Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jednym z głównych pomysłów państw na ratowanie gospodarek z zapaści ma być wypłacanie obywatelom pieniędzy. Zdecydowała się na to Korea Południowa, zapowiedziane to zostało w Hiszpanii, prawdopodobnie takie rozwiązanie wprowadzi również Japonia. Środki najbardziej potrzebującym wypłaca się również w Stanach Zjednoczonych.

Jutronauci
CZYTAJ WIĘCEJ

Blisko tu do koncepcji bezwarunkowego dochodu podstawowego (ang. universal basic income, UBI), czyli stałego zasiłku od państwa dla każdego niezależnie od jego kondycji finansowej. Jest ona rozważana od dekad w różnych miejscach na świecie, eksperyment prowadzono m.in. w Finlandii. Ekonomiści wciąż nie są zgodni, czy dochód podstawowy zwiększa komfort życia i poczucie bezpieczeństwa obywateli, czy rozleniwia społeczeństwo.

Postulat gwarantowanej sumy pieniędzy wypłacanej regularnie wszystkim Amerykanom był jedną z głównych obietnic wyborczych Andrew Yanga, do niedawna pretendenta do nominacji z ramienia Demokratów. Yang co prawda wycofał się ze startu, ale jego organizacja Humanity Forward zajmuje się dystrybucją miliona dolarów wśród najmniej zarabiających obywateli USA.

Rozmowa z prof. Krzysztofem Piechem z Katedry Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych Uczelni Łazarskiego.

Rafał Tomański: Kiedy można zastosować takie rozwiązanie jak bezwarunkowy dochód podstawowy (universal basic income, UBI)? Czy teraz ta koncepcja może się sprawdzić?

Krzysztof Piech: Dochód podstawowy na obecnym etapie rozwoju gospodarczego nie jest uzasadniony. Jest to instrument socjalny, na który mogłyby sobie pozwolić najbogatsze kraje. Wtedy jednak musiałyby podwyższyć – niekiedy bardzo niskie – stawki podatku dochodowego.

Zgadzam się z tezami szefów firm technologicznych - jak Elon Musk czy Mark Zuckerberg - że w przyszłości, jeśli roboty będą wypierały ludzi z rynku pracy, zaś wydajność „pracy” w gospodarce będzie rosła, można by przekierować strumień zysków do obywateli. Być może nawet niezależnie od ich aktualnych dochodów. 

Krzysztof PiechKrzysztof Piech Fot.Arch. prywatne

Jakie są ryzyka?

- Powszechny dochód podstawowy – przy istnieniu dodatkowych elementów sieci bezpieczeństwa socjalnego (np. mieszkania komunalne, dopłaty do obiadów, dodatki rodzinne itp.) - może powodować trwałe zmniejszenie się stopy zatrudnienia, przed czym przestrzega znany zwolennik tego pomysłu, noblista prof. Christopher Pissarides. Stąd postuluje się, by ten rodzaj transferów zastąpił dotychczas wypracowane rozwiązania państwa opiekuńczego, uprzednio jednak policzywszy to i po oszacowaniu konsekwencji ekonomicznych.

Jest też ryzyko, że populistyczni politycy będą chcieli rozdać tzw. kiełbasę wyborczą, nie patrząc na konsekwencje gospodarcze. Jest to o tyle ryzykowne, że raz zagwarantowane społeczeństwu przywileje są trudne do odebrania. 

Zamiast UBI wielu ekonomistów na świecie oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy wspierają raczej koncepcję kierowania dodatkowych transferów do rodzin najbiedniejszych. Należy także pamiętać, że dotychczasowe doświadczenia z UBI skończyły się niepowodzeniem.

Czy Koreańczycy, dając jednorazowo po 800 dol. każdemu, robią krok w dobrą stronę?

- Prezydent Korei Południowej zapowiedział, że rząd wypłaci jednorazowo podstawowy zasiłek z tytułu obecnej katastrofy w wysokości 1 miliona wonów (818 dol.) rodzinom 4-osobowym (odpowiednio mniej mniejszym rodzinom). Żeby skłonić ludzi do wydania tych środków na bieżącą konsumpcję, będą to bony upominkowe lub karty przedpłacone o określonym okresie ważności.

Profesor Robert Barro, jeden z kilku najbardziej wpływowych ekonomistów na świecie, twórca nowej klasycznej makroekonomii, uważa, że rozdawanie pieniędzy każdemu nie jest dobrym pomysłem. Natomiast popiera działania dla ochrony osób najsłabszych ekonomicznie. I tak zrobi Korea - zasiłki będą dla 70 proc. najbiedniejszych gospodarstw. 

