Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W Moskwie i Mińsku mogli odetchnąć z ulgą. Unia Europejska kolejny raz odłożyła decyzje o reakcji na brutalną rozprawę reżimu Aleksandra Łukaszenki z Białorusinami, już sześć tygodni demonstrującymi przeciw sfałszowanym wyborom prezydenckim, których zwycięzcą kolejny raz ogłoszono Łukaszenkę.

Nadal też UE nie podjęła decyzji o reakcji na zamach na lidera rosyjskiej opozycji Aleksieja Nawalnego, w którego organizmie - jak trzy tygodnie temu ogłosił rząd Niemiec -  wykryto ślady neurotoksyny z rodzaju zakazanego prawem międzynarodowym gazu bojowego nowiczok, który opracowano potajemnie w Związku Sowieckim. Przez miesiąc Nawalny był leczony po tym zamachu w Berlinie, dokąd na prośbę rodziny został przewieziony ze szpitala w Omsku na Syberii, do którego trafił w śpiączce po otruciu. 

Przerwa na kwarantannę

Po ujawnieniu ataku na  Nawalnego nowiczokiem część niemieckich polityków domagała się od rządu kanclerz Angeli Merkel, aby zatrzymał budowę kolejnego bałtyckiego gazociągu Nord Stream 2 z Rosji do Niemiec. Ale rząd Niemiec uznał, że w tej sprawie powinni się wypowiedzieć przywódcy wszystkich państw Unii. 

Decyzje w sprawie reakcji na wydarzenia na Białorusi i zamach na Nawalnego przywódcy UE mieli podjąć na szczycie, który miał się odbyć w Brukseli w najbliższy czwartek i piątek. Jednak we wtorek wieczorem przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel ogłosił, że musi odbyć kwarantannę, gdyż wykryto zakażenie koronawirusem u jednego z jego ochroniarzy. W tej sytuacji szczyt UE przełożono o tydzień. 

Tymczasem już w środę Aleksandr Łukaszenka na pospiesznie i potajemnie zorganizowanej ceremonii zainaugurował swoją kolejną kadencję prezydencką, grając na nosie UE, która formalnie nie uznaje wyników sierpniowych wyborów na Białorusi. 

Niemoc UE

W czasie trwających od sześciu tygodni masowych demonstracji w Mińsku i innych miastach Białorusi policja aresztowała dotąd co najmniej 8 tys. osób, jak szacowała UE. Były doniesienia o licznych przypadkach torturowania zatrzymanych, a setki, jeśli nie tysiące protestujących pobito. 

Faktycznie UE dotąd zareagowała na to tylko werbalnymi protestami, których efekt przypomina rzucanie kulek z waty w reżim Łukaszenki, wspierany przez putinowską Rosję. 

Przypomnijmy, że dopiero po tygodniu demonstracji na Białorusi Charles Michel zdecydował się zwołać w trybie telekonferencji szczyt przywódców państw UE, o co już wcześniej apelowały rządy Polski oraz państw bałtyckich. Na tym szczycie zatwierdzono plan nałożenia symbolicznych sankcji na wybranych urzędników reżimu Łukaszenki, zakazując im wjazdu do UE i zamrażając majątki posiadane w Unii. 

Od tego czasu tylko państwa bałtyckie nałożyły takie sankcje na białoruskich urzędników, w tym Aleksandra Łukaszenki. Na unijną czarną listę Łukaszenka trafił na wniosek Niemiec, Francji i Włoch. Ale co najważniejsze - dotąd takich symbolicznych tylko sankcji wobec przedstawicieli reżimu Łukaszenki UE nie nałożyła. Ten plan zablokował Cypr, znany z bliskich relacji z Rosją, domagając się w zamian za sankcje na podwładnych Łukaszenki ukarania Turcji za poszukiwanie złóż ropy naftowej i gazu pod dnem Morza Śródziemnego. Na przełożonym szczycie przywódcy UE mieli przekonywać Cypr, by zmienił zdanie. 

A na razie Łukaszenka ma więcej czasu, by się umacniać w poczuciu bezkarności i pogłębiać zależność Białorusi od Rosji. 

Straty Ukrainy

Nagła kwarantanna przewodniczącego Rady Europejskiej nie jest także korzystna dla Ukrainy, która ciągle boryka się z agresją Rosji, w ostatnich tygodniach wzmożoną na polu propagandowym. Bo Łukaszenka wraz z Putinem oskarżyli Ukrainę o ingerencję wraz z USA na Białorusi, nawet o szkolenie aktywistów do kierowania demonstracjami ulicznymi. 

W najbliższą sobotę Charles Michel miał przyjechać na Ukrainę i złożyć wizytę w Donbasie, o którego utrzymanie Kijów walczy z rosyjskimi najemnikami. Prawdopodobnie z powodu kwarantanny przewodniczący Rady Europejskiej odłoży tę wizytę

Miała ona stanowić część przygotowań do corocznego szczytu UE-Ukraina, który w tym roku zaplanowano na 1 października. Ale teraz w tym terminie ma się odbyć przełożony szczyt UE i nie wiadomo, czy odbędzie się także szczyt z Ukrainą. 

Mizerna prezydencja Niemiec

Wizerunkowe straty UE z powodu poślizgów w sankcjach wobec reżimu Łukaszenki, odciąganie uwagi Unii od walk w Donbasie to korzyści dla Rosji. Moskwa korzysta także na braku reakcji Unii na zamach na Nawalnego. Nikt nie wierzy w rzetelne śledztwo Rosji w tej sprawie. W środę Aleksiej Nawalny po 32 dniach leczenia został wypisany z kliniki w Berlinie. A ponieważ nie zginął otruty neurotoksyną, napięcie polityczne związane z atakiem na rosyjskiego opozycjonistę zacznie opadać.

Być może nie dojdzie nawet do gestu w rodzaju wydalenia grupy rosyjskich dyplomatów, jak dwa lata temu, gdy nowiczokiem próbowano otruć w Wielkiej Brytanii byłego podwójnego agenta Siergieja Skripala i jego córkę, a przypadkową ofiarą tego zamachu padła pewna Brytyjka. O zamach na Skripala rząd Wielkiej Brytanii oskarżył funkcjonariuszy rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU. 

Do takich korzyści Rosji przyczyniły się Niemcy, które od lipca sprawują prezydencję w UE - czyli mają inicjatywę w zwoływaniu szczytów i ustalaniu porządku ich obrad. Co prawda to rząd Niemiec ogłosił, że do zamachu na Nawalnego użyto trucizny typu nowiczok i zażądał wyjaśnień od władz Rosji.

Jednak Kreml twierdzi, że nie widzi podstaw do wszczęcia śledztwa w tej sprawie, wysokiej rangi przedstawiciele władz Rosji sugerują, że Nawalny mógł być otruty poza Rosją, a według dziennika "Le Monde" prezydent Francji Emmanuel Macron miał usłyszeć od Putina, że może Nawalny sam wziął nowiczok. I na to wszystko Niemcy, przewodzący dziś UE, nie reagują. 

Trudno też zrozumieć, że Niemcy - największa potęga gospodarcza Europy - nie zdołały nakłonić maleńkiego Cypru do zaakceptowania symbolicznych sankcji wobec urzędników Łukaszenki. Chyba że jest to na rękę Berlinowi. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.