Pamiętam pierwszego strzelonego gola. Już wcześniej wiedziałem, co trzeba zrobić z piłką, ale impuls nie przechodził z mózgu do nogi. I nagle wyszło. Zatrzepotała siatka. To była lekcja na całe życie. Wiedziałem już, że można się przeistoczyć z ofermy i nieudacznika w faceta, który jest dobry, że to sprawia dziką satysfakcję i że ta satysfakcja musi być okupiona pewnym trudem
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wywiad opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 11 maja 2001 roku

Rafał Stec: Menedżer Liverpoolu Bill Shankly powiedział kiedyś: "Niektórzy sądzą, że piłka nożna to sprawa życia i śmierci. Zapewniam was, że to coś znacznie poważniejszego". Zgadza się pan?

Jerzy Pilch: Znam tę wypowiedź i bardzo mi się ona podoba, ale jest to jedna z tych celnych fraz, które bardzo trudno skomentować, bo zawierają w sobie już wszystko i można je wyłącznie rozcieńczać. Gdyby się skupić, można by zrobić całą antologię wielkich piłkarskich prawd, jak słynna wypowiedź Linekera, że "piłka nożna to jest taka gra, w której 22 facetów biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy". Można powiedzieć: "Chodzi tutaj o to, że którakolwiek drużyna by grała i tak najlepsi są Niemcy", ale to bez sensu. Gdyby jednak mnie pan namawiał, moja odpowiedź byłaby taka: "Oczywiście, piłka nożna to coś daleko poważniejszego niż życie i śmierć".

Pana osobiste doświadczenia to potwierdzają?

- W moim życiu futbol jest od początku. Jest niezwykle istotnym rekwizytem, niezwykle istotnym zapleczem językowym, a także niezwykle istotną aparaturą poznawczą. Jako dziecko byłem swego rodzaju nieudacznikiem, a prościej mówiąc - outsiderem. Z tej racji, że pierwsze dziesięć lat spędziłem w Wiśle, a byłem dzieckiem nie tylko chorowitym, nie tylko poddanym przesadnej opiece babki (matka była na to za młoda), ale przede wszystkim nosiłem okulary. W tamtych czasach, na przełomie lat 50. i 60., byłem jedynym chłopcem w okularach w tej małej wówczas miejscowości. To mnie skazywało na życie w odosobnieniu. Byłem przedmiotem szyderstw, bo okulary nosili wówczas tylko ludzie starzy. Moi rówieśnicy nie zwracali uwagi na takie drobiazgi jak np. zez. Niestety, rodzice wpadli na to, że problemem można zająć się tak wcześnie.

Ten egzystencjalny dramat mojego dzieciństwa trwał i trwał. Byłem pewien, że nie zmieni się to nigdy, że przez całe życie będę uplasowany gdzieś na marginesie. Pewnego dnia ojciec kupił mi piłkę nożną. Prawdziwą, słynną węgierską futbolówkę za 314 złotych, nie wiązaną, tylko na wentyl, napełnianą powietrzem pompką z igłą. Stałem się właścicielem jedynej prawdziwej piłki w okolicy. Choć nie miałem zielonego pojęcia o grze w piłkę, nie miałem żadnej sprawności sportowej, to prawem właściciela brałem udział w każdym meczu. Jak mi się coś nie spodobało, brałem piłkę pod pachę i wracałem do domu. Nie pamiętam tak haniebnych momentów, ale nie mam wątpliwości, że się zdarzały. Koledzy byli zatem ode mnie uzależnieni, ale ważniejszy był inny aspekt tej sytuacji - ile razy oni grali, ja również. Regularnie trenowałem, więc po pewnym czasie nie tylko stałem się pełnoprawnym uczestnikiem zbiorowości, ale nawet przesunąłem się do czołówki najlepiej grających. Wtedy zrozumiałem, że piłka nożna to jest taka zabawka, która daje mi nie tylko przywilej posiadacza (dzięki któremu inni mnie tolerują), ale daje również szansę awansu społecznego.

