie wzięłam żadnych spodni i żadnych wygodnych butów. Nie pomyślałam o tym. Spuchły mi nogi. Ale to potem.

Wszyscy stawili się na lotnisku?

- Wszyscy. Około 30 osób.

M.in. pięciu psychologów, czterech lekarzy sądowych z Zakłady Medycyny Sądowej, siedmiu medyków sądowych i genetyków z policji oraz minister Tomasz Arabski z Kancelarii Premiera i wiceminister Jacek Najder z MSZ.

- W Moskwie na lotnisku czekał na nas ambasador, pracownicy ambasady i policja rosyjska, która pilotowała nasze samochody. Pojechaliśmy od razu do MORG-u - Centralnego Biura Ekspertyz Medyczno-Sądowych na Tarnyj Projezd 3.

EWA KOPACZ: PIERWSZY RAZ BYŁAM W MOSKWIE

Była pani tam wcześniej?

- Nigdy. W ogóle pierwszy raz byłam w Moskwie. Uliczki wokół MORG-u były prawie puste, na rogach stali milicjanci, a przed MORG-iem tłum dziennikarzy. MORG to kompleks budynków, ogrodzonych. Jest największym w Rosji i prawdopodobnie jednym z największych w świecie ośrodkiem medycyny sądowej. Niedawno go otwarto.

Szefem Biura Ekspertyz jest Władimir Żarow.

- Powitali nas przy głównym wejściu. Była także pani Tatiana Golikowa, minister zdrowia. Wysoka, szczupła, gustownie ubrana, ładna i młoda. Ale bardzo doświadczona. Z wykształcenia jest ekonomistką, nie lekarzem, i w poprzedniej kadencji była wiceministrem finansów. Przy tym bardzo sympatyczna i szalenie komunikatywna.

Weszliśmy do dużego holu. Wszyscy bardzo serdeczni. Z holu wychodziły korytarze do różnych pomieszczeń administracyjnych. Podejrzewam, że w normalnych warunkach oni tam przyjmują interesantów. Był gabinet dyrektora Żarowa i pokoje biurowe, a na wprost głównego wejścia znajdowały się schody prowadzące do dużej sali na pierwszym piętrze. Wyglądała na salę wykładową dla studentów. Były miękkie siedzenia oraz podest, gdzie stały biurka i mównica.

Opowiedziano nam, jakie procedury u nich obowiązują. Każda rodzina zostanie przesłuchana przez śledczego, który zada jej mnóstwo pytań zawartych w rutynowej ankiecie, potem będą jej okazywane zdjęcia ciał i na koniec nastąpi identyfikacja zwłok.

Rosjanie zapytali nas, czy chcemy zobaczyć, gdzie będą przesłuchiwane rodziny ofiar i gdzie nastąpi identyfikacja zwłok.

Oczywiście. Przeszliśmy małym podwórkiem do wolno stojącego budynku. Też był duży, ale trochę mniejszy od pierwszego. Na parterze znajdował się - jak w poprzednim - wielki hol, bardzo ładnie zaprojektowany, z ładną glazurą i z dużą ilością - nie wiem - beżowego marmuru czy piaskowca. Z holu odchodziło sześć par wysokich prawie pod sufit dębowych drzwi. A tuż przy samym wejściu znajdowały się schody prowadzące do małych salek różnej wielkości, gdzie rosyjscy śledczy mieli rozmawiać z rodzinami. Bardzo to wszystko, co widzieliśmy, było porządne, estetyczne, urządzone z lekkim przepychem. I mało jeszcze bolało.

Było puste?

- No tak, oczywiście. Z holu przeszliśmy do sali okazań. Też bardzo czystej, przyzwoitej, porządnie wywietrzonej, z dobrym świeżym zapachem. W sali stał kamienny stół, z beżowego marmuru lub piaskowca, na którym - wyobraziłam sobie - stawiało się trumnę, a do trumny kładło zwłoki.

