Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Korespondencja z Tokio

- Mój trener przyszedł do mnie i powiedział, że jest rozkaz z góry, aby mnie usunąć. O 5 rano przyszli do mojego pokoju [w wiosce olimpijskiej] i kazali mi się pakować, a potem zabrali mnie na lotnisko – napisała Kryscina Cimanouska z lotniska Haneda. Nie było wówczas wiadomo, gdzie przebywa. Rzecznik Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) Mark Adams powiedział tylko, że jest bezpieczna w jednym z lotniskowych hoteli.

Po południu tokijskiego czasu - w Polsce była wówczas godz. 10 - była już w ambasadzie RP w Tokio. Prawdopodobnie Białorusinka skorzysta ze złożonej jej przez polskie władze propozycji azylu. Dostała wizę humanitarną, 4 sierpnia ma przylecieć do Warszawy.

Bezpieczni są też bliscy lekkoatletki. Jej mąż i dziecko uciekli do Ukrainy.

Jej ucieczka wstrząsnęła igrzyskami. W poniedziałek cały briefing MKOl został niemal w całości poświęcony sprawie Białorusinki. Adams wyjaśniał, co MKOl do tej pory robił, aby nie cierpieli sportowcy krytykujący reżim Aleksandra Łukaszenki. Nie rozwiał wątpliwości.

W tle sprawy Cimanouskiej są sfałszowane wybory, w wyniku których Łukaszenka wciąż uznaje się za prezydenta kraju, masowe protesty antyrządowe w miastach białoruskich, represje wobec protestujących, w tym sportowców, z których kilku zostało zatrzymanych i jest prześladowanych przez reżimowe władze. Próba uprowadzenia olimpijki przypomina wcześniejszą białoruską akcję sprowadzenia na lotnisko w Mińsku pod pozorem zagrożenia bombowego samolotu linii Ryanair, na którego pokładzie był opozycjonista Roman Protasiewicz i jego partnerka Sofia Sapega. Oboje wciąż przebywają w areszcie.

Tego samego boi się biegaczka.

Kryscina Cimanouska. Sprinterka do sztafety 4x400 m

Wydarzenia w Tokio toczyły się szybko. W piątek zawodniczka była czwarta w swoim biegu eliminacyjnym na 100 m i nie zakwalifikowała się do półfinału. Już wcześniej wiadomo było, że tzw. Athletics Integrity Unit (AIU), niezależny organ sportowy pilnujący czystości w lekkoatletyce, nie dopuścił do startu około dwudziestki lekkoatletów białoruskich. Nie wypełnili obowiązku regularnego badania antydopingowego. Wymóg wprowadzono z powodu podejrzeń, że w czasie rzadszych testów w dobie pandemii więcej będzie sportowców oszustów.

Z powodu wykluczenia Białorusinom zabrakło obsady do sztafety 4x400 m. Wstawili więc do niej sprinterkę Cimanouską. To jej się nie spodobało. Powiedziała o tym i skrytykowała także brak testów antydopingowych, który doprowadził do takiej sytuacji.

Jej postawa została napiętnowana w białoruskich reżimowych mediach, w tym w państwowej telewizji. Za krnąbrność działacze postanowili ją z igrzysk usunąć, prawdopodobnie nie zdając sobie sprawy z ubocznych efektów szykan.

Oficjalnie, według białoruskiego komitetu olimpijskiego, zawodniczkę skreślili ze startu lekarze z powodu jej stanu emocjonalnego i psychicznego. Ona sama zaprzecza, aby jakikolwiek lekarz przeprowadził z nią rozmowę. Powtarzała tylko, że w sobotę dwóch działaczy z reprezentacji nakazało jej powrót do domu.

Sprawa Krysciny Cimanouskiej. Jak działa życie

We wtorek wyciekły nagrania rozmowy Cimanouskiej (prawdopodobnie) z trenerem głównym lekkoatletycznej reprezentacji Jurijem Mojsewiczem i trenerem Arturem Szumakiem, byłym chodziarzem.

W nagraniu Mojsewicz mówi, że jeśli biegaczka nie zgodzi się wyjechać dobrowolnie, to „popełni samobójstwo", że jej krytyka była „głupia", a „ludzie stracą pracę". Biegaczka miała zgłosić kontuzję i się sama wycofać. Po powrocie do ojczyzny powinna siedzieć cicho, „żeby potem nic się nie stało".