Pamiętam pierwszego strzelonego gola. Już wcześniej wiedziałem oczywiście, co trzeba zrobić z piłką, ale ten impuls nie przechodził z mózgu do nogi. I nagle wyszło. Zatrzepotała siatka (były siatki, graliśmy na boisku do szczypiorniaka). To była lekcja na całe życie. Wiedziałem już, że można się przeistoczyć z ofermy i nieudacznika w faceta, który jest dobry, że to się robi metodą treningu i że to sprawia dziką satysfakcję, że ta satysfakcja musi być okupiona pewnym trudem. Słowem, dzięki tej węgierskiej piłce poznałem cały szereg podstawowych nauk życiowych. Tu kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego futbol to sprawa przynajmniej życia i śmierci.

Marzył pan wtedy, żeby zostać piłkarzem?

- Oczywiście. Piłka nożna jest najprawdziwsza wtedy, kiedy patrzy się, jak grają dorośli mężczyźni, i myśli: "Jak ja dorosnę, będę taki jak oni". Kiedy jest się kibicem, ale przekonanym, że za kilka lat wystąpi się na mistrzostwach świata albo przynajmniej w lidze. To okres najpełniejszej fascynacji piłką nożną. Później ta emocja ginie.

Można to pragnienie zrealizować...

- Samo pragnienie było tak intensywne, że zaniedbywałem starania o to, by stało się rzeczywistością. Kiedy jako bardzo dobrze radzący sobie z piłką dziesięciolatek przeniosłem się z rodzicami do Krakowa, mieszkałem w pobliżu stadionu Cracovii. Kilkakrotnie miałem ochotę zapisać się do trampkarzy, ale jedna rzecz mi się nie podobała i to ona rozstrzygnęła o mojej przyszłości. Otóż chłopcy trenowali w spranych koszulkach i sięgających kolan szarawarach. Wyglądali makabrycznie, karykaturalnie. Budziło to we mnie pewien opór estetyczny, a był to czynnik dla mnie niezwykle istotny. Kibicem Cracovii, podobnie zresztą jak wielu ludzi, zostałem przez kostiumy. Widziałem mecz z Unią Tarnów wygrany 3:0, ale nie wynik i gra zwróciły moją uwagę. Zachwyciłem się koszulkami, żadna inna drużyna nie miała tak fajnych. Gdyby moi rówieśnicy grali w tak pięknych strojach, z całą pewnością rozpocząłbym treningi.

Rozstrzygnęła kwestia estetyczna?

- Jak pisał Herbert, była to dla mnie kwestia smaku. Być może koszulki nie przeszkadzały mi aż tak bardzo, ale nie dodały niezbędnego zapału, by wykonać decydujący ruch.

Moment, w którym uświadomił pan sobie, że nie zostanie piłkarzem, musiał być dramatyczny...

- Aż tak to nie. Każdy chłopiec wyobraża sobie, że będzie piłkarzem. Większość z nich nie zostaje i chyba nie przeżywa chwili, w której wpada w rozpacz. Kiedy miałem ochotę pobiegać po boisku, szedłem z kumplami na Błonia i wtedy przychodziło mi na myśl: "A może trening w klubie jest nudniejszy?". Piłka nożna istnieje w życiu jako pewien obszar wolności. "Niekoniecznie trener musi mnie opier..., ja sobie i tak pójdę pograć. I tak strzelę gola". Zresztą jestem głęboko przekonany, że wbrew pozorom satysfakcja z bramki zdobytej na mistrzostwach świata jest porównywalna z tą odczuwaną po trafieniu do siatki na podwórku.

Piłka nożna wymaga szaleństwa. Nie można kibicować piłce średnio. Nie mam nic przeciwko innym dyscyplinom, nie chcę głosić tezy o wyższości piłki nożnej nad innymi sportami, ale nie wyobrażam sobie, żeby w takiej skali, jak się jest kibicem piłki, być kibicem np. pływania, lekkoatletyki czy tenisa. To inna skala emocji.