Zapytałam, gdzie są ciała? Powiedzieli: niżej.

W piwnicy?

- Nie, piętro niżej, w zakładzie medycyny sądowej.

EWA KOPACZ: OTWORZYŁAM DRUGĄ CHŁODNIĘ, BYŁO GORZEJ

Były już wszystkie?

- Wszystkie, które zebrano w nocy, a potem przywieziono znalezione szczątki.

Do sutereny można było zjechać windą lub zejść schodami. Zeszliśmy schodami. Całą grupą. Byłam przygotowana na to, że zwłoki będą leżały na stołach prosekcyjnych.

Podłogi i ściany do sufitu wykafelkowane na biało, również bardzo czyste i przyzwoite. Gdybym wszystkie te pomieszczenia oceniała jak kontroler, który sprawdza stan sanitarny i stara się doszukać wad konstrukcyjnych zakłócających ich funkcjonalność, nie znalazłabym jakichkolwiek uchybień. Wszystkie odpowiadały standardom europejskim. Nagle zorientowałam się, że jestem sama.

Koledzy uciekli?

- Cofnęli się na górę. Widok był przygnębiający. Stał rząd chłodni. Nigdy nie widziałam tylu chłodni w jednym pomieszczeniu. A w powietrzu czuło się już inny zapach. Pamięta pani zapach z prosektorium?

Słodki.

- Odruchowo otworzyłam jedną chłodnię. Były półki na wyciągach. Pociągnęłam za jedną półkę, drugą, trzecią. Zamknęłam. To nie był widok, jakiego się spodziewałam. Pomyślałam, że źle trafiłam. Otworzyłam drugą chłodnię, było gorzej, w trzeciej, czwartej, piątej... coraz gorzej. Wróciłam na górę i oświadczyłam, że jeśli rosyjscy lekarze przystępują do pracy, to moi także są do dyspozycji i mogą z nimi zaczynać.

Co konkretnie?

- Nasi lekarze, medycy sądowi, byli powołani jako biegli przy identyfikacji zwłok.

Mieli zdjęcia ofiar?

- Nasza ambasada już je dostarczyła, w dużych ilościach, powiększone. I oni, porównując je z fotografiami ciał, które przygotowali Rosjanie, razem z antropologami mierzyli, oglądali i na dole robili pierwszą identyfikację dla rodzin.

Rosjanie zaproponowali nam swój wzór trumny. Mieli je przygotowane. Normalna drewniana trumna z atłasem w środku, którą wkładało się w metalową skrzynię i zacynowywało. Skrzynia była wysoka i ze trzy razy większa od normalnej trumny. Minister Najder podziękował i powiedział, że trumny będą nasze, i że najlepsze są włoskie, z inną konstrukcją. W środku będzie metalowa, którą się cynuje, a na wierzchu jest drewniane wieko.

Ładniejsza?

- Chyba tak. Jeśli to - nie oszukujmy się - w ogóle ma jakieś znaczenie.

Dla niektórych ma. Słyszała pani przecież o "ruskiej" trumnie.

- Nie chcę tego komentować. Minister Jacek Najder skontaktował się z MSZ i rząd zdecydował, żeby je natychmiast sprowadzić z Włoch.

LILIOWE ATŁASOWE BLUZKI I KOBIECE KOSTIUMY DLA RODZIN OFIAR KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ

Kosztów się nie liczyło?

- Nie.

Pokazano mi pokój z naszykowanymi ubraniami. Pani Golikowa była dumna, że oni tak o wszystkim pomyśleli i o wszystko zadbali. Rosjanie przygotowali komplety ubrań damskich i męskich. Wisiały na wieszakach liliowe atłasowe bluzki i kobiece kostiumy oraz męskie garnitury. Bardzo eleganckie. I wszystko nowiusieńkie, z metkami, opakowane w folie.

Do kupienia?