- Wiesz, jak mucha wpada w sieć pająka, to im bardziej się wierci, tym bardziej się zaplątuje. To wszystko. Tak działa życie – mówi jeden z mężczyzn w nagraniu.

Mężczyźni mówią, że wykluczając z igrzysk i zmuszając do powrotu do kraju, ratują jej głowę. Że tam, w ojczyźnie, wszystko się ułoży. Sprinterka płacze. Mężczyzna mówi: - Powiem im, że się zgadzasz.

Sprinterka mówi, płacząc: - Nie powiedziałam, że się zgadzam.

- Co chcesz udowodnić?

- Niczego nie chcę udowadniać. Chcę pobiec – odpowiada 24-letnia zawodniczka.

Tego oporu działacze nie znieśli. W niedzielę Cimanouska została wycofana ze swoich startów na 200 m i wraz z grupą 16 reprezentantów (zawodników i trenerów) miała opuścić wioskę olimpijską, a właściwie zostać do tego zmuszona. Ale tak długo zwlekała, że działacze nie zdążyli jej zapakować do autobusu. Dwóch wraz z nią pojechało taksówką na lotnisko. Po dojechaniu na lotnisko Haneda urwała się im i odmówiła wejścia do samolotu lecącego do Mińska. Zgłosiła się do olimpijskiej obsługi, której członkowie zawsze stacjonują na obydwu tokijskich lotniskach, by pomagać przylatującym i odlatującym gościom, a następnie do lotniskowych policjantów.

– Nie znamy konkretnych nazwisk osób, które jej towarzyszyły podczas wyjścia z wioski. Grupa 16 osób opuściła wioskę normalnym trybem. Po zakończonych zawodach reprezentanci wracają do kraju. Domagamy się wyjaśnień od białoruskiego komitetu olimpijskiego – powiedział rzecznik Adams, ewidentnie nie znając szczegółów ucieczki.

MKOL kontra Łukaszenka

W poniedziałek nie miał zbyt wiele więcej do dodania, w porównaniu z wczorajszym dniem. Wiadomo, że do przyjazdu do polskiej ambasady zawodniczka była pod opieką japońskiej policji i w kontakcie z MKOl.

Międzynarodowy Komitet Olimpijski jest od roku w ciągłej walce z Białorusią Aleksandra Łukaszenki. Do Tokio nie mogło przylecieć kilkunastu sportowych działaczy olimpijskich, w tym oczywiście sam Łukaszenka i jego syn Wiktor, który jest niby-szefem białoruskiego komitetu olimpijskiego. Niby, bo MKOl nie uznał jego wyboru.

Sportowcy na Białorusi są podzieleni. Część z nich wspiera reżim, który płaci za ich przygotowania i broni w trudnych chwilach. Wielka część jest przeciwko. Założyli Białoruską Fundację Solidarności Sportowców (z angielska BSSF). Jeden z listów BSSF podpisał pięściarz Dzmitrij Asanau, który odpadł w Tokio w ćwierćfinale. Reżim nie odważył się skreślić takich jak on, bo MKOl zażądał, aby do Japonii przyjechali wszyscy zawodnicy, którzy się wcześniej zakwalifikowali, bez żadnych wyjątków.

W Tokio rzucał dziś młotem Iwan Cichan, szef białoruskiej federacji lekkoatletyki i recydywista dopingowy. Młody Łukaszenka właśnie jego wybrał do ślubowania olimpijskiego jako przedstawiciela całej drużyny, co jest oczywistym policzkiem dla MKOl i Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Ale Cichan – medalista olimpijski i mistrzostw świata - jest posłuszny Łukaszence jak labrador. Poprzedni szef lekkoatletyki Wadzim Dziewiatouski – również młociarz z medalami najważniejszych imprez, kiedyś pupilek Łukaszenki – zbuntował się, przeszedł na stronę przeciwną reżimowi.

Cichan nie zakwalifikował się do finału rzutu młotem. Przechodząc obok miejsca, gdzie z dziennikarzami rozmawiał Paweł Fajdek, klepnął go w plecy z aprobatą. Nie miał chyba pojęcia, że trenerem Fajdka jest obecnie Szymon Ziółkowski, który wielokrotnie mówił, że Cichanowi i „koksiarzom" białoruskim nie podałby ręki.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.