Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dokładnie pięć lat temu napisałam felieton o Białorusi, jaką znam. O kraju, w którym przez piętnaście lat sportowego życia miałam najcięższy obóz w cyklu rocznym. O najlepszej rolkostradzie na świecie. O Stokrotce, czyli stromej górce, na której szczyt z każdej strony prowadziły pętle trasy do skakania imitacji. Tam po wysiłku liście drzew potrafiły mi się wydać niebieskie, tam wymiotowałam ze zmęczenia, tam wygrywałam najważniejsze i najtrudniejsze pojedynki w życiu – te z własnymi słabościami.

Pisałam też o przepysznym chlebie. O ludziach skromnych i gościnnych jak nigdzie indziej. O tym, jak mnie dwadzieścia lat temu śmieszyła białoruska propaganda telewizyjna (od kilku lat przestała mnie śmieszyć!). O tym, że to kraj pełen skrajności zawieszony między czasami komunizmu a kulturą zachodnią. Pisałam, że widziałam, jak powstaje tam pierwszy hipermarket, ale że ludzie woleli chodzić wciąż na rynek, czyli do wielkiej hali targowej, w której obok mięsa sprzedawano żywe kury. Pisałam o tym, jak ponad dwadzieścia lat temu Aleksander Wierietielny wpakował nas (grupę 10 zawodników) do pociągu w Warszawie i rano obudziliśmy się na mińskim wagzale.

To było zderzenie ze Wschodem. Biedniejszym, innym, ale na pewno nie gorszym. Polubiłam go od pierwszego spotkania. Z czasem, gdy dojrzałam i zrozumiałam, że miarą fajności jest dobroć, uprzejmość, chęć bycia pomocnym i lojalność, na wyjazdy na Wschód wręcz czekałam i nie brakowało mi tam czterogwiazdkowego standardu zachodnich hoteli. Doceniałam, że mogę poznawać obie kultury. Pisałam, by dać Białorusinom spokój, bo oni lubią swoje życie. Bo nawet ci, którzy wyjeżdżają za granicę, nie są skorzy do narzekania.

To było pięć lat temu. Moje wspomnienia niewiele się zmieniły. Z perspektywy trenerskiej mogę ocenić, że praca, którą tam robiłam, była absolutnie zero-jedynkowa – mogła dać albo mistrzostwo, albo długotrwałą wizytę w szpitalu. Byłam bezkompromisowa, tak chciałam. Za to na Białorusi zmieniło się wszystko. Drżałam, gdy moja koleżanka Ania oznajmiła, że przed wyborami prezydenckimi zacznie działać w opozycji. Każdego dnia kilka razy sprawdzałam jej konto na Instagramie. Każdy post był ulgą. Wciąż była na wolności. Gdy w dzień wyborów prezydenckich nic się nie pojawiło, wiedziałam, ze jest w kłopotach. Nie odpisywała. Okazało się, że wieczorem wylądowała w więzieniu. Na szczęście wypuszczono ją po kilkunastu godzinach.

Ania jest byłą biegaczką narciarską. Nie była wybitna. Szybko zdała sobie sprawę, że musi inaczej pracować. Ukończyła fizjoterapię. W swoim zawodzie jest świetna i wciąż pomaga klubowi, w którym trenowała. To typowe dla Białorusinów. Są niezwykle wdzięczni, lojalni i doceniają absolutnie każdy gest dobroci. W większości wychowali się w biedzie. W klubie Ani zawodniczki nazywają „malenkimi Justineczkami”, od wielu lat przywoziłam im swoje ubrania sportowe. I tak biegają na białoruskiej ziemi z polskim orzełkiem, reklamami. Cudownie się czułam, gdy je w tych moich ubraniach widziałam. Na początku białoruskich zamieszek Trener Wierietielny zadzwonił do trenera Ani zapytać, czy są bezpieczni, czy wszystko w porządku. On poprosił, by mu opowiedzieć, co się dokładnie w Białorusi dzieje. Telewizja zupełnie ignorowała strajk, internet wyłączono. Tylko mieszkańcy Mińska mniej więcej znali skalę protestów.

To, że Białorusini wyszli na ulicę, to, że chcą zmian, jest absolutnie zadziwiające. Naród przez historię poniewierany (wojna była tylko okrutną kropką nad i) cenił sobie spokój ponad wszystko. Ale czara się przelała. Słyszałam od wielu demonstrujących, że gdyby Łukaszenka ogłosił, że wygrał w proporcji 52% do 48%, nie wyszliby na ulicę. Ale kłamstwo było zbyt wielkie.

Łukaszenka bardzo lubi sport. Szczególnie upodobał sobie hokej i biathlon. Lubi biegać na nartach, nieźle rusza się też na nartorolkach. Pewnie dlatego zbudował ośrodek, którym się zachwycam. Łukaszenka nie lubi przegrywać. Słyszałam z pierwszej ręki opowieść o zawodach biathlonowych, w których wystartował jego syn Kola. Nie szło chłopakowi najlepiej, więc pomocnicy taty bardzo sugestywnie (na trasie!!!) dawali lepszym zawodnikom do zrozumienia, że powinni zwolnić. Kola wygrał. Fair play według Łukaszenki.

Trzymam kciuki za Białorusinów. Wiem, jak dobrymi i serdecznymi są ludźmi. Wiem, że zasługują na życie w lepszym świecie. Wiem również, że walka o ten lepszy świat będzie nie tylko trudna, ale i bardzo nierówna. Ich wódz posunie się do wszystkiego, by tylko zachować władzę. A ja tak bardzo chciałabym kiedyś wrócić do tej magicznej wiejskiej krainy prawdziwym mlekiem płynącej, pachnącej szaszłykami i banią. Zastać ją wolną i szczęśliwą.

Czytaj poprzednie felietony Justyny Kowalczyk

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.