- Nie, nie, za darmo. Wszystko, co nam dawali Rosjanie, było za darmo. Nie płaciliśmy także za hotele i za badania.

Ubrania się przydały?

- Tak. Przecież nie wszystkie rodziny przyjechały do Moskwy na identyfikację zwłok, a wiele z tych, które przyjechały, było w takim szoku, że niczego nie przywieźli. Ubranie to jest przecież ostatnia rzecz, o jakiej się myśli.

Nasi lekarze zostali w Biurze Ekspertyz, a ja z psychologami i ministrem Arabskim pojechaliś-my do hotelu przywitać rodziny. Wiedziałam, że moim obowiązkiem jest choć odrobinę przygotować je na to, co zobaczą. Pierwsza grupa rodzin przyleciała do Moskwy po godz. 23.

W niedzielę, 11 kwietnia.

- Liczyła 116 osób. Następnego dnia dotarło kolejnych 80 osób.

Przyjechali z księdzem Błaszczykiem i ratownikami z Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

- Czekaliśmy na nich w hotelu. To był hotel pięciogwiazdkowy, o wysokim standardzie. Rodziny podjeżdżały pod hotel autokarami. Wchodziłam z ministrem Arabskim do każdego autokaru, witałam ich i prosiłam, żeby jak najszybciej zarejestrowali się w recepcji, zostawili w pokoju bagaż i zeszli na dół do sali konferencyjnej.

Rejestracja była uproszczona. Pani z recepcji wpisywała tylko nazwisko i dawała klucz. Każdy, kto chciał spać oddzielnie, a nie z pozostałymi członkami swojej rodziny, dostawał jednoosobowy pokój.

W hotelu naprawdę pomyślano o wszystkim. Była dla nas przygotowana duża sala konferencyjna, żebyśmy wszyscy mogli się spotkać i porozmawiać w jednym miejscu. Oraz mimo bardzo późnej pory działała restauracja z gorącymi daniami. Restauracja była otwarta 24 godziny na dobę przez cały nasz pobyt. O każdej porze można było zjeść coś gorącego. A kiedy pojawiały się sygnały ze strony rodzin, że potrzebują innych nadzwyczajnych usług, każde ich życzenie było spełniane bez słowa sprzeciwu. Choć niektóre były dla nich bardzo kłopotliwe.

Na przykład?

- Dostęp do internetu. Ktoś koniecznie chciał mieć w swoim pokoju. A na przeszkodzie stały jakieś względy techniczne, nie pamiętam szczegółów. I po iluś godzinach dostał.

W nocy namawiałam wszystkich, by mimo zmęczenia i późnej pory napili się gorącej herbaty i coś zjedli. Jutro - mówiłam - czeka was bardzo trudny dzień. Nie mogą państwo zapominać - próbowałam ich przekonać - o podstawowych czynnościach, o których najczęściej przy takim napięciu się nie myśli. Prosiłam ich codziennie, że muszą jeść, muszą pić.

Spotkaliśmy się w sali konferencyjnej. Nie mogłam przed nimi ukrywać, że to, z czym jutro się zetkną, będzie dla nich bardzo trudne do przeżycia. Powiedziałam im: słuchajcie państwo, musicie być bardzo silni. To, co dzisiaj zobaczyłam, mimo iż pracowałam w tej dziedzinie i powinnam ze śmiercią być oswojona, robi wrażenie. Wy musicie być dziesięć razy silniejsi ode mnie, bo tam będziecie oglądać swoich najbliższych.

Starałam się im przekazać, że widok, jaki zobaczą, nie będzie tym widokiem, jakiego się spodziewają. Że w wielu przypadkach to nie będzie cała postać.

Można w ogóle przygotować?

- Nie, zupełnie nie. Widziałam to po reakcjach.

Jakie były?

- Nie chcę ich nazywać. W każdym razie nasi lekarze i psychologowie byli potrzebni.

Dwóch psychologów się załamało.

