Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Barbara Nowacka, tak jak wcześniej Robert Biedroń, zaproponowała, aby lekcje religii były finansowane nie z budżetu państwa, ale z pieniędzy Kościoła. Tym samym Koalicja Obywatelska nie chce oddać Biedroniowi monopolu na kwestię rozdziału Kościoła od państwa. Zresztą już od jakiegoś czasu leży w sejmowej zamrażarce projekt obywatelski „Świecka szkoła”, który poparło 150 tys. osób. Jedną z jego inicjatorek była Katarzyna Lubnauer, liderka Nowoczesnej, której spora część elektoratu krytykuje religię w szkołach publicznych.

Formacje lewicowe i liberalne – przynajmniej w sferze deklaracji – nie są radykalne w tej kwestii, bo nie żądają np. wyprowadzenia religii ze szkół. Powód jest prosty. Z sondażu opublikowanego przez „Wyborczą” we wrześniu ubiegłego roku wynikało, że prawie połowa Polaków jest za pozostawieniem lekcji religii w szkole, a mniejsza część – 39 proc. – chce je z niej usunąć. Wiele lat temu i SLD się zorientowało, że hasło wyrzucenia religii ze szkoły nie jest nośne. Elektorat SLD-owski – tak jak większość rodziców – woli, aby religia była w szkole, bo tak jest mu wygodniej. Odprowadzanie dzieci do salek katechetycznych jawi się im jako dodatkowa komplikacja, a oni by chcieli posłać je do pierwszej komunii bez zbędnych kłopotów logistycznych.

Hasło przerzucenia kosztów organizacji lekcji religii na Kościół brzmi nieźle, ale pytanie, czy Kościół ten ciężar udźwignie? I czy w praktyce nie oznacza to końca religii w szkole? Nie uważam, że takie rozwiązanie przyniesie nadzwyczajne korzyści wychowawcze. Moim zdaniem kluczowy powinien tu być głos rodziców. Dlatego proponowałabym dialog w sprawie finansowania tych lekcji, tak aby te koszty podzielić pomiędzy państwo i Kościół.

Nie zgadzam się też z propozycją Nowackiej, aby dziecko, które ukończyło szkołę podstawową, mogło mieć prawo samo zrezygnować z religii. Uważam, że zgodę na to powinien wydać rodzic.

Zgadzam się natomiast z postulatem, by bezwzględnie egzekwowano zasadę, że religia jest na końcu lub początku zajęć danego dnia. Podobnie jak Nowacka, uważam też, że ocena z religii nie powinna być wliczana do średniej ocen. Przeważnie ma się z niej dobre stopnie, nagradzana jest nie tyle wiedza, ile wiara. Ten system powoduje, że chodzenie na religię to efekt konformizmu: dzięki temu średnia będzie wyższa. A osoby niewierzące czy wyznające inną religię są wtedy poszkodowane, bo przecież lekcje etyki pozostają zazwyczaj fikcją.

Do listy postulatów Nowackiej dorzuciłabym też jeszcze trzy punkty.

1. Wystarczy tylko jedna lekcja religii w tygodniu, drugą zamieniłabym na lekcję np. historii.

2. Rekolekcje nie powinny się odbywać w trakcie zajęć szkolnych, a dyrektor szkoły nie może odwołać z tego powodu lekcji. Dziś różnie z tym bywa, tymczasem powinna być jedna zasada dla wszystkich: rekolekcje są po szkole.

3. Należy skończyć z absurdem, że państwo, które finansuje zajęcia z religii, ma zerowy wpływ na to, co na tych lekcjach się dzieje. Zdarza się, że ksiądz promuje jakieś zabobony albo opowiada rzeczy sprzeczne z nauką i zdrowym rozsądkiem, a dyrektor szkoły i rodzice nie mogą nic z tym zrobić. Gdy proboszcz się uprze, katecheta zostaje. To trzeba zmienić, rodzice i szkoła muszą mieć prawo głosu.

Jeśli Kościół nie chce, aby pomysły lewicy w kwestii organizacji lekcji religii zyskiwały coraz szersze poparcie, powinien poprawić przygotowanie katechetów i poziom katechezy, który bywa tragiczny.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.