Profesor Barro generalnie jest jednak zdania, że ekspansja fiskalna jest złym pomysłem w czasie tego kryzysu, mimo że większość krajów na świecie poszła właśnie w tym kierunku. Jest on bowiem spowodowany szokiem podażowym - nagle firmy przestały dostarczać na rynek produkty i usługi. Przyczyną problemów nie jest zatem brak pieniędzy u konsumentów.

W związku z tym stymulowanie popytu, nakłanianie ludzi do kupowania większej ilości towarów - poprzez rozdawanie im pieniędzy, obniżanie stóp procentowych, by mogli brać kredyty konsumpcyjne - nie jest właściwym rozwiązaniem.

Prof. Barro wskazuje też na zagrożenie wzrostu inflacji. Uważa więc, że stopy procentowe należałoby podwyższać, a nie obniżać. Profesor Nouriel Roubini, jeden z najlepszych na świecie specjalistów od kryzysów, stwierdził, że obniżenie stóp procentowych „nie pomoże rynkom na dłużej niż na tydzień”. Takie podejście zupełnie zmienia sposób myślenia o polityce antykryzysowej, bo kwestionuje teorię Keynesa, powszechnie stosowaną na świecie od kilkudziesięciu lat, zgodnie z którą należy pobudzać popyt poprzez poluzowanie polityki pieniężnej i fiskalnej.

Czym się różni ten kryzys od poprzednich?

- Rynki finansowe – mimo spadków na giełdach – są w dość dobrym stanie, a instytucje finansowe nie upadają. Nie jest też kryzysem giełdowym, walutowym czy bankowym.

To nie jest również kryzys płynnościowy, co uważa wielu ekonomistów w naszym kraju, bo też przyczyną obecnych problemów nie jest np. nagłe podwyższenie stóp procentowych, zatory płatnicze, brak gotówki w bankach, kolejki do bankomatów itp. Utrata płynności przez firmy może być jednym z wielu skutków, ale nie przyczyną.

Nie jest to także kryzys spowodowany niedostateczną konsumpcją, ponieważ – jak dotąd – dochody konsumentów znacząco nie spadły. 

Podstawową przyczyną obecnych problemów gospodarczych jest wprowadzenie przez rządy polityki tłumienia aktywności gospodarczej w niektórych sektorach, gdzie zamknięto firmy, oraz zmniejszenie produkcji w wielu pozostałych.

Jak reagować, skoro firmy nie mają jak dostarczać swoich towarów na rynek?

- Pieniądze na stymulowanie popytu będą w dużej mierze nieefektywnie wydane.

Zamiast tego rządy powinny zrobić wszystko, co możliwe, dla zwiększenia swobód prowadzenia działalności gospodarczej, dla restrukturyzacji biznesu i np. przestawienia się firm na działalność online, szukania nisz na świecie, ekspansji technologicznej. A także dokonywać zamówień olbrzymich ilości środków higienicznych, tańszych obiadów w restauracjach dla szpitali i osób na kwarantannie, kupować pracownikom służby zdrowia talony na wakacje do zrealizowania za jakiś czas.

To byłoby kupowanie czasu dla firm, by mogły w miarę płynnie dostosować się do nowej rzeczywistości, przeprowadzić niezbędne procesy restrukturyzacji, zamiast z miejsca zwalniać pracowników i ogłaszać upadłość.

Dopiero później, gdy pojawią się inne symptomy chorobowe gospodarki, czyli pogorszenie płynności finansowej firm i niedostateczny popyt, można wprowadzać kolejne lekarstwa.  

Czy z tego kryzysu mogą wyniknąć jakiekolwiek dobre konsekwencje dla społeczeństwa?

- Jak mawia mój ulubiony ekonomista prof. Paul Romer: „Kryzys jest zbyt straszną rzeczą, żeby go zmarnować”.

Z badań, które mój zespół prowadził na zlecenie Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w trakcie ostatniego kryzysu finansowego, wynikało, że najlepiej sobie z nim radzą firmy innowacyjne oraz rodzinne. Jeśli rząd rzeczywiście na poważnie potraktuje innowacyjność gospodarki (w tym  technologię blockchain), być może uda się ściągnąć do Polski dziesiątki firm, które wyemigrowały, a przede wszystkim udrożnić możliwość pozyskania finansowania z całego świata (np. z Chin).