- Nie wytrzymali obciążenia. Wrócili następnego dnia do Polski. Na ich miejsce przylecieli następni.

A pani?

- W chwilach napięcia i maksymalnej koncentracji adrenalina pompuje z naszych nadnerczy dwa razy szybciej, działałam jak automat.

Komandir - mówili o pani Rosjanie.

- Pracowaliśmy jak drużyna. Bez podziału: minister , lekarz, technik. Nie było tak, że ktoś się obrażał, bo został potraktowany nieoficjalnie.

Rano zjedliśmy śniadanie, był szwedzki stół, i pojechaliśmy z pierwszą grupą rodzin do Biura Ekspertyz. Kolejne rodziny miały do nas dołączyć później. Podzieliliśmy je z ministrem Arabskim na grupy, żeby oszczędzić im wyczekiwania na korytarzach Biura.

Do zakładu patomorfologii jechało się około godziny, znajduje się 40 km od centrum Moskwy. Policja rosyjska zapewniła nam pilotaż i nasze autokary miały na ulicach pierwszeństwo przejazdu.

W holu pierwszego budynku stały stoliki i był bufet, czynny od momentu, kiedy myśmy tam wchodzili, do momentu, kiedy ostatnia osoba od nas wychodziła, a niekiedy było to o drugiej, trzeciej w nocy. Podawano też obiad.

Też za darmo?

- Oczywiście. Stały także napoje, owoce, kanapki i ciasteczka. I jeśli ktoś nie chciał jeść razem ze wszystkimi, mógł przejść do oddzielnego pokoiku.

KATASTROFA SMOLEŃSKA: NA STOLE LEŻAŁY STOSY ZDJĘĆ KOMPLETNYCH I NIEKOMPLETNYCH CIAŁ

Pani coś jadła?

- Mało.

W sali wykładowej posadzono mnie przy stole prezydialnym obok szefa zakładu i rosyjskiej minister lub wiceministra zdrowia. Na stole leżały stosy zdjęć kompletnych i niekompletnych ciał oznakowanych numerami. Obok siedzieli śledczy, tłumacze, psycholodzy i pracownicy naszych konsulatów.

Szef Biura i przedstawiciel rosyjskiego ministerstwa zdrowia wyjaśniali rodzinom całą procedurę, przez jaką muszą przejść. Że oto teraz państwo z tłumaczem i opiekunem pójdą do drugiego budynku. Tam poszczególne rodziny spotkają się ze swoim śledczym. On będzie państwu zadawał pytania, wypełnicie formularz, opowiecie o różnych sprawach dotyczących zmarłego. Potem dostaniecie do wglądu fotografie i znalezione przy zmarłym rzeczy do identyfikacji. Przedostatnim etapem będzie oglądanie ciała, czyli identyfikacja zmarłego, a na końcu wszyscy będą proszeni do pierwszego budynku do pobrania krwi do badań genetycznych.

To trwało godzinami.

- Rano pierwszego dnia przesłuchania odbywały się w czterech salkach i powstał zator. Ludzie, oczekując na swoją kolej, denerwowali się. Każdy przyjechał z bardzo określonym zadaniem i chciał jak najszybciej znaleźć swojego najbliższego. Po południu zwiększono liczbę śledczych, a nasza ambasada ściągnęła swoich pracowników z konsulatów państw ościennych. Było już lepiej.

Jak dokładnie?

- Przesłuchanie odbywało się w obecności naszego lekarza i psychologa, którzy dbali o kondycję przesłuchiwanego. Tłumaczami byli przeważnie studenci filologii polskiej z uniwersytetu moskiewskiego.

KATASTROFA SMOLEŃSKA: RODZINY SZUKAŁY GO DZIEŃ PO DNIU

Śledczy zadawał rodzinom m.in. denerwujące ich pytania: po co zmarły przyjechał do Rosji.