Gustaw Holoubek mieszkał w tej samej okolicy w Krakowie, kibicował tej samej Cracovii, grał na tych samych Błoniach, tylko wszystko odbywało się 30 lat wcześniej. W swoich wspomnieniach opisuje chwilę, jak idzie z gromadą chłopaków na Błonia, niesie piłkę pod pachą, za chwilę zaczną grać. Holoubek, który w życiu zaznał rozmaitych rzeczy - i sukcesów artystycznych, i wielkich premier, i wielkich spełnień, i pięknych kobiet - napisał coś takiego, w co mu absolutnie wierzę, w czym nie ma absolutnie żadnej przesady, tak jak nie ma absolutnie przesady w zdaniu, że futbol to coś większego niż sprawa życia i śmierci. Napisał mianowicie, że nigdy więcej nie przeżył stanu takiej euforii, takiego upojenia, jak wtedy, gdy wchodził na Błonia w towarzystwie kolegów i wiedział, że za chwilę się zacznie gra.

Futbol uchodził za rozrywkę dla mas, ale może być najważniejszy również dla takich ludzi jak Holoubek. Dlaczego zatem nie powstaje dobra literatura o futbolu?

- Nie powstaje, bo do piłki trudno coś dodać. Emocje towarzyszące piłce nożnej są niepowtarzalne i trudno przekładalne na inny język, bo jest ona wszechstronna i sama w sobie. Przegra się, wygra, strzeli gola - nie można tego opisać, skomentować. Wyobraża sobie pan książkę o psychologicznych przeżyciach bramkarza? Nie można jej napisać, bo jego zadanie jest bardzo proste - ma obronić strzał, a napastnik ma strzelić do siatki. To niesłychanie proste i niesłychanie intensywne. Rozcieńczanie tego dodatkowymi komentarzami nie wychodzi, bo to dyscyplina, która wywołuje tylko sobie właściwe emocje, także w obrębie sportu. Dlatego jest tak powszechna, masowa. Nie da się piłki nożnej opisać za pomocą świata albo z pomocą języków wziętych ze świata, bo to rozrzedza temat. Natomiast językiem piłki nożnej można bardzo wiele powiedzieć o świecie.

Futbol ma różną rangę w różnych częściach świata. W krajach na południu Europy - w Hiszpanii czy we Włoszech - piłka jest niemal religią, u nas tak nigdy nie było. Dlaczego?

- Ja myślę, że i u nas jest ona religią, tyle że ta religijność ma polski kształt - rozmemłany, niechlujny, pozbawiona jest pewnej formy, formy w znaczeniu Gombrowiczowskim. No i dyscypliny społecznej, której Polacy są niechętni. Polska specyfika to specyfika jednorazowości, a nie ciągłości. Był taki stereotyp: "Nasi chłopcy mobilizują się w ważnych meczach". A potem to jakoś siada. Jak jest kryzys, powstaje "Solidarność", jest wielki zryw narodowowyzwoleńczy. Codzienność mało kogo interesuje. Religijność piłkarska w Polsce jest jednorazowa, a nie systemowa.

Czy mecz piłki nożnej to przeżycie tylko emocjonalne polegające na czekaniu na moment, w którym piłka wpadnie do siatki, czy również estetyczne, dające satysfakcję z przebiegu gry, tak jak książka czy film?

- Estetyka piłki nożnej to sprawa kluczowa. Historia notuje wielkie mecze zakończone remisem 0:0. Holoubek porównuje piłkę nożną do bitwy, dzięki czemu staje się ona źródłem estetyki, by rzec, malarskiej. To jedyna dyscyplina rozgrywająca się na trawie, nawet w hokeja na trawie gra się na sztucznej nawierzchni. Ktoś powie, że bitwę bardziej przypomina mecz hokejowy, bo zawodnicy mają pancerz, oręż (kije) i krążek, który może pełnić funkcję pocisku. Tyle że wielkie bitwy ludzkości nie rozgrywały się na lodowisku, ale na trawie. Bitwa pod Grunwaldem odbyła się - jak powszechnie wiadomo - na zielonej murawie. Bitewna archetypiczność piłki nożnej to rzecz niesłychanie ważna, ale jest inna cecha decydująca o jej estetyce - od piłkarzy wymaga się pewnego subtelnego kunsztu. Nie chcę deprecjonować piłki ręcznej, ale tam gra się rękami, a rękami posługuje się cała ludzkość. Nawet ktoś niespecjalnie uzdolniony manualnie musi nauczyć się nimi jeść. Nogami nikt niczego nie robi, potrzebne są tylko, żeby szybciej albo wolniej gdzieś dojść. Do tak wyrafinowanych czynności jak kopanie piłki dolne kończyny służą nielicznym. Słynna odpowiedź Kazimierza Deyny na pytanie o jego słynne rogale brzmiała: "Chodzi o to, by odpowiednią częścią buta uderzyć w odpowiednią część piłki". Proste, ale dla normalnego śmiertelnika niemożliwe.

