Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tekst był opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 8 czerwca 1989 r.

Polską trzeba rządzić inaczej. Polacy muszą inaczej planować swoją przyszłość, inaczej bowiem dochodzi swych praw niewolnik, a inaczej obywatel. Musimy stać się społeczeństwem obywatelskim. Wynika z tego poczucie odpowiedzialności za państwo. Część aparatu władzy odpowiedziała na wyniki wyborów paniką.

CZYTAJ TAKŻE: Zwycięstwo "Solidarności" potwierdzone oficjalnie

Dochodzą nas z Polski wiadomości, że w różnych częściach kraju obowiązuje „stan czujności”. Należy tedy zaapelować do kompetentnych władz o reakcje odpowiedzialne, unikające rozjątrzania ludzi. Strach ma wielkie oczy i jest kiepskim doradcą.

Zamiast rozwijania tego wątku zacytujmy lepiej wczorajszą opinię zastępcy rzecznika prasowego rządu na temat sytuacji w Chinach: „Wierzymy - oświadczył on - że powstałe konflikty będą rozwiązane przez samych Chińczyków środkami politycznymi, bez użycia siły, że tak jak to bywało w przeszłości, zwycięży rozwaga i realizm, nie zostaną osłabione procesy reform".

Przytaczamy tę opinię, rzadką na tych łamach, z całkowitą aprobatą. Tak być winno teraz i w przyszłości wszędzie, zwłaszcza w naszym kraju. Użycie siły - czy też groźba użycia siły - są sposobami sprawowania władzy zaczerpniętymi z repertuaru stalinowskiej polityki wewnętrznej i międzynarodowej. Uważaliśmy i uważamy to za niedopuszczalne, zarówno w przeszłości (Węgry 1956, Czechosłowacja 1968, Afganistan 1979, Polska 1981), jak i obecnie.

Wiemy dobrze, że procesowi prostowania ludzkich karków towarzyszy wzrost społecznych aspiracji. Słyszymy to w pytaniach telefonicznych i listownych.

CZYTAJ TAKŻE: Komuniści przyznali, że "Solidarność" wygrała

W chwili obecnej większość zapytań koncentruje się wokół sprawy wyników wyborów na listę krajową. Zrodziły je wypowiedzi przedstawicieli „Solidarności”, którzy oświadczyli, że ustalenia Okrągłego Stołu będą respektowane, a zatem strona koalicyjno-rządowa uzyska po drugiej turze wyborów 65 proc. miejsc w Sejmie. Nasi czytelnicy uważają to za złamanie prawa (ordynacji, konstytucja) i woli wyborców. Trzeba na to pytanie odpowiedzieć z całą otwartością.

Z umów Okrągłego Stołu wynika, że 35 proc. posłów i 100 proc. senatorów mogą obywatele państwa polskiego wybrać wedle demokratycznych reguł. Taki jest nasz pierwszy krok ku parlamentarnej demokracji, ale nie jest to akt wyborczy, który spowoduje, że Polacy mogą wybrać wedle swego uznania władzę ustawodawczą i wykonawczą. Wiara, że za pomocą wykreślenia wszystkich kandydatów z listy krajowej można zmienić władzę w Polsce, jest złudzeniem.

Pozostaje tylko pytanie: jak z tego wybrnąć? Sądzimy, że najbliższe dni przyniosą rozsądną odpowiedź.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.