Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jorge Mendoza, szef zespołu projektowego w firmie informatycznej EPAM Systems, od niedawna zaczął przychodzić do biura mieszczącego się niecały kilometr od plaży w Maladze. Wcześniej pracował z domu. W poniedziałek, jak zwykle o godz. 9:00 rano, włączył komunikator Microsoft Teams, żeby omówić z rozsianym po świecie zespołem plan prac na bieżący dzień. Tego dnia z 30 osób na spotkanie stawiło tylko 12. Przy nazwiskach pozostałych 18 osób świeciły się szare krzyżyki. W ich kraju wyłączono internet.

Zielone światełko jest, ale nic nie zrobisz

Pojawili się kilka godzin później, gdy udało im się dotrzeć do biur EPAM-u w Mińsku. Wielu jechało do pracy okrężnymi drogami, bo centrum miasta było nieprzejezdne.

- Internet działa superwolno, to co zwykle zajmowało 2-3 minuty, teraz potrafi trwać 30-40 minut – opowiada Rusłan, programista pracujący w biurze EPAM-u w Mińsku. Podobnie jak inni członkowie zespołu Jorgego, nie potrafił się połączyć tego dnia z firmą, więc ubrał się i zaczął szukać taksówki. Po półgodzinie usłyszał powiadomienie z aplikacji Yandex Taxi: “Twój kierowca będzie za 10 minut”.

Miał szczęście, bo mieszka za obwodnicą, dlatego aplikacja zaakceptowała zamówiony przez niego kurs. W tym samym czasie kursy zamawiane z centrum były odrzucane. Do domu Rusłan musiał wracać już metrem.

Rowery i auta na godziny nie działają. - Stoi hulajnoga, lampka świeci się na zielono, ale nic z nią nie da się zrobić - opowiada Olga, 25-letnia mieszkanka Mińska, pracująca w hipermarkecie.

W biurze Rusłan podłączył się do sieci. - Działa znacznie szybciej niż gdzie indziej, ale normalnie pracować się nie da. Jakieś zadania można wykonać, inne trzeba przełożyć. Dobrze, że można połączyć się z ludźmi pracującymi w tych samych zespołach za granicą, poinformować ich o trudnościach i się przeorganizować - opowiada Rusłan.

Wśród klientów EPAM-u są taki firmy, jak RTL, TUI, UBS, UPC, Wolters Kluwer czy Thomson Reuters.

Przez ostatnie 10 lat białoruski sektor technologiczny i infrastruktura cyfrowa w coraz większym stopniu upodabniały się do tych, którą znają mieszkańcy Europy. Zamówienie taksówki, jedzenia czy wypożyczenie roweru albo auta przez aplikacje mobilne stało się codziennością nie tylko w Mińsku, ale i pozostałych centrach obwodowych.

To na Białorusi powstały takie firmy, jak World of Tanks, Viber czy wspomniany wyżej EPAM, notowany na nowojorskiej giełdzie z kapitalizacją 16,62 mld dol.

Skąd wzięła się działająca łączność w biurach EPAM-u, w czasie gdy - jak twierdzi Łukaszenka - zagraniczne siły wyłączyły internet w całym kraju? - Najprawdopodobniej to rezerwowe łącze satelitarne. Każda firma IT musi być przygotowana do pracy w warunkach kryzysu - mówi Mendoza.

Media na Telegramie

Prawdziwy test przechodzą redakcje i działy technologii białoruskich mediów niezależnych. Teoretycznie ich witryny internetowe są dostępne dla mieszkańców Białorusi, ale w praktyce trudno się na nie dostać - łączenie trwa godzinami albo kończy się komunikatem o błędzie.

Sytuację najlepiej pokazuje ruch na portalu Tut.by, czyli największym obecnie serwisie informacyjnym w białoruskiej sieci. Na opublikowanym przez szefów redakcji wykresie widać ogromny skok zainteresowania w niedzielę i szybki spadek, trwający przez ostatnie dwa dni.

Dziś o godz. 10:35 czasu polskiego portal Tut.by poinformował o uruchomieniu dwóch lustrzanych klonów swego serwisu: www.Tutby.news oraz News.Tutby.online. “Nie są stabilne, ale powinny wytrzymać” - napisała redakcja w oświadczeniu.

Nie chcąc tracić kontaktu z odbiorcami, białoruskie media niezależne przeniosły się więc do sieci społecznościowych. To Facebook i Telegram w dużej mierze zastąpiły im sparaliżowaną własną infrastrukturę.

Głównym sposobem dotarcia do odbiorców od poniedziałku pozostaje Telegram, na którym własne kanały prowadzą białoruskie redakcje niezależne oraz blogerzy. Tut.by prowadzi tam dwa kanały “TUT.by Wiadomości” (175 tys. obserwujących) oraz “Wybory widisz?” (50 tys. obserwujących). Własne kanały prowadzą również najstarszy dziennik opozycyjny “Nasza Niwa” (32 tys. obserwujących), poświęcony technologiom serwis Onliner.by (75 tys. obserwujących) oraz brzeski magazyn miejski “Binokl” (3,5 tys. obserwujących).

Redakcje na żywo relacjonują uliczne protesty na Telegramie. Każda publikuje na swoim kanale średnio 10-20 wiadomości na godzinę i to tam Białorusini dowiadują się o miejscach starć, zatrzymaniach aktywistów, kierunkach marszu milicji, napiętej sytuacji w zakładach państwowych (np. pracownicy cukrowni w Żabince grożą strajkiem) czy zawiezionych do szpitali rannych.

Media publikują tam również nagrania wideo, zdjęcia (najczęściej na otwartej licencji) oraz całe poradniki. Jeden z nich pt. “Co robić, jeśli wasz krewny poszedł na protesty i nie wrócił” zawiera listę telefonów i adresów aresztów śledczych w kraju". Inny pt. “Co robić, jeśli nie działa internet” zawierał link do serwera, na którym umieszczono listę narzędzi do obchodzenia blokad oraz szyfrowania sprzętu.

“Publikujcie z podaniem źródła i podawajcie dalej. Uszczęśliwicie tym samym pewną małą redakcję” - napisał serwis Binokl na swoim kanale pod fotorelacją z nocnych zamieszek w Brześciu.

Redakcje odłożyły rywalizację na bok i chętnie wymieniają się materiałami na własnych kanałach. W tej niespotykanej sytuacji zachowują niespotykaną solidarność.

Imiona i nazwiska bohaterów tekstu zostały zmienione na ich prośbę

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.