Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Był 2 marca 1949 r., gdy Kazimierz Moczarski wszedł do celi więziennej oddziału XI warszawskiego więzienia na Mokotowie przy ul. Rakowieckiej 37. W celi zastał dwóch Niemców oskarżonych o zbrodnie hitlerowskie. Jeden nazywał się Jürgen Stroop. Był generałem SS, dowódcą SS i policji na dystrykt warszawski, kierował likwidacją getta warszawskiego. Drugi nazywał się Gustav Schielke; był zawodowym oficerem policji obyczajowej.

Natomiast Moczarski był działaczem konspiracji antyhitlerowskiej i żołnierzem Armii Krajowej, zbrojnego ramienia Polskiego Państwa Podziemnego w epoce okupacji. Uwięziony został przez komunistyczną służbę bezpieczeństwa w sierpniu 1945 r. pod zarzutem przynależności do konspiracji antykomunistycznej, która była kontynuacją Armii Krajowej.

Wszystko oddzielało Moczarskiego od towarzyszy z celi więziennej: przeszłość i pamięć, postawa życiowa i ogląd świata. Ci ludzie jeszcze niedawno byli jego wrogami śmiertelnymi; należeli do grona morderców jego rodziny, przyjaciół, narodu.

Spędzili we wspólnej celi 255 dni. Mógł wreszcie wziąć odwet na okupantach przeklętych – mógł ich poniżać i upokarzać. On wolał jednak porozmawiać.

Zderzyły się ze sobą dwa światy: świat komunistycznej bezpieki, która uwięziła Moczarskiego i osadziła w celi wspólnej ze zbrodniarzem hitlerowskim, ze światem Kazimierza Moczarskiego, który nawet tak straszne poniżenie umiał spożytkować, czyniąc coś oczywiście pozytywnego.

Ten pobyt w celi polskiego więzienia z generałem hitlerowskim jest symbolem losu polskiego w tamtych przeklętych latach – to przecież symbol klęski, poniżenia i ustawicznego zeszmatławiania Polski przez władzę komunistyczną.

„W polityce nie ma zasad moralnych” – deklarował Stroop. „Mam inne zdanie” – odpowiadał Moczarski, choć nie podejmował sporu. Jakże spierać się z wyznaniem wiary nazisty banalnego?

Zarówno Jürgen Stroop, jak i funkcjonariusze UB, którzy torturowali Moczarskiego, uważali zgodnie, że moralność musi być podporządkowana ich celom politycznym, czyli dążeniom wodzów partii nazistowskiej lub bolszewickiej. Dla takich ludzi nie istniał żaden obszar wspólnych wartości – prawda jest tylko jedna i to my jesteśmy jej posiadaczami. W ten sposób – pisał Jan Strzelecki w 1946 r. – „ulega zanikowi wszelki pozainstrumentalny stosunek do człowieka. Człowiek jest coś wart wtedy, gdy jest dla nas użyteczny. Jeśli nie można go użyć jako narzędzia, zostaje podejrzany o wrogość”.

Nagroda Historyczna m.st. Warszawy im. Kazimierza Moczarskiego poprzez wyłonienie mądrych i rzetelnych książek historycznych przybliża nas do rozumienia wspólnych wartości, oddala od pokusy traktowania innych jako wrogów i uznania, że w polityce nie ma zasad moralnych. W tych dramatycznych czasach potrzebujemy tego jak powietrza.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.