Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Moskwa już wie, dlaczego na Białorusi od ponad miesiąca trwają demonstracje przeciw sfałszowanym wyborom prezydenckim, których zwycięzcą kolejny raz został okrzyknięty Aleksander Łukaszenka. 

Wyjaśnił to Siergiej Naryszkin, dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji (SVR), która powstała z przekształcenia sowieckiego wywiadu cywilnego KGB. 

Protesty opłacili Amerykanie?

"Według informacji posiadanych przez SVR w obecnych wydarzeniach na Białorusi kluczową rolę odgrywają USA. Chociaż w przestrzeni publicznej Waszyngton próbuje pozostać w cieniu, to po rozpoczęciu masowych wystąpień ulicznych, Amerykanie znacząco zwiększyli finansowanie białoruskich sił antyrządowych. Liczy się ono w dziesiątkach milionów dolarów" – stwierdził Naryszkin w komunikacie przekazanym w środę rosyjskim agencjom prasowym.

Uznał, że w protestach na Białorusi można wyśledzić "zachodni ślad": od początku były one dobrze zorganizowane i są rzekomo koordynowane z zagranicy. 

"Zwraca uwagę, że Zachód zaczął przygotowywać protesty na długo przed wyborami [prezydenckimi na Białorusi]. Tylko USA w 2019 i na początku 2020 r. po linii różnych organizacji pozarządowych przekazały na organizację wystąpień antyrządowych ok. 20 mln dol." – zarzucił Naryszkin. Według jego narracji za te pieniądze tworzono sieć "niezależnych blogerów" i otwierano konta na sieciach społecznościowych, a także szkolono wybranych aktywistów do prowadzenia ulicznych demonstracji.

"Najbardziej perspektywiczni z nich przechodzili szkolenia za granicą, zwłaszcza w Polsce, na Litwie i na Ukrainie, gdzie zajmowali się nimi doświadczeni amerykańscy instruktorzy od protestów bez przemocy" – insynuował szef rosyjskich szpiegów w stylu do złudzenia przypominającym czasy Związku Sowieckiego i KGB. 

Łukaszenka: szykowali to 10 lat

Do chóru z szefem rosyjskiej agencji wywiadowczej wystąpił Aleksander Łukaszenka. W środę na spotkaniu w Mińsku z aktywem politycznym swoich zwolenników ogłosił, że demonstracje po wyborach w zeszłym miesiącu były rzekomo szykowane przez 10 lat. 

"Aby od razu ściągnąć maski, nazwiemy tych graczy po imieniu. Na poziomie ośrodków globalnych to przede wszystkim Stany Zjednoczone Ameryki, a konkretnie ich sieć fundacji wspierania tzw. demokracji. Na kontynencie europejskim aktywnie działali satelici Ameryki: Polska, Litwa, Czechy i, niestety, nasza Ukraina" – ogłosił Łukaszenka, cytowany przez rządową agencję prasową BiełTA.  

Każdemu z tych państw przypisał też konkretną rolę w rzekomym spisku.

"Czechy od dawna jako centrum (hub) zasobów, Polska – początkowo jako inkubator kanałów medialnych ("Biełsat", "Niechta" i inne), a potem jako platforma dla alternatywnych organów na wygnaniu. Litwa – zraniona tematem elektrowni atomowej [w Ostrowcu, budowanej przez Rosję] – jako taran relacji białorusko-europejskich. A Ukraina, nie bacząc na nasze stałe poparcie, na przykład w kwestii integralności terytorialnej [Białoruś nie uznała oficjalnie aneksji Krymu przez Rosję], stała się forpocztą politycznych prowokacji" – opowiadał Łukaszenka swoim zwolennikom. 

I według jego spiskowej teorii USA wraz z Polską, Litwą, Czechami i Ukrainą latami szykowały spisek w celu "unicestwienia Białorusi".

"Taktyka organizatorów była zbudowana zgodnie z klasycznym amerykańskim podręcznikiem barwnych rewolucji. To znany powszechnie Gene Sharp" – stwierdził Łukaszenka, przywołując amerykańskiego politologa, teoretyka rewolucji bez przemocy. 

Spiskowym rewelacjom Łukaszenki i Moskwy zaprzeczyła Swiatłana Cichanouska, przywódczyni białoruskiej opozycji. "Przyczyna protestów na Białorusi jest jedna i wszystkim znana: Łukaszenka przegrał wybory, ale nie chce odejść. Naród, który odmówił byłemu prezydentowi zaufania i poparcia, domaga się jego ustąpienia" – napisała Cichanouska na swoim koncie na "Telegram". 

Sygnał dał Putin 

Jako pierwszy o ingerencję na Białorusi oskarżył USA prezydent Rosji Władimir Putin.

Chodziło o sprawę 33 rosyjskich najemników z tzw. oddziałów Wagnera, znanych z walk w Donbasie, Syrii i w Afryce. Pod koniec lipca zostali oni zatrzymani pod Mińskiem przez władze Białorusi, a rządowa białoruska agencja prasowa BiełTA ogłosiła, że mieli destabilizować sytuację przed wyborami prezydenckimi.

O ekstradycję rosyjskich najemników znanych z walk w Donbasie wystąpiła Ukraina. Ale kilka dni po wyborach władze Białorusi wypuściły zatrzymanych Rosjan, a Łukaszenka wysłał do nich własnego syna z przeprosinami. 

Moskwa rozpuściła informację, że zatrzymani najemnicy mieli czekać w Mińsku na samolot do Stambułu, skąd mieli polecieć przez Kubę do Wenezueli, a stąd do "ochrony obiektów naftowych" w Syrii. 

Pod koniec sierpnia Putin w rosyjskiej państwowej telewizji przedstawił inną wersję. Stwierdził, że rosyjskich najemników zatrzymano na Białorusi wskutek intrygi służb specjalnych USA i Ukrainy. 

"Po prostu tam [na Białoruś] zwabili ich, przeciągnęli przez granicę na sfałszowanych dokumentach" – stwierdził Putin, przyznając, iż rosyjskie służby graniczne nie zarejestrowały wjazdu najemników na teren Białorusi. 

Ukraina zaprzeczyła tym oskarżeniom, nazywając je "rosyjską dezinformacją". Ale kilka dni później szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow po spotkaniu z białoruskim ministrem spraw zagranicznych Uadzimierem Makejem oskarżył Ukrainę o prowadzenie obozów szkoleniowych dla "ekstremistów" wysyłanych rzekomo na Białoruś w celu prowokacji radykalnych działań. "Według naszych ocen około 200 ekstremistów wyćwiczonych na terytorium ukraińskim znajduje się teraz na Białorusi" – utrzymywał Ławrow. 

Być może w rzekomej intrydze przeciw rosyjskim najemnikom Moskwa znajdzie jeszcze kolejnych winnych oprócz USA i Ukrainy. Przed tygodniem w wywiadzie dla dziennika "Kommiersant" prokurator generalny Rosji Igor Krasnow stwierdził, iż według Komitetu Śledczego Rosji (tamtejszy odpowiednik FBI) w "zwabienie" rosyjskich najemników i ich zatrzymanie na Białorusi było zaangażowanych "kilka służb specjalnych". 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.