Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Witryny niezależnych mediów na Białorusi praktycznie nie działają, dlatego redakcje i blogerzy przenieśli się na sieci społecznościowe - przede wszystkim na chroniącą anonimowość użytkowników aplikację Telegram.

To z niego Białorusini dowiadują się teraz o zatrzymaniach demonstrantów, kierunkach marszu OMONU, przewiezionych do szpitala rannych czy - jak tłumaczy Nikita Grekowicz z Inicjatywy Wolna Białoruś - pojawiających się szczelinach w systemie, np. komisjach decydujących się ogłaszać prawdziwe wyniki wyborów.

- Od 3 dni praktycznie nie odkładam telefonu. Na Telegramie cały czas spływają nowe informacje: gdzie są starcia, gdzie stacjonują duże skupiska milicji itd. Demonstrujący w mniejszych miastach mogą się dowiedzieć np. kiedy milicja wyjeżdża do miasta obok. Dostają wtedy informację: “wychodźcie na ulicę, bo nikogo nie ma”. Milicja jeździ wtedy w kółko i nie wie, co zrobić - tłumaczy Grekowicz

Za pośrednictwem Telegrama dziennikarze relacjonują publiczne protesty, publikują nagrania wideo i zdjęcia. Redakcje publikują na swoich kanałach średnio 10-20 wiadomości na godzinę.

- Najpopularniejszy jest kanał blogera Nexta. Obsługuje go cały zespół ludzi, który sortuje i wrzuca informacje na grupową konwersację. Niestety zdarzały się na nim prowokacje, żeby ściągać ludzi w zasadzkę milicji. Szybko jednak były weryfikowane i usuwane. Ważne kanały prowadzą też portal informacyjny Tut.by i dziennik opozycyjny “Nasza Niwa”. Wiadomości pojawiają się tam trochę później, ale są już bardzo dokładnie weryfikowane - dodaje Grekowicz.

“Włączyliśmy narzędzia przeciw cenzurze”

Paweł Durow, założyciel Telegrama, poinformował wczoraj na Twitterze, że jego aplikacja włączyła funkcje chroniące przed cenzurą, żeby jak najwięcej osób na Białorusi mogło z niej korzystać

„Udostępniliśmy na Białorusi narzędzia przeciw cenzurze, żeby Telegram pozostał dostępny dla większości użytkowników. Połączenie jest jednak nadal bardzo niestabilne, ponieważ internet jest czasami całkowicie wyłączany w kraju” – napisał twórca komunikatora.

Telegram odporny na dyktatorów

Telegram to popularny komunikator zapewniający prywatność użytkowników i pozwalający wysyłać zaszyfrowane wiadomości. Możliwość ich odczytania mają tylko nadawca i odbiorca. Aplikacja ma też funkcję czatu grupowego.

W kwietniu Telegram miał 400 mln użytkowników. Komunikator w 2013 r. założyli bracia Nikołaj i Paweł Durow, twórcy społecznościowego portalu VK, z którego odeszli po przejęciu serwisu przez grupę Mail.ru.

Protesty w Hongkongu

Aplikacja odegrała kluczową rolę podczas organizacji protestów w Hongkongu w 2019 r. To właśnie via Telegram niezadowoleni mieszkańcy skrzykiwali się i przekazywali sobie informacje o kolejnych demonstracjach. Na grupowych czatach ujawniali tożsamość policyjnych tajniaków i udostępniali kody dostępu do budynków, w których można było się ukryć.

Chińczycy nie patyczkowali się z Telegramem. W czerwcu ubiegłego roku zespół komunikatora poinformował użytkowników, że odpiera zmasowany atak hakerski, który doprowadził do chwilowego zablokowania usługi. Władze Chin się do niego nie przyznały.

Blokada w Rosji

W 2018 r. właściciele Telegrama odmówili rosyjskiej Federalnej Służbie Bezpieczeństwa dostarczenia kluczy deszyfrujących wiadomości. Aplikacja została wtedy oficjalnie zakazana w Rosji. W praktyce jednak władze miały duże problem z wyegzekwowaniem tego. Ich niezręczne próby doprowadziły nawet w pewnym momencie do wyłączenia dużych fragmentów sieci - w tym dostępu do usług kilku rosyjskich banków, a nawet Gmaila.

Zakaz był na tyle iluzoryczny, że rosyjski rząd sam zaczął w kwietniu wykorzystywać Telegram do docierania do obywateli i rozpowszechniania informacji na temat pandemii COVID-19. A w czerwcu kontrolujący media i internet Roskomnadzor oficjalnie zniósł zakaz, tłumacząc tym, że twórcy Telegrama zgodzili się współpracować z rosyjskimi służbami w walce z terroryzmem.

„Aplikacja dżihadystów”

Bo z Telegrama korzystają też organizacje ekstremistyczne i terroryści. Komunikator był szeroko używany m.in. przez członków i zwolenników ISIS. Kanał Państwa Islamskiego w szczytowym momencie w 2015 r. obserwowało 9 tys. użytkowników. Brytyjski tabloid “Daily Mirror” nazwał wtedy Telegram “aplikacją dżihadystów”.

Aplikacja zaczęła później blokować kanały wykorzystywane przez ISIS do rozpowszechniania propagandy. Przedstawiciele Telegrama oświadczyli, że będą wyłączać kanały publiczne oraz boty związane z terroryzmem, ale nie wprowadzą “cenzury motywowanej politycznie” opartej na “lokalnych ograniczeniach wolności słowa” oraz będą dalej zezwalać na “pokojowe wyrażanie alternatywnych opinii”.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.