Niedawno z Białorusi musiał uciekać z żoną i córkami Siergiej Dalidowicz: najlepszy biegacz narciarski w historii tego kraju. Próbujemy pomóc.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„A jednak oszalał". Od razu po takim esemesie z Ukrainy wiedziałam, że przyszło najgorsze. Ukraińcy do końca wierzyli, że Putin nie posunie się aż tak daleko. Nie sądzili, że wyda wojnę z każdego kierunku, że Łukaszenko odda mu Białoruś jako bazę do zaplanowanego wspólnie ataku.

Ledwo dwa tygodnie temu dowiedziałam się, że z Białorusi musiał uciekać przed represjami Siergiej Dalidowicz: najlepszy biegacz narciarski w historii tego kraju, czwarty na mistrzostwach świata w Oslo, piąty na igrzyskach w Soczi. Z żoną i dwiema córeczkami wylądował w Warszawie.

Prezes Polskiego Związku Biathlonu Zbigniew Waśkiewicz przesłał mi link do wywiadu z nimi. Od razu zaczęłam się zastanawiać, jak im realnie pomóc. Bo takiej, realnej pomocy potrzebują uchodźcy polityczni. Trener Aleksander Wierietielny bardzo się w akcję zaangażował. Wymyśliliśmy, że starszą córkę Siergieja – siedemnastoletnią Darię, spróbujemy przysposobić do biathlonu (jestem dyrektorką sportową w PZBiath). Do tej pory trenowała biegi narciarskie. Cała rodzina była zachwycona naszą propozycją.

Nigdy nie miałam do czynienia z uchodźcami, nie wiedziałam, jakie są procedury. Okazuje się, że dzieci mogą normalnie chodzić do naszych szkół i przedszkoli, że szkoły mają obowiązek pomóc im w nauce polskiego. Super! Daria będzie uczęszczać do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem i tam spróbuje ukończyć ostatnią klasę liceum. Musieli uciekać na cztery miesiące przed końcem jej edukacji w szkole średniej. Młodsza córeczka pójdzie do przedszkola.

Niestety polskie prawo nie pozwala ani Siergiejowi, ani jego żonie przez pół roku pracować zarobkowo. Pieniądze, które otrzymują od państwa, są symboliczne. Nie będzie im łatwo, ale ta historia będzie miała swoje szczęśliwe zakończenie. Dadzą sobie radę, na szczęście mają jakieś niewielkie oszczędności i nowych przyjaciół. Wspólnie z polską rodziną biathlonu pomożemy. Ta historia skończy się dobrze. Niestety, przez jednego człowieka miliony innych historii mogą zakończyć się tragicznie.

Z Walentyną Szewczenko znamy się od ponad 20 lat. Ona stawała na podiach Pucharów Świata, gdy ja dopiero poznawałam wielki świat biegów. Od początku była do mnie przyjaźnie nastawiona. W Otepaeae w Estonii, gdzie każdego lata przyjeżdżaliśmy na obozy treningowe i my, i oni, zapraszała na szaszłyki, do bani.

Kilka tygodni temu widziałyśmy się w Pokljuce na mistrzostwach Europy juniorów w biathlonie. Mimo że sama miała tyle pracy, że nie wiedziała, w co ręce wsadzić, proponowała opiekę nad moim dzieckiem. W swojej drużynie jest trenerką, testerką nart, masażystką, kierowczynią i wszystkim, czym w danym momencie musi być. Ma dwudziestoletniego syna – Artioma. Przy każdej okazji dumna pokazuje jego zdjęcia. Wyrósł na przystojnego mężczyznę. Jak bardzo musi drżeć teraz o niego, nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić. Każdy poranek to sprawdzanie esemesem, czy znajomi Ukraińcy przetrwali noc. Oczywiście nasze drzwi są dla nich otwarte, jeśli tylko zdecydują się opuścić kraj.

Mam też fantastycznych znajomych po drugiej stronie barykady. To kolejne ofiary tej wojny. Oni też nie mogą zrozumieć, dlaczego Putin to robi. Nam tutaj łatwo się pisze i mówi, by się zbuntowali, sprzeciwili. Tylko że niewielu z nas zna dobrze Putinowskie realia. Niewielu z nas potrafi sobie wyobrazić, że dla tych, co się sprzeciwiają, oznaczać to może nawet śmierć, i to całych ich rodzin. Nawet jeśli zdołają uciec za granicę.

Zawsze, gdy „bohatersko" myślę, że bym wojowała, staram się wyłączyć emocje i realnie ocenić, czy byłabym w stanie poświęcić życie swoje i swojej rodziny. To są piekielnie ciężkie sytuacje. Ale chciałabym Państwa zapewnić, że nie wszyscy Rosjanie są źli. Zdecydowana większość nie chce żadnej wojny, w tym wszyscy, których znam i lubię. Nie chcą, by ich synowie ginęli. Wstydzą się. Pomagają, jak potrafią, bo przecież też mają sportowych przyjaciół na Ukrainie.

Powinniśmy zrobić wszystko, by nigdy nie być ani atakującym, ani atakowanym. Powinniśmy wykluczyć z władz oszołomów i populistów, póki nie jest za późno. Nigdy więcej wojny!

Czytaj felietony Justyny Kowalczyk-Tekieli

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Dziękuję za mądre podejście do problemu.