Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej 1 kwietnia 1992 r.

"Dla dorosłych i dla dzieci - wita program trzeci" - te słowa wypowiadane chropawym, zmysłowym głosem przez Wojciecha Manna rozpoczynają poranną audycję.

Potem włącza się Grzegorz Miecugow: "Dzień dobry. Witamy państwa. Tu poranne wydanie ['Zapraszamy do Trójki']. Słońce wzeszło o 5.26, imieniny obchodzą dziś Maria i Wieńczysław".

Miecugow, obecnie prezenter "Zapraszamy do Trójki", siedzi przy dużym stole, oświetlonym dwoma lampami, przed nim zainstalowane są mikrofony. W wielkim, ponadstumetrowym studiu nie ma poza nim nikogo. Jest środa, 25 marca. Za tydzień Trójka skończy 30 lat.

W reżyserni, czyli jeszcze raz to obrzydlistwo

W sąsiednim pomieszczeniu za szybą, w tzw. reżyserni, na obrotowym krześle kręci się Jan Gadomski, realizator porannego wydania. Jest jeszcze dyżurny dziennikarz, który odbiera telefony od słuchaczy. Poza tym pusto, cicho spokojnie. Za oknami leje deszcz.

Miecugow wpada do reżyserni, by wybrać kopertę z odpowiednią reklamą ("jeszcze raz musimy puścić to obrzydlistwo") i kładzie ją na konsolecie Gadomskiego. Wychodząc, rzuca przez ramię: - Odzywam się godziną i dwie reklamy - i znika w studiu. Gadomski zakłada taśmę i czeka na sygnał Miecugowa. Odpowiedni ruch ręką oznacza, że prezenter kończy mówić i już czas na muzykę.

Grzegorz Miecugow, lat 36 (żona, siedmioletni syn). Skończył filozofię, jeździ niespłaconym subaru. W radiu pracuje od 1980 r., w Trójce od 1987 r. Do niedawna był jej szefem. Lubi, "żeby mu się udawało". Marzy o wyjeździe na tydzień. Jest zadowolony z barwy swego głosu, chciałby jedynie poprawić dykcję. Za Markiem Niedźwieckim powtarza, że "nie wierzy w życie pozaradiowe".

Mamuty i szczeniaki, czyli co w Trójce zmienić

W budynku na Myśliwieckiej pomiędzy porannymi i popołudniowymi audycjami "Zapraszamy do Trójki" rządzą na antenie "mamuty".Tak najmłodsi dziennikarze z redakcji nazywają "starych" radiowców. "Mamuty" odwdzięczają im się określeniem "szczeniaki".

"Mamuty" pamiętają Trójkę sprzed dwudziestu kilku lat. Szef programu III Jacek Ejsmond nie mówi wprawdzie o "mamutach" i "szczeniakach", tylko dzieli swój program na "radio szybkie-żywe" (robione przez "szczeniaków") i "radio artystyczne" (robione na taśmie, a więc nie na żywo, przez "mamuty"). Jego zdaniem w Trójce trzeba zmienić dwie rzeczy: dawać więcej informacji w porannym wydaniu "Zapraszamy do Trójki" i opracować na nowo "słowno-muzyczną tapetę, czyli przedpołudniowo-południowe pasmo". Ejsmond zapowiada, że będzie próbował ściągnąć do Trójki znanych ludzi. Wymienia Andrzeja Bobera, autora telewizyjnych "Listów o gospodarce", ostatnio zwolnionego dyscyplinarnie z TV.

Szary telefon (rządowy) w gabinecie Ejsmonda nie zadzwonił podczas naszej obecności ani razu.

Dyrektor twierdzi, że Trójka jest atakowana raczej z "pozycji artystowskich" niż politycznych.

Minimax, czyli minimum słów, maksimum muzyki

Trójka zaczęła nadawanie 1 kwietnia 1962 r. od trzech godzin dziennie, w 1971 r. miała już program całodzienny. Swego czasu była fenomenem: 80 proc. czasu antenowego wypełniała znakomitą muzyką i jako pierwsza nadawała na żywo krótkie pięciominutowe audycje. 20-osobową redakcję łączyły więzy przyjaźni, poczucie misji i odpowiedzialności za każdą minutę programu.