Równie ważne jest wzmagające kolorystykę sztuczne oświetlenie - w blasku jupiterów intensywniejsza jest barwa koszulek, piłki, a trawa osiąga intensywność wręcz narkotyczną. Jednak to wszystko dodatki. Rozstrzygające jest oczywiście pierwotne piękno czterech z rzędu zagrań z pierwszej piłki zakończonych główką i trzepotem siatki.

Skoro futbol to sprawa życia i śmierci, dlaczego nie wypada nie znać ostatniej książki Umberto Eco, ostatniego filmu Pedro Almodóvara, a nikt nie będzie się wstydził, że nie odróżnia rzutu rożnego od karnego albo Batistuty od Szewczenki?

- Ja bym to odwrócił. Istnieje bardzo ważna grupa, dla której najważniejsza jest książka Eco, ale daleko większa grupa odróżnia Batistutę od Szewczenki.

Jednak szeroko pojęta "elita" wręcz się chlubi nieznajomością elementarnej wiedzy piłkarskiej. W "Gazecie" najtężsi redaktorzy dzwonią do działu sportowego z pytaniem: "Kto to jest selekcjoner?".

- Analfabetyzm piłkarski elit to jest oczywiście problem. Ale jeśli w tej elicie znajdzie się grupa znająca się na piłce, to jest już elita elit. To my do niej należymy. Pan i ja. Niestety, wśród polskich intelektualistów istnieje negatywna tradycja mówienia i pisania o sporcie wyłącznie źle. Czytałem właśnie felietony Słonimskiego. Nie pisał co prawda o piłce, ale pisał o sporcie, kompletnie się na nim nie znając. Wszystko w jednym tonie - narzekał, że przeciętny człowiek nie wymieni nazwisk wybitnych poetów, a nazwiska sportowców pamiętają wszyscy. Bardzo bolał nad tym, że sportowcy są powszechnie znani. To męczy wielu - nawet najwięksi pisarze czy artyści nie osiągną nigdy popularności piłkarzy. Można sobie wyobrażać różne skale popularności własnej w rozmaitych dyscyplinach, nawet takich jak aktorstwo, ale przy Małyszu wysiada nawet Linda. Jak się pojawia wielki sportowiec, to jego popularność natychmiast osiąga skalę papieską. A poważnie mówiąc, nie rozumiem, dlaczego redaktorzy "Gazety" nie znają się na piłce. Może w dzieciństwie otrzymali złe wzorce? Nie dostali w prezencie węgierskiej futbolówki? Trzeba temu zaradzić: wpierw nagana ustna, potem poważniejsze sankcje.

Co pan sądzi o propozycji nominowania piłki nożnej jako dziedziny do Nagrody Nobla?

- Ona została źle sformułowana, w sposób szkodliwy i karykaturalny, poza tym jest stylistycznie niezręczna. Nie można zgłosić do nagrody futbolu, tak jak nie można zgłosić do nagrody literatury albo leśnictwa, bo nie ma literatury jako takiej czy leśnictwa jako takiego, są tylko pisarze i leśnicy. Trzeba by zatem zgłosić jakiś organ, np. FIFA, co zawsze brzmi dość ryzykownie. Jeśli zgłosimy piłkę nożną, kto pojedzie do Sztokholmu i odbierze nagrodę? Jedenastka wszech czasów?

Skąd bierze się przemoc wokół stadionu - przy okazji czy z powodu meczu?

