Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"2020 to wyjątkowy rok przestępny. Luty ma 29 dni, marzec 300, a kwiecień 5 lat” – stwierdził David Wessel, dwukrotny zdobywca Pulitzera i dyrektor Centrum Polityki Fiskalnej i Monetarnej „Hutchins”. Pandemia podzieliła nas na dwie grupy: pierwszej czas przyspieszył jak nigdy dotąd, drugiej się dłuży.

Marzena, fryzjerka, w połowie marca z dnia na dzień została zamknięta w domu. – Pierwsze tygodnie prawie nie wychodziłam – opowiada. Dni płynęły jej wolniej, bo zawsze żyła pracą, klientkami, salonem. Nagle cały czas zaczęła spędzać z czteroletnią córką. Próbowała wypełnić dnie sprzątaniem, a potem całkowicie poświęciła się dziecku.

Piotr odpowiada za rozwój w małej spółce produkującej gry. Zbliża się premiera tytułu, prawie nie zauważył, że spędził w zamknięciu ponad dwa miesiące.

– Jeszcze nigdy tyle nie pracowałem. Siadam do komputera przed 7 rano, wstaję przed 22. Z początku pandemii pamięta tylko, jak zamknęli szkoły, pozostałe dni zlały się w jeden.

– Dziś można wyróżnić dwie grupy ludzi, dla których czas płynie odmiennie – tłumaczy Claudia Hammond, autorka książki „70 minut na godzinę” o subiektywnym poczuciu upływu czasu. – Osoby, które nie pracują, bo np. straciły pracę lub ich firmy czekają na odmrożenie, i ludzie, którzy pracują z domu. Drudzy są zajęci jak nigdy. Niepracujący tworzą mniej wspomnień, więc dla nich czas zaczął się wydłużać.

Claudia należy do osób, którym dni od początku pandemii zlewają się w jeden.

Jutronauci
CZYTAJ WIĘCEJ

Kto się nudzi w izolacji

Emocje, wspomnienia, stres, podwyższona temperatura czy izolacja wpływają na nasz odbiór czasu. To z powodu emocji droga na wakacje wydaje się trwać dłużej niż powrót. Podczas pandemii nasz odbiór czasu zakłócają dwa specyficzne czynniki: stres i wspomnienia. Czy raczej ich brak.

Pamięć wykorzystuje wspomnienia do subiektywnego określania upływu czasu. – Jeśli nie tworzysz nowych i spojrzysz w przeszłość, wydaje się, że czas minął bardzo szybko. Za to w chwili samego przeżycia czas mija powoli, bo się nudzisz. Z tym mechanizmem mamy np. do czynienia, gdy jesteśmy chorzy – wyjaśnia Hammond.

Jak to, już czerwiec?

Poczucie upływu czasu osób zajętych zależy od tego, czy wykonują znane sobie od dawna obowiązki, czy też pojawiły się jakieś nowe. Nowa rutyna generuje nowe wspomnienia, więc gdy patrzymy wstecz, wydaje nam się, że minęło strasznie dużo czasu. – To tak jak z wakacjami – tłumaczy Hammond. – Gdy na nich jesteś i miło spędzasz czas, dni mijają bardzo szybko. A gdy wrócisz do domu i zaczniesz wspominać swoją podróż, będzie się wydawało, że w domu nie było cię wieki.

Tak było u Szymona, którego pandemia zastała w Australii, w siódmym miesiącu podróży dookoła świata. W miarę jak kolejne kraje zamykały granice, także on postanowił wrócić do domu w Gdańsku. Planował poszukiwanie nowej pracy kilka miesięcy przed powrotem i liczył, że wróci na gotowe. Teraz musiał szukać pracy już z domu. Pierwszy tydzień kwarantanny spędził na relaksie, więc czas minął błyskawicznie. Drugi tydzień zaczął już się dłużyć. – Teraz czas mija znacznie szybciej. Mam co robić, bo znalazłem pracę.

Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska, psycholożka z Uniwersytetu Wrocławskiego, mówi, że to móżdżek i jądro podstawne odpowiadają za postrzeganie upływu czasu. Opisuje eksperyment: ludziom pokazywano obrazy i proszono o stwierdzenie, czy któryś był wyświetlany dłużej. Tomografem sprawdzano aktywność mózgu badanych. Różnica polegała na aktywności móżdżku i jądra podstawnego. A więc nie ma jednego ośrodka w mózgu, który odpowiada za postrzeganie czasu.

Strach spowalnia czas

Wszyscy moi rozmówcy powtarzają, że bardzo wyraźnie pamiętają początek pandemii. Niepewność, czy także w ich rodzinie nie dojdzie do zakażenia, czy zachowają pracę, czy ich życie się nie zawali. To były chwile, gdy cała Polska atakowana była fałszywymi informacjami („zamkną Warszawę”, „służby chodzą po domach i mierzą temperaturę”), co dodatkowo potęgowało niepewność. Dr Widera-Wysoczańska zauważa, że dziś jej pacjenci są zdziwieni, że na początku pandemii tak się bali.

Stres to drugi czynnik, który dziś wpływa na zakrzywienie postrzegania czasu. Stresujące wspomnienia szczególnie dobrze zapadają nam w pamięci – często pamiętamy najdrobniejsze szczegóły, łącznie z zapachami. „Intensywność doświadczeń podczas groźnego wypadku powoduje, że zostaje nam więcej wspomnień – pisze Hammond w „70 minut na godzinę”. – Każda sekunda wydaje się zupełnie nowa, więc oceniamy, że wszystko trwało znacznie dłużej niż w rzeczywistości, jakby wydarzyło się w zwolnionym tempie. To wrażenie jest intensyfikowane przez fakt, że chociażby w trakcie kraksy samochodowej umysł skupia się na elementach koniecznych do przetrwania, a odrzuca wszystko, co nieistotne, na przykład krajobraz, piosenki lecące akurat w radiu czy liczbę przejeżdżających samochodów. A to są sygnały, które normalnie pomagają ocenić upływ czasu”.