Trójka nie była - w przeciwieństwie do programów I i II - podporządkowana redakcjom naczelnym Polskiego Radia. Dawało to niezwykłą jak na owe czasy samodzielność.

Cała Trójka była eksperymentem. Tu powstawały programy, które przeszły do historii radia:

"Mój magnetofon" Mateusza Święcickiego, "Reminiscencje muzyczne" Jana Webera, "Dialogi na cztery nogi" i "Wykłady katedry mniemanologii stosowanej" prof. Jana Stanisławskiego, "Minimax, czyli minimum słów, maksimum muzyki" Piotra Kaczkowskiego.

Znane i słuchane były też audycje literackie: "Codziennie powieść w wydaniu dźwiękowym" lub "Nie czytaliście - to posłuchajcie".

W 1974 r. nadano pierwszy w Polskim Radiu program przygotowywany na żywo: "Zapraszamy do Trójki". W połowie lat 70. pojawił się w Trójce Jacek Fedorowicz i "60 minut na godzinę". Dowcipy z "Sześćdziesiątki" powtarzała cała Polska.

Trzydzieści lat później, czyli dla kogo ta Trójka

Anna Semkowicz, szefowa reportażu, jedna z autorek audycji między 9.00 a 11.00, pracuje w programie III od 22 lat.

- Trójka dziś i dwadzieścia kilka lat temu to dwa różne światy - wspomina. - Wtedy byli jeszcze w radiu ludzie wybitni, np. Jan Mietkowski, Joanna Zadrowska. Czym różniła się wówczas Trójka od innych programów?

My byliśmy lżejsi, mniej pompatyczni, mniej oficjalni. Nasi szefowie zawsze mówili: "Słuchają nas ci, którzy chcą usłyszeć coś mądrego".

Teraz zastanawiamy się, czy robić audycję dla tych, którzy się z nami starzeją, czyli dla 40- i 50-latków, czy dla najmłodszych.

Winien i ma, czyli trochę nagrań, trochę śmieci

Marek Wilhelmi (w Trójce od 1977 r.) wyznaje, że jego najpopularniejszy program "Winien i ma" powstał "w wyniku znudzenia tym, co robił wcześniej". Wilhelmi prowadził dyskusje z Jerzym Iwaszkiewiczem, Andrzejem Krzysztofem Wróblewskim i Januszem Kosińskim.

- Próbowaliśmy najpierw małą formę: półgodzinną audycję, trochę nagrań, trochę śmieci, potem wszystko to pocięliśmy i już było śmiesznie - wspomina Wilhelmi. - Przyjęliśmy nową w radiu zasadę brutalnego traktowania taśmy. Normalnie to rozmówca gada i gada bez końca. Myśmy wtrącali się w jego wypowiedź.

Zarzucano nam brak szacunku dla taśmy. Przestaliśmy nadawać ten program, bo dzisiaj potrzebna jest już inna formuła takiego programu.

Dla Wilhelmiego Trójka była kiedyś "programem z mitem radia elitarnego", potem stała się "radiem dynamicznej informacji", a teraz "szuka nowej tożsamości".

Konduktor, czyli marzenia o głosie McQueena

Popołudniowe "Zapraszamy do Trójki" zaczyna się o godz. 16. Piotr Baron najpierw nerwowo biega między studiem a reżysernią, wreszcie niskim, spokojnym głosem zaprasza do Trójki.

Mówi o sobie "konduktor", bo co tydzień przyjeżdża na kilka dni do Warszawy z Katowic. Baron ma 29 lat (żonaty). Jeździ volkswagenem golfem. Na pytanie, co lubi, bez wahania odpowiada: "radio". Marzy o zrobieniu wywiadu z Moniką Olejnik. Nie jest zadowolony ze swojego głosu: chciałby mieć niższy, np. jak Steve McQueen lub Barry White.