- Formularz zawierał pytania standardowe. W każdym kraju biurokracja jest uciążliwa. Choć nieodzowna. Śledczy wypytywał o znaki szczególne - pieprzyki, blizny pooperacyjne, koronki zębowe. Czyli o znaki, których nikt poza najbliższą rodziną nie zna. I pokazywał zdjęcia z charakterystycznymi fragmentami ciała. Te zdjęcia wybrane zostały przez naszych medyków sądowych i rosyjskich antropologów, którzy wcześniej dokonali wstępnej identyfikacji. Jeśli rodzina rozpoznała w nich swego bliskiego, zapraszano ją do sali okazań.

I było tak: rodzina czekała w holu, windą przewożono ciało w worku foliowym do sali okazań, układano na stole, bo na początku nie było jeszcze trumien, przykrywano je białym lub zielonym prześcieradłem i wtedy proszono rodzinę. Okazanie odbywało się częściami, w obecności rosyjskiego śledczego i prokuratora oraz naszego ratownika z LPR-u i psychologa.

Jak częściami?

- Więc etapami. Kierując się wcześniejszymi wskazówkami rodziny. Jeśli rodzina powiedziała, że na prawej ręce jej bliskiego znajdowało się znamię czy blizna, to najpierw pokazywano tę rękę. Jeśli nad wargą - mówiła - był pieprzyk, pokazywano ten fragment twarzy. Byłam przy kilkunastu identyfikacjach i widziałam, z jaką delikatnością i starannością obchodzono się z rodzinami. By nie przeżyły szoku. By im oszczędzić drastycznego widoku. Rosyjscy medycy sądowi zachowywali się po prostu nadzwyczajnie.

Po identyfikacji rodzina wracała do śledczego i potwierdzała, że zidentyfikowane ciało to ten i ten, i podpisywała protokół. Albo stwierdzała, że swego bliskiego nie znalazła.

I wtedy?

- Były przypadki, że rodziny szukały go dzień po dniu.

Na dole?!

- No skąd! Rodziny w ogóle do prosektorium nie wchodziły. Szukały na zdjęciach. I w kilku przypadkach było niestety tak, że w okazanym ciele rodzina nie rozpoznała swego bliskiego.

Mówiliśmy im: jeśli nie rozpoznaliście - nie śpieszcie się, niczego nie podpisujcie i czekajcie na badania genetyczne. Badania DNA wykluczą możliwość pomyłki, dadzą wam stuprocentową pewność.

EWA KOPACZ: RODZINY MAJĄ PRAWO DO TAKICH REAKCJI

Próbki przysyłano z Polski?

- Od rodzeństwa czy dzieci zmarłego pobierano krew w Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie, a gdy ich tam nie było, ABW w Polsce zabezpieczało materiał genetyczny w mieszkaniach ofiar.

Niekiedy gorzkie słowa padały z ich strony.

Od rodzin?

- Tak. Oni po prostu byli bardzo zgnębieni. Bardzo.

Że to, co z nimi robicie, jest nieludzkie, prawda?

- To wynikało z rozżalenia na cały świat. Nie chcę tych słów pamiętać. Kładę na karb ogromnego stresu. Dla nich przecież to, co przeżywali, było straszliwym doświadczeniem.

Dla was także.

- To prawda.

I wiele osób, powiedzmy to wreszcie, które pojechały do Moskwy dobrowolnie, bez żadnego wynagrodzenia pomagać tym rodzinom, do dzisiaj nie może pozbierać się psychicznie.

- Wiem o tym.

One także zostały doświadczone na całe życie. I poza jedną czy dwiema rodzinami nikt im za to nawet nie podziękował.

- Ja im dziękowałam. A wobec rodzin, no cóż, staram się być dla nich bardzo wyrozumiała. Jedna z osób, która zrobiła mi przykrość, podeszła do mnie przed wyjazdem i powiedziała, że to były najtrudniejsze chwile w jej życiu. Odpowiedziałam, że rozumiem i że rodziny mają prawo do takich reakcji.

