Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka dni temu w wywiadzie dla Pawła Wilkowicza w Sport.pl tak odniosłam się do wyroku Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego ustawy o aborcji: „Polska zmierza do ortodoksji. Polki powoli przystosowuje się do jedynej słusznej roli inkubatorów. Nie wiem, jak można skazać kobietę na urodzenie martwego płodu? Jak można skazać na urodzenie dziecka, które umrze niedługo po narodzinach? Jak można skazywać rodzinę na utrzymywanie przy życiu istoty, dla której medycyna nie daje żadnej nadziei prócz wegetacji? Przecież nasze państwo zostawia rodziców w takiej sytuacji praktycznie samym sobie. Skąd mają wziąć czas i pieniądze na lekarstwa i całodobową opiekę? Skąd mają wziąć na to wszystko siłę? Nikt nie chce nakazu aborcji w takiej sytuacji, my kobiety walczymy tylko o prawo do wyboru. To kwestia sumienia. W kraju, w którym 90 procent mieszkańców deklaruje, że są katolikami, nie musimy chyba takich zakazów stosować? Dzisiejsza medycyna pozwala na bardzo wczesnych etapach ciąży przebadać płód. Dlaczego nie korzystać z wiedzy, z której korzysta cały cywilizowany świat? Straszne to, że się w czasie cofamy. Że ktoś uzurpował sobie prawo do podejmowania za nas najważniejszych decyzji, nie dając żadnego wsparcia. Absolutnie nie dziwię się protestom i brakowi zgody”.

Wypowiedziałam się, bo uważam, że każda kobieta powinna to zrobić, bez względu na pogląd, jaki ma na ten temat. Wypowiedziałam się, bo pod przykrywką politycznych gier odbiera się nam prawo do decydowania o własnym życiu. Wypowiedziałam się, bo uważam, że jeśli teraz nie zastopujemy szaleńczych zapędów, to w niedalekiej przyszłości każą nam dzieci rodzić na zawołanie. Antykoncepcja w naszym kraju to wciąż czarna tajemna wiedza, in vitro to zło, aborcja płodu z wadami letalnymi to grzech śmiertelny. A gdzie edukacja? Gdzie profilaktyka? Gdzie GODNA pomoc państwa w dramatycznej sytuacji? Gdzie, w końcu, to sławne miłosierdzie?  

Choć akurat „miłosierdzia” w ostatnich dniach mi nie brakuje. Wypowiedziałam się i przyglądałam się reakcjom. W komentarzach mnie obrażano, mieszano z błotem kobiety, które stanęły po mojej stronie, kłamano nagminnie, posądzano o dokonanie aborcji (tu poczekałam grzecznie na przeprosiny pani Elżbiety, głęboko wierzącej góralki, bez nich sprawa trafiłaby do sądu). Ba, nawet sprawę dyskwalifikacji w to wmieszano.

Kto w ten sposób rozmawia? Sami sobie odpowiedzcie.

Najśmieszniejsze są komentarze, w których ktoś odsyła mnie, żebym zajęła się nartami. Sport sportem, ale wciąż mam macicę w wieku rozrodczym. Ci anonimowi internetowi „bohaterowie” - niekoniecznie. Swoją drogą, pod takimi wypocinami (jak mawiała moja pani od historii) też bym się wstydziła podpisać.  

To jest właśnie ten moment, gdy nie można milczeć! Z przykrością stwierdzam, że wiele koleżanek sportsmenek po prostu schowało głowę w piasek, bo albo boją się internetowego ataku, albo drżą o kontrakty sponsorskie, albo boją się władz. Każda sportsmenka, jak i każda księgowa, pani doktor, dziennikarka, astronautka i sprzątaczka, powinna mieć teraz swoje zdanie. I powinny je głośno wypowiedzieć. Nie chodzi o to, by było podobne do mojego. Chodzi o to, by każda miała tyle odwagi w sobie, by ponieść konsekwencje. By za kilka lat żadna z nas nie pomyślała w rozpaczliwej sytuacji, że przecież zdecydowano za nią. Nic o nas bez nas!

Wspieram kobiety strajkujące, choć absolutnie nie identyfikuję się z aktami wandalizmu w pierwszych dniach. Kolejne dni strajku pokazały, że można sprawę załatwić inaczej. Z pogardą patrzę na ukrytych pod maskami byczków atakujących kobiety. Kolejni „bohaterowie” naszych czasów. Śmiech na sali. Dziękuję wszystkim strajkującym, że walczą o to, by - jeśli życie postawi mnie kiedyś w bardzo dramatycznej sytuacji - to nie paragraf podejmował decyzję, a wspólna z mężem rozmowa. Nie do końca wierzę i tym, którzy zarzekają się na wszystkie świętości, że na pewno nie usuną, i tym, którzy krzyczą, że będą usuwać. Skąd ta pewność? Decyzja musi być niewiarygodnie trudna.  

Zachwycają mnie polscy mężczyźni (nie mylić z tchórzliwymi byczkami). Nasi mężowie, bracia, ojcowie, partnerzy, koledzy stanęli z nami do walki o nasze prawa! Cudownie mieć takie wsparcie. Ludzie protestują mimo strachu przed zakażeniem COVID-em. Protestują nawet w takich miasteczkach jak Limanowa czy Mszana Dolna, gdzie nie tylko prawie wszyscy chodzą do kościoła, ale i partia rządząca ma największe poparcie w kraju.

Ciągle się zastanawiam, dlaczego rządzący temat aborcji rzucili właśnie teraz, choć każde dziecko w Polsce wie, że ryzyko masowych protestów było ogromne? Na początku myślałam, że to okrutny temat zastępczy zakrywający wszystkie zaniedbania związane z nieprzygotowaniem do drugiej fali zakażeń. Ale my mamy ponad 20 tys. zachorowań w ciągu doby, nie wierzę, że ktoś byłby zdolny w takim momencie do bawienia się w podrzucanie tematów zastępczych.

Dlaczego więc? Trochę się boję poznać odpowiedź.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.