Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czy przerzucanie 4 tys. żołnierzy 12. Dywizji Zmechanizowanej ze wschodniej Polski to odpowiedź na rosyjsko-białoruskie manewry Zapad? Oficjalnie te sprawy nie mają związku, ale to przecież ewidentne. Wprowadzając stan nadzwyczajny na granicy z Białorusią, rządzący „zakiwali się", uzasadniając to posunięcie zagrożeniem, jakie stanowią odbywające się cyklicznie manewry sił zbrojnych Rosji i Białorusi. A skoro – jak się okazało - w oficjalnym uzasadnieniu wprowadzenia stanu wyjątkowego nie ma słowa o manewrach ani o możliwych prowokacjach białoruskich "zielonych ludzików" (straszył tym w poniedziałek premier Morawiecki), to trzeba wysłać żołnierzy w Polskę. Niech się ludzie boją. 

Na rosyjskich generałach kilka tysięcy polskich żołnierzy wrażenia nie zrobi, bo w ich ćwiczeniach uczestniczy wielokrotnie więcej wojska. A może i ich to nawet rozbawi. Oddziały rozmieszczone na wschodniej granicy Polski są dla nich łatwiejszym celem. 

PiS od samego początku swoich rządów kwestie bezpieczeństwa państwa podporządkował potrzebom partyjnej propagandy. Gniewne wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy, defilady, wyciągane z kapelusza kolejne typy uzbrojenia kupowane w USA bez offsetu, miały przekonać Polaków, że pod rządami PiS są bezpieczni. Pamiętam, jak w grudniu 2015 r. jeden z wiceministrów MON publicznie zapowiadał nawet, że Polska będzie miała dostęp do taktycznej broni jądrowej NATO. 

Dziś wojsko nie uspokaja Polaków, ale ich straszy. Chodzi nie tylko o transporty ze Szczecina, lecz także o operujących w strefie obowiązywania stanu wyjątkowego żołnierzy WOT, którzy urządzają miejscowym pogadanki o terrorystach przenikających przez wschodnią granicę. 

To propagandowe wzmożenie nie może jednak przesłonić prawdziwego zagrożenia, jakim jest ściąganie na Grodzieńszczyznę rosyjskich systemów przeciwlotniczych i myśliwców. Jeśli Łukaszenka faktycznie zgodzi się na stałe stacjonowanie rosyjskich jednostek w pobliżu polskiej granicy, wzrośnie zagrożenie dla Polski i całej wschodniej flanki NATO. Polska temu wyzwaniu nie sprosta. Potrzebujemy wsparcia sojuszników. I tu zaczynają się problemy. 

Relacje z USA, naszym najważniejszym sojusznikiem, osiągnęły dno. W związku z oprotestowanymi przez Waszyngton planami wywłaszczenia przez rząd PiS telewizji TVN Amerykanie grozili nawet nie tylko tym, że nie przyślą do Polski więcej żołnierzy, ale też tym, że część stacjonującego u nas kontyngentu przerzucą do Rumunii.

Relacje z Niemcami, Francją, innymi krajami zachodniej Europy też nie są dobre. Polityczną wiarygodność Polski również ocenia się nisko. Powszechną wiedzą jest też to, że obecnej Polski do Sojuszu by nie przyjęto. Nasze państwo nie spełnia kryteriów, jeśli chodzi o demokrację i praworządność. 

Politycy PiS powinni się zastanawiać, jak wraz z sojusznikami skutecznie odstraszać Rosję. Na razie, szukając politycznego złota, straszą własny naród. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.