Z Moczulskim za ręce, czyli gość w studiu

Monika Olejnik przegląda swoje notatki, dzwoni telefon, jej gość Leszek Moczulski czeka na portierni. Pędzimy na drugą stronę budynku do studia.

Monika Olejnik pracuje w programie III od 1982 r. (mąż: Grzegorz Wasowski, też z Trójki, sześcioletni syn). Monika skończyła zootechnikę i podyplomowe studium dziennikarskie. Lubi czytać kryminały, nie cierpi wstawania o 7.15. Marzy, by być najlepszą dziennikarką i pojechać do Nowego Jorku.

Jest zadowolona z brzmienia swojego głosu, chociaż czasami za bardzo zdradza jej emocje.

Moczulski wchodzi do studia bez ochroniarza-kierowcy, który w tym czasie na korytarzu pilnuje granatowego prochowca przewodniczącego KPN. Siadając za stołem, pyta: - Idziemy już na wizję?

Monika Olejnik jest wściekła: Moczulski bardziej zwraca uwagę na naszą obecność niż na jej pytania.

Piotr Baron próbuje skrócić wypowiedź Moczulskiego, przykładając do ust palec, a później - gdy audycja jest już spóźniona o trzy minuty - łapie Moczulskiego za ręce i patrzy mu wymownie w oczy.

Szefem "Zapraszamy do Trójki" jest 30-letni Paweł Zegarłowicz (żona, dwóch synów). Mieszka w Piastowie, dojeżdża do radia czerwonym maluchem kupionym od Marka Niedźwieckiego, czyli "Niedźwiedzia". Lubi "leżeć do góry brzuchem i patrzeć w sufit". Zapytany o swój głos, odpowiada: - To jest taka rzecz, nad którą człowiek się nie zastanawia.

Zegarłowicz, tak jak większość zespołu, zapowiada, że odejdzie z Trójki. Chce w ten sposób zaprotestować przeciwko wymówieniu, które w styczniu Grzegorzowi Miecugowowi wręczył szef radia Marek Owsiński (rezygnacja Zegarłowicza nie została przyjęta).

Przyspieszone obroty, czyli prezydent w kilka minut

Po południu w reżyserni tłok. Na obrotowym krześle siedzi realizator programu, obok technik zakładający taśmy na cztery magnetofony. I zaproszeni goście czekający na wejście do studia.

Po drugiej stronie budynku, w pokojach redakcyjnych, atmosfera jest bardziej nerwowa. Jolanta Kucharska stara się dodzwonić do PC [Porozumienia Centrum]. W końcu łapie działacza partii Andrzeja Urbańskiego i nagrywa go na taśmę. Potem przesłuchuje ją. Doświadczony dziennikarz potrafi słuchać taśmy na przyspieszonych obrotach - my słyszeliśmy tylko pisk. Monika Olejnik mówi, że np. na zmontowanie paruminutowej relacji z godzinnego spotkania prezydenta potrzebuje ok. godziny.

"Dla dorosłych i dla dzieci", czyli co komu Bozia dała

W Trójce można zarobić - jeśli jest się dobrym reporterem - około 6-8 mln zł miesięcznie. Za rozmowę prowadzoną na żywo można dostać nawet 300 tys. zł, za przyniesiony "z miasta" reportaż - od 100 do 300 tys. zł. Najwięcej zarabia się na prowadzeniu audycji: od 300 do 500 tys. zł (ale 500 tys. dostaje tylko "Niedźwiedź", bo jest gwiazdą). Zaglądamy do jego pokoju, przygotowuje na piątek "Listę przebojów".

Marek Niedźwiecki (38-letni kawaler z wyboru) jeździ renault clio. O swoim głosie mówi: - To jest to, co mi Bozia dała najlepszego.

"Niedźwiedź" twierdzi, że to właśnie w jego "działkę" najbardziej uderzyła konkurencja, ale nie boi się ani Zetki, ani WaWy, bo "obu stacjom brakuje osobowości".

Następnego dnia Piotr Baron znów o piątej rano puści z taśmy głos Manna: "Dla dorosłych i dla dzieci - zaczynamy program trzeci".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.