W obecnej sytuacji potrzebne byłyby też eliminacje obciążeń biurokratycznych i znaczne zwiększenie wolności gospodarczej. Wypracowaliśmy z zespołami ekspertów rozwiązania: projekty licencji dla giełd aktywów cyfrowych, nową "ustawę Wilczka" dla rynków technologicznych, projekty ustaw podatkowych, projekty wdrożenia technologii blockchain w administracji. Zna je Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Rozwoju. Brakuje jednak odwagi politycznej do podjęcia decyzji, bo w przypadku nowych technologii ryzyko naturalnie jest sporo większe, niż jeśli tylko kopiuje się rozwiązania sprawdzone już w innych krajach oraz dostarczone przez gigantów technologicznych. 

Jak pan ocenia naszą reakcję na kryzys?

- Timothy Geithner, były szef resortu skarbu, który przeprowadził Stany Zjednoczone przez ostatni kryzys, mówi, że początkowa reakcja polityków na kryzys z reguły zaostrza szkody gospodarcze. Politycy działają zbyt wolno, boją się udzielać firmom pomocy finansowej, chcą działać stopniowo lub nie mają wystarczającej wiedzy.

To było aktualne, również w Polsce. Rząd, zamiast zrobić ustawę na kilka stron z najważniejszymi punktami dotyczącymi m.in. odroczenia składek ZUS, pomocy finansowej dla firm, zaczął prowadzić „politykę dziubdziania” mikroekonomicznego, zmieniać setki mniejszych przepisów, komplikując życie przedsiębiorców i ich księgowych.

Od miesięcy nie widać aktywności ministra finansów naszego rządu, a z reguły w okresie kryzysu to on koordynuje politykę gospodarczą. Nieufność rządu wobec biznesu jest daleko rozwinięta. Zapowiedziano jedną, drugą czy kolejne „tarcze” – nie tędy droga. Nie chodzi o stopniowe działania rozłożone na wiele miesięcy. Jak firmy zaczną upadać i będzie dochodziło do masowych zwolnień, będzie już za późno na ratowanie budżetu państwa. Zdecydowane działania rząd podjął dopiero 8 kwietnia, zakazując firmom chcącym uzyskać wsparcie od państwa zwiększania efektywności swojego działania (tj. możliwości redukcji personelu).

No i ostatni problem – strach rządzących przed współpracą z osobami spoza swojego klanu, syndrom oblężonej twierdzy, wewnątrz której rząd się okopuje, by nie stracić władzy. Przez ten kryzys rząd sam nie przejdzie. Potrzeba mobilizacji całego społeczeństwa, a także być może współpracy z opozycją, nawet w postaci rządu jedności narodowej.

Mamy początek jednego z czterech najgorszych kryzysów w ciągu ostatnich 150 lat. Im wcześniej to rozumiemy i przygotujemy się, że najgorsze dopiero przed nami, przestaniemy bujać w obłokach, marząc o recesji typu „V” (ostry spadek i szybkie odbicie), tym lepiej. To nie jest tylko koronakryzys, to nałożenie cyklicznej recesji i pęknięcia baniek spekulacyjnych na wielu rynkach. To kryzys wszystkich kryzysów i zwykłe działania nie wystarczą. 

Potrzebny nam rząd niebojący się współdziałać z biznesem, niebojący się podejmować odważnych decyzji, ale nie z zakresu ograniczania naszej wolności, ale przeciwnie – zwiększania wolności gospodarczej. Także w odniesieniu do tych technologii i usług, które dziś uważamy za kontrowersyjne.

-------------------------------

Jutronauci 2020: świat po pandemii. Edycja specjalna.

Nowa rzeczywistość nie musi być koszmarem, może być pełna szans. Nad tym będziemy zastanawiać się w tym wyjątkowym roku i zaczynamy nasz program wyjątkowo wcześnie. Do współpracy zapraszamy Jutronautów z poprzednich trzech edycji - wyjątkowe osoby z pozornie odległych od siebie światów - którzy tłumaczą przyszłość czytelnikom "Wyborczej". Zapraszamy też innych ekspertów, którzy chcą się dzielić z nami swoimi prognozami.

To już czwarta edycja programu "Jutronauci", którego partnerem strategicznym jest Sebastian Kulczyk.

Więcej o przyszłości: wyborcza.pl/jutronauci

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.