Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Operatorzy telekomunikacyjni nie mogą doczekać się rozdysponowania częstotliwości z zakresu 3,4-3,8 GHz, czyli pasma przeznaczonego dla sieci 5G. Tak naprawdę już tylko przyznanie tych pasm dzieli nas od wdrożenia w życie internetu mobilnego nowej generacji. Problem w tym, że ciągle nie znamy daty rozdysponowania częstotliwości.

Aukcja 5G miała być po wakacjach

Urząd Komunikacji Elektronicznej informował niedawno: „robimy wszystko, by jak najszybciej zorganizować nowe postępowanie i rozpocząć je jeszcze w 2020 r.”. Z kolei w sierpniu b. wiceminister cyfryzacji Wanda Buk stwierdziła, że aukcja 5G może ruszyć po wakacjach, a przyznanie pasma operatorom nastąpi w pierwszym kwartale 2021 r.

Żeby jednak można było rozpisać aukcję, Sejm musi wcześniej powołać nowego prezesa UKE – Jacka Oko, którego kandydaturę na razie formalnie wskazał premier i pozytywnie zaopiniowała sejmowa komisja cyfryzacji. Ma mieć on, wg słów ministra cyfryzacji Marka Zagórskiego: „unikalny miks doświadczeń naukowych i praktycznych” do objęcia stanowiska regulatora rynku telekomunikacyjnego. – Sądzę, że trzeba wykonać jak najszybciej pracę, by tę aukcję uruchomić maksymalnie szybko. (...) Ten rok na uruchomienie to jest dobry cel. Czy realny? Będę mógł powiedzieć po obejrzeniu stanu prac – mówił Oko na posiedzeniu sejmowej komisji.

Co opóźnia aukcję 5G?

Pod koniec czerwca p.o. prezesa UKE Krzysztof Dyl mówił: – Trzeba powtórzyć analizę sytuacji na rynku przed ogłoszeniem nowego postępowania dot. pasma 3,6 GHz pod 5G, dlatego że pandemia wywróciła sytuację gospodarczą, co nie pozostaje bez wpływu na rynek telekomunikacyjny. Pytany o to, czy częstotliwości zostaną rozdysponowane w trybie aukcji odparł, że „prawo przewiduje różne formy rozdysponowania częstotliwości”.

Oprócz powtórnej analizy rynku kluczowe dla rozpisania nowej aukcji są zmiany w ustawie o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa. To ona reguluje sposób działania rządowego kolegium ds. cyberbezpieczeństwa.

Nowy prezes będzie musiał złożyć wniosek do Kolegium o wydanie opinii na temat wymagań bezpieczeństwa sieci najnowszej generacji. Obowiązek ten wprowadziła jedna z „tarcz antykryzysowych”. To od kolegium – z premierem Mateuszem Morawieckim na czele – może zależeć, czy lub w jakim zakresie sprzęt chińskiego Huawei zostanie dopuszczony do budowy 5G w Polsce.

Wstępny harmonogram przewiduje, jak mówił niedawno minister cyfryzacji Marek Zagórski w rozmowie z „Parkietem”, że kolegium zbierze się tydzień po wyborze prezesa UKE.

Prezes UKE będzie mógł ogłosić aukcję też dopiero po przeprowadzeniu konsultacji publicznych, które będą trwały minimum 30 dni, potem ok. 15 dni zajmie ich analiza. Następnie od dnia ogłoszenia aukcji przez regulatora operatorzy będą mieć min. 45 dni na składanie wstępnych ofert. Po ich ocenie formalnej przeprowadzone zostaną aukcje próbne, a później – właściwa licytacja.

„Ogłoszenie wyników aukcji zakończy procedurę selekcyjną i da Prezesowi UKE możliwość wszczęcia postępowania administracyjnego w sprawie udzielenia rezerwacji częstotliwości” – informuje urząd.

Poprzedni prezes UKE odwołany przez aukcję

W maju w jednej ze specustaw antykryzysowych skrócono kadencję poprzedniego prezesa UKE Marcina Cichego (miała trwać do 2021 r.) i anulowano rozpisaną przez niego aukcję na częstotliwości 5G. 

Ministerstwo Cyfryzacji twierdziło wtedy, że aukcja 5G została przez ówczesnego prezesa UKE wadliwie zawieszona podczas pandemii. Nieoficjalnie mówiło się, że powodem usunięcia Cichego ze stanowiska był jego konflikt z resortem cyfryzacji oraz to, jak zorganizował aukcję. Po pierwsze – jak tłumaczyli nasi rozmówcy – w jej zasadach nie nałożył wymogów bezpieczeństwa na operatorów (w praktyce ograniczających korzystanie z chińskich dostawców), twierdząc, że powinien je ustalić rząd. 

Po drugie prognozowane wpływy do budżetu z aukcji miały być za niskie. Skarb państwa na sprzedaży czterech pasm miał zyskać 1,9 mld zł, przy cenie wywoławczej każdego bloku ustalonej na 450 mln zł. Każdy z operatorów mógł kupić tylko jeden blok. Oznaczało to, że operatorzy mogli wziąć częstotliwości za cenę wyjściową, co nie służyło maksymalizacji zysków dla budżetu. A resort finansów liczył nawet na 4-5 mld zł – zwłaszcza że pandemia sprawiła, że potrzebne są większe wpływy.

„Prawie” 5G przed aukcją

Tymczasem polscy operatorzy, nie czekając na rządową aukcję, uruchamiają „prawie” 5G – usługę na starych częstotliwościach, wykorzystywanych przez sieć 4G. W zasięgu 5G Orange jest ok. 6 mln osób. Z kolei zasięg 5G w Play – jak twierdzi firma – obejmuje już 13 proc. populacji Polski.

Raczkujące 5G Plusa obejmuje zasięgiem tylko 900 tys. osób, ale jego technologia „zapewnia dodatkową pojemność sieci przeznaczoną do obsłużenia wzrastającej ilości danych”.

– Jest to zasadnicza różnica w porównaniu do 5G wdrażanego w znacznie węższym zakresie pasma na częstotliwości 2100 MHz (...) przez pozostałych polskich operatorów. W tym drugim przypadku stacja bazowa musi podzielić to samo pasmo pomiędzy klientów 5G i 4G, więc by dać coś tym pierwszym, musi zabrać drugim – mówi Ewa Sankowska-Sieniek z biura prasowego firmy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.