Z początku pandemii Hammond pamięta chwile, w których dowiadywała się o kolejnych znajomych zakażonych, i moment, gdy po raz pierwszy jechała przez wyludniony Londyn na audycję do BBC. – To zapamiętam na zawsze. Nagle moje miasto stało się nie do poznania, odrealnione.

Naukowcy poświęcili zakrzywianiu czasu przez strach sporo badań. I odkryli, że jeśli poprosić osoby cierpiące na arachnofobię o patrzenie na pająki przez 45 sekund, to będą one wyraźnie zawyżać upływ czasu. Tak samo zachowywali się początkujący spadochroniarze – patrząc na spadających w powietrzu kolegów, oceniali czas ich spadania jako krótki. Gdy to im przyszło skakać, wydawało im się, że są w powietrzu dłużej.

Zdarzy się albo nie

Niepewność sprawia, że musimy nauczyć się żyć w teraźniejszości. Hammond: – Niespecjalnie mamy na co czekać ani planować np. wakacji czy wyjścia ze znajomymi. Nie ma czego wyczekiwać, bo nie wiemy, co się wydarzy w sierpniu czy październiku. Musimy się zastanowić, co zrobić DZIŚ, a nie w weekend czy w wakacje. To duża zmiana w odbiorze czasu, bo na co dzień sporo go poświęcaliśmy na błądzenie myślami i rozważanie tego, co się wydarzy w przyszłości.

A błądzenie myślami nie jest marnowaniem czasu. W ten sposób poprawia się kreatywność, a Moshe Bar z Harvard Medical School uważa, że taka czynność kreuje wspomnienia wydarzeń, które się nie wydarzyły, przez co „mentalnie ćwiczymy”, jak zachowamy się w różnych sytuacjach. Nagłe przestawienie się na teraźniejszość może oznaczać, że dopóki ono nie wróci, staniemy się mniej elastyczni wobec nowych wyzwań.

Jeszcze niedawno wierzyliśmy, że planowanie przybliża nas do realizacji celu. Jeśli będę się dobrze uczyć, dostanę się na studia. Jeśli będę doskonale wypełniać obowiązki w pracy, dostanę awans. Dziś prawie na nic nie mamy wpływu, zanikło poczucie kontroli. Dlatego ludzie zaczęli robić remonty, porządki i wielkie sprzątania - by „dobrze spożytkować czas w zamknięciu”.

Święta już za pasem

„Spotkanie, które miało się odbyć w przyszłą środę, musiało zostać przesunięte o dwa dni do przodu. Kiedy w takim razie się odbędzie?” – to zagadka z „70 minut na godzinę”. Można na nie odpowiedzieć na dwa sposoby, oba poprawne. Każdy wskaże, w jaki sposób postrzegamy siebie w stosunku do czasu.

  • Jeśli pierwszą myślą jest poniedziałek, oznacza to, że „czas przypomina nieustanny taśmociąg, a przyszłość zbliża się ku tobie. Używasz metafory poruszającego się czasu”.
  • Jeśli uznałeś, że spotkanie odbędzie się w piątek, to masz poczucie, że sam poruszasz się w kierunku przyszłości i stosujesz „metaforę poruszającego się ego”.

Innymi słowy – do osób, które wybrały poniedziałek, „szybko zbliżają się święta”, a osoby piątkowe „szybko ku świętom zmierzają”. Przynajmniej było tak przed pandemią, bo koronawirus wpłynął także na ten element postrzegania czasu.

– Czujemy teraz, że nie panujemy nad sytuacją, jesteśmy ubezwłasnowolnieni, prawdopodobnie więc przyszłość zbliża się do nas – uważa Hammond. – To tak, jakbyśmy czekali na lotnisku na wejście do samolotu.

Pandemia zamknęła nas w czyśćcu niepewności – nie wiemy, czy pojawi się druga fala, kiedy będzie szczepionka. Hammond jest przekonana, że zapamiętamy ją doskonale, a cały jej okres zajmie w naszej pamięci dużo miejsca.

Nasi dziadkowie w podobny sposób zapamiętali wojnę. Tyle że o ile oni mogli wyjść na ulice 8 maja, świętując jej zakończenie, tak my nie doświadczymy jednoznacznego końca pandemii. Nawet gdy już pojawi się szczepionka, nie będzie dystrybuowana jednocześnie na całym świecie, co jakiś czas będą wybuchać kolejne ogniska choroby. A taka cezura bardzo by się przydała, by oddzielić czas niepewności i niepokoju od prawdziwej „normalności”. Choćby nawet miała być symboliczna.

Nowa rzeczywistość nie musi być koszmarem, może być pełna szans. Nad tym będziemy zastanawiać się w tym wyjątkowym roku i zaczynamy nasz program wyjątkowo wcześnie. Do współpracy zapraszamy Jutronautów z poprzednich trzech edycji - wyjątkowe osoby z pozornie odległych od siebie światów - którzy tłumaczą przyszłość czytelnikom "Wyborczej". Zapraszamy też innych ekspertów, którzy chcą się dzielić z nami swoimi prognozami.

To już czwarta edycja programu "Jutronauci", którego partnerem strategicznym jest Sebastian Kulczyk.

Partnerem wspierającym jest FANUC.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.