Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W poniedziałek rano szef białoruskiego reżimu Aleksander Łukaszenka przyleciał do Soczi na rozmowy w cztery oczy z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Do tego szczytu dochodzi po trwających od miesiąca na Białorusi masowych demonstracjach po sfałszowanych wyborach prezydenckich, których zwycięzcą na kolejną kadencję okrzyknięto Łukaszenkę. 

Wyników białoruskich wyborów nie uznała Unia Europejska ani USA. Zaaprobowały je tylko Rosja i Chiny. Ale nikt nie ma wątpliwości, że najwyższy rachunek za to poparcie Łukaszenka dostanie z Moskwy. 

Łukaszenka po sfałszowanych wyborach już wiele razy prowadził rozmowy telefoniczne z Putinem. Ale zapowiadał, że kropkę nad i we wrażliwych i spornych kwestiach wzajemnych relacji Białorusi z Rosją będzie chciał postawić dopiero podczas bezpośredniego spotkania z Putinem. 

W ostatni piątek Kreml uprzedził przy tym, że spotkanie w Soczi ma charakter roboczy, nie zakończy się formalnym podpisaniem umów ani nawet wspólną konferencją prasową. Jednak i tak może doprowadzić do pogłębienia zależności Białorusi od Rosji.

"W toku rozmów planowane jest omówienie kluczowych kwestii dalszego rozwoju rosyjsko-białoruskich relacji partnerstwa strategicznego i relacji sojuszniczych. Szczególna uwaga zostanie poświęcona realizacji wielkich wspólnych projektów w dziedzinach handlowej, gospodarczej, energetycznej oraz kulturalnej i humanitarnej, a także perspektywom przyspieszenia procesów integracyjnych w ramach państwa związkowego [Rosji i Białorusi]" - zapowiedziały służby prasowe Kremla.

Bez umowy z MFW

Najpilniejszą sprawą dla Łukaszenki jest restrukturyzacja długów wobec Rosji. 

W ostatni piątek Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) ogłosił, że nie porozumiał się z władzami Białorusi w sprawie 940 mln dol. kredytu na walkę ze skutkami pandemii.

"W marcu Białoruś zwróciła się o rozważenie przyznania nadzwyczajnej pomocy, ale nie osiągnięto porozumienia. Nie udało nam się pokonać znaczących różnic zdań w kwestii należytej reakcji władz [Białorusi] na ten problem [działań przeciw epidemii]" - powiedział Gerry Rice, rzecznik prasowy MFW.

Zaprzeczył twierdzeniom Łukaszenki, że w zamian za wsparcie Fundusz domagał się wprowadzenia kwarantanny, izolacji społecznej i godziny policyjnej. Rice stwierdził, że MFW wymagał jedynie przestrzegania zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Ale nie tylko tego. 

"Niezbędne są gwarancje przejrzystości i odpowiednie działania polityczne dla zagwarantowania, że środki finansowe na walkę z pandemią zostaną wykorzystane przy zachowaniu stabilności gospodarczej" - stwierdził przedstawiciel MFW.  

Prawdopodobnie także inne międzynarodowe instytucje finansowe nie dadzą reżimowi Łukaszenki nowych kredytów, których coraz bardziej on potrzebuje. 

W zeszłym tygodniu bank centralny Białorusi ogłosił, że w sierpniu rezerwy walutowe państwa stopniały aż o jedną szóstą, czyli 1,4 mld dol. Bo ponad 1 mld dol. bank centralny musiał sprzedać dla utrzymania stabilności białoruskiej waluty, a reszta poszła na spłatę zagranicznych długów państwowych. Kryzys walutowy doprowadził już do wstrzymania przez białoruskie banki przyznawania nowych kredytów dla ludności. 

W tym miesiącu Łukaszenka zapowiadał, że Rosja odłoży spłatę 1 mld dol. długu, co Białoruś miała zrobić w tym roku. Jednak potem rosyjski minister finansów Anton Siłuanow mówił, że rozmowy dotyczą przełożenia na przyszły roku spłaty 600 mln dol. 

Nowy dług od Gazpromu

Na dodatek Białoruś może czekać spłata dodatkowego długu wobec Gazpromu. W tym roku Białoruś płaci 127 dol. za 1000 m sześc. gazu z Rosji. Białorusi nie udało się obniżyć tej ceny, chociaż Łukaszenka publicznie zarzucał, że za rosyjski gaz Białoruś płaci dwa razy więcej od Niemiec. 

Gazprom zarzucił zaś Białorusi, że nie płaci w pełni rachunków za dostarczany surowiec. Mińsk przez wiele miesięcy twierdził, że dzieje się tak, ponieważ dostaje z Rosji gaz kiepskiej jakości, o niższej wartości kalorycznej, niż przewidziano w umowie. 

Jednak teraz władze Białorusi wywiesiły białą flagę. "Jest zasadnicze porozumienie, że koledzy [z Białorusi] spłacą dług. Trwają prace nad weryfikacją wielkości zadłużenia i w sprawie ustalenia źródeł, z których dług zostanie spłacony" - powiedział w zeszłym tygodniu rosyjski minister energetyki Aleksandr Nowak.

Dodał, że Białoruś jest dłużna Gazpromowi 328 mln dol. i te pieniądze Mińsk ma zapłacić jeszcze w tym miesiącu. 

Koniec z ropą naftową z USA?

Na początku roku wielkie rosyjskie koncerny naftowe wstrzymały dostawy ropy naftowej na Białoruś z powodu sporów o cenę surowca - zawyżaną według Łukaszenki. Po zakręceniu kurka przez Rosję prezydent polecił szukać alternatywnych źródeł dostaw w innych częściach świata. 

I do swoich rafinerii pierwszy raz w historii Białoruś sprowadziła - za pośrednictwem portu w Kłajpedzie na Litwie - partie ropy naftowej z Norwegii, Arabii Saudyjskiej, a nawet z USA. 

Teraz jednak trwają rozmowy o dodatkowych dostawach ropy naftowej z Rosji, co może oznaczać kres planów Mińska, by zdywersyfikować źródła dostaw ropy naftowej. Tym bardziej że po wpisaniu przez państwa bałtyckie na czarną listą Aleksander Łukaszenka zapowiedział, że przeniesie do portów Rosji przysył białoruskich towarów, aby w ten sposób ukarać Litwę. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.