Teraz też?

- Teraz oczekuję od nich cierpliwości. Oraz refleksji. Bo jeżeli nawet było coś, co mogło się im nie podobać, z naszej czy rosyjskiej strony, to jednak atmosfera życzliwości i serdeczności, jaką zostali otoczeni, powinna im te braki organizacyjne przysłonić. Taka katastrofa to było nieszczęście, które trudno było nie tylko psychicznie, ale także organizacyjnie udźwignąć. Logistycznie ogarnąć! Każdy, kto ma wątpliwości, niech pomyśli, czy naprawdę potrafiłby zrobić to lepiej.

Wieczorem, a nawet w nocy, siadałam z rodzinami, żeby jeszcze coś omówić, wyjaśnić wątpliwości, przygotować je na następny dzień. Jedni wyjeżdżali w poniedziałek wieczorem, następna grupa wylatywała we wtorek. Potem w środę, w czwartek.

EWA KOPACZ: LUDZIE PISZĄ TAKIE BZDURY

Bez problemu zidentyfikowano 14 ciał, 20 rozpoznano po znakach szczególnych. Pozostałe były zdeformowane albo rozczłonkowane.

- Nie powinno się o tym pisać.

Ale się pisze. W dwa tygodnie po katastrofie jeden z dzienników podał, że znaleziono pod Smoleńskiem pół korpusu jednej z ofiar. Wymieniono nazwisko.

- Bzdura totalna! Ja go widziałam! Minister Arabski też widział.

I pisano, że krew z niego ciekła.

- Po 14 dniach? No nie! Ludzie piszą takie bzdury, że to się w głowie nie mieści.

Nie bez udziału polityków.

- I tego żałuję. Myślę, że wyobraźnia tych osób, które wydają dziś niesprawiedliwe sądy, a których nie było wtedy w Moskwie czy Smoleńsku, nawet w najmniejszej części nie oddaje tego, co tam widzieliśmy.

Czy były zrobione sekcje zwłok?

- Zaraz potem, kiedy tam przybyliśmy, dowiedzieliśmy się od rosyjskich lekarzy, że sekcje zostały wykonane. Potwierdzili to polscy lekarze, widząc charakterystyczne ślady na ciałach. Sama widziałam ciała z typowymi po sekcji szwami. Rosyjscy lekarze zapewnili też, że pobrano próbki do badań toksykologicznych.

Ile zostało zrobionych próbek DNA? Setki, tysiące?

- Dużo, bardzo dużo.

Bo każdą część...?

- Każdą.

Czy w Polsce mielibyśmy warunki, żeby te wszystkie badania przeprowadzić?

- Musielibyśmy to robić w kilku ośrodkach. Nie bylibyśmy w stanie tego zrobić w jednym miejscu.

Rodziny musiałyby jeździć po całej Polsce?

- Przede wszystkim czekać. W Moskwie wszystkie ciała zostały przewiezione w jedno miejsce, gdzie nie brakowało ani chłodni, ani stołów prosektoryjnych do przeprowadzania sekcji. I mimo to identyfikacja ostatnich 21 ciał zajęła prawie dwa tygodnie. U nas trwałoby to znacznie dłużej.

Bo w Moskwie można je było wszystkie rozłożyć na stołach i składać?

- Nie chcę i nie mogę wchodzić w szczegóły. Ale jak słyszę różne głosy, myślę: Boże, ci ludzie nie rozumieją w ogóle, czym jest katastrofa samolotowa.

To może powinno się im to wytłumaczyć?

- Siergiej - docent z patomorfologii, antropolog, bardzo zdolny i w tej profesji, co rzadkie, pogodny - wpatrywał się godzinami w zdjęcia i znikał na dole. Wracał i po jego zachowaniu wiedziałam, czy znalazł. Bardzo mi zależało na jednym z moich przyjaciół. Prosiłam: znajdź mi go, pójdę z tobą, razem poszukamy. Nie, ja sam - mówił. A jak wyjeżdżałam w czwartek: Ewa - powiedział - obiecuję ci.

(Płacze)

Nie mogłam spać. Spałam godzinę, może godzinę czterdzieści. Spuchły mi nogi.

W Moskwie?

- Tak. Były noce, kiedy tylko godzinę, godzinę czterdzieści. I po dwadzieścia godzin na nogach. To była ciężka praca nie tylko w sensie emocjonalnego wysiłku, ale też fizycznego.

W środę przywieziono wojskowym samolotem CASA 30 trumien, w czwartek 34.

- Przyleciałam z ratownikami cztery godziny wcześniej, samolotem rejsowym.

EWA KOPACZ: NIE MIELIŚMY ŚWIADOMOŚCI, ŻE W POLSCE KTOŚ NAKRĘCA PARANOJĘ

A w piątek poszła pani normalnie do ministerstwa do pracy.

- Robiłam wszystko, żeby usnąć. Nie piłam kawy, nie piłam mocnej herbaty. Byłam potwornie zmęczona, fizycznie wszystko mnie bolało i nie spałam.

Tabletki nie pomagały?

- Nie, nie biorę żadnych tabletek, jestem przeciwnikiem łykania lekarstw uspokajających. Samo musi przyjść. Po trzech dniach padałam na twarz. I puściło. Wyłączyłam telefon, położyłam się i usnęłam kamiennym snem. Spałam 14 godzin ciurkiem. I następnego dnia byłam zupełnie nieprzytomna. Dopiero wtedy. I wówczas dotarło do mnie, co się w Polsce o tej katastrofie mówi. My tam żyliśmy w mikroświecie, byliśmy skoncentrowani na tym, co robimy. Nikt nie spekulował i nie snuł teorii spiskowych. Nie mieliśmy świadomości, że w Polsce coś idzie w paranoicznym kierunku i że ktoś tę paranoję nakręca. Spotkałam się z chłopakami z mojej ekipy, a oni do mnie: Boże, tam w Moskwie chyba było lepiej niż tutaj. Po kolejnych czterech dniach znowu trzeba było polecieć do Moskwy. Na krócej, bo tylko na dwa dni. Poleciałam 21 kwietnia, w środę, wróciłam w piątek. Z kilkoma osobami pojechałam po ostatnie 21 ciał. Kolejna dawka adrenaliny.

Siergiej przywitał mnie okrzykiem: "Ewa, mam". Pobiegłam do niego...

Nie mogę, przepraszam.

To ja przepraszam, że pytam.

- Wyglądał, jakby spał.

Nie było już rodzin.

- Chodziłam na dół, do prosektorium. Tam był labirynt korytarzy i sal ze stołami prosekcyjnymi, kilkaset metrów kwadratowych. W każdej sali odbywała się wciąż ciężka praca. A tyle dni minęło od katastrofy.

Prawie dwa tygodnie.

- Lekarze rosyjscy ostrzegali mnie: jak poczujesz słodki smak w ustach, wyjeżdżaj natychmiast na górę.

Przewietrzyć się?

- Odpocząć. Oni mówili (uśmiech): Ty, Ewa, idź i popal papierosa.

Bo w prosektorium nie można było palić?

- Nie, nie, tylko na zewnątrz. Wyjeżdżałam na górę, wypalałam dwa-trzy papierosy, pospacerowałam, było pusto, i wracałam.

A potem było układanie zwłok do trumny. Uczestniczyła w tym komisja złożona z Polaków z naszej ambasady i Rosjan. Każde ciało było oznakowane tabliczką z nazwiskiem. Wszystko to także zostało obfotografowane. Moment zamykania trumny też został uwieczniony przez naszego technika z polskiej prokuratury wojskowej.

Byłam przy tym. Spełniałam prośby rodzin. Przekazały mi pamiątki rodzinne, by włożyć je do trumny. Włożyłam.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.