- Uważam, że wszyscy ci, którzy narzekają na przemoc na stadionach, grubo przesadzają. Zdaję sobie sprawę, że zdarzają się rzeczy, których dawniej nie było. Moja ukochana Cracovia zawsze miała kibiców elitarnych, krakowską inteligencję, prof. Wykę, aktorów, śp. poetę Jerzego Harasymowicza, który na drugi dzień po zwycięstwie nad Wisłą opublikował w "Gazecie Krakowskiej" garść liryków poświęconych Cracovii. To były wielkie rzeczy. Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj Cracovia ma kibiców uchodzących za morderców, bo to przecież szalikowcy Cracovii zabili kibica Pogoni Szczecin. Znam to z jednej strony groźne, z drugiej przecież wielkie hasło: "Pan Bóg wybacza, Cracovia nigdy". Nie rozumiem jednak ludzi, którzy mówią: "Dawniej chodziłem na mecze, teraz nie chodzę, bo się boję o własne życie". Na każdym stadionie jest miejsce, z którego można spokojnie obejrzeć mecz. Nikt nikogo nie zastrzeli i nie uderzy kijem bejsbolowym. Oczywiście zawsze znajdzie się sektor, który działa w sposób intensywniejszy i w którym uruchamia się mechanika tłumu, ale przecież można go omijać. Nie chcę zwalać winy na dziennikarzy, ale chuligaństwo to temat atrakcyjny medialnie i, kiedy czytam relacje o ekscesach kibiców piłkarskich albo rzekomych kibiców piłkarskich, nie mogę się pozbyć wrażenia, że piszą je ludzie, którzy nie tylko na piłce się nie znają, ale przede wszystkim jej nie lubią. I jest im bardzo na rękę, że dochodzi do awantur, że wokół futbolu dzieją się złe rzeczy. A prawda jest taka, że przylanie komuś w mordę odbywa się zwykle w trybie pozasportowym i powodem, dla którego się to robi, na pewno nie jest futbol. Przemoc wokół stadionów istnieje, ale nie rozstrzyga o obliczu dzisiejszej piłki. Towarzyszy piłce, bo mecze ogląda bardzo dużo osób.

Amerykański politolog Francis Fukuyama postawił tezę, że mistrzostwa Europy mogą być substytutem kontynentalnej wojny. Kapuściński opowiadał o afrykańskich plemionach toczących wojnę, które w pewnym momencie postanowiły ją rozstrzygnąć, wystawiając dwie drużyny piłkarskie. Wierzy pan, że futbol może kanalizować najróżniejsze konflikty, nawet międzynarodowe?

- Mam do tego taki stosunek jak do horoskopów. Można w nie nie wierzyć, ale jak się przeczyta, pewne rzeczy się zgadzają. Nie za bardzo wierzę w symetryczne powtórzenie pewnych mechanizmów, ale coś w tym jest. Kiedy obejrzy się zdjęcia z paryskich ulic po zdobyciu mistrzostwa świata i porówna je z archiwalnymi filmami z tych samych ulic wypełnionych ludźmi świętującymi zakończenie II wojny światowej, reakcje bohaterów tego pierwszego materiału wydają się nawet bardziej ekstatyczne. Jednak byłoby zbyt pięknie, gdyby ta teza miała być prawdziwa. Ludzkość zawsze znajdzie powód, by podrzynać gardła. Na szczęście zawsze też będzie grała w piłkę nożną.

W ostatnich latach rozgrywki międzyklubowe spychają w cień rywalizację między drużynami narodowymi. Dzieje się tak, mimo że z klubami coraz trudniej się identyfikować, nawet w takich drużynach jak Barcelona (symbol Katalonii), w której ciągle żywe są nastroje separatystyczne, grają głównie Holendrzy. Czy ta tendencja się utrzyma?

- Tak. Ja to doskonale rozumiem. Gdyby Cracovia zdobyła Puchar Europy, dla mnie byłoby to ważniejsze, niewiele, ale jednak, niż mistrzostwo Europy wywalczone przez reprezentację Polski.

Nawet gdyby drużynę Cracovii tworzyło, dajmy na to, pięciu Nigeryjczyków, pięciu Szwedów i Francuz?

- To jeszcze dodałoby smaczku. Nie ma większej radości niż satysfakcja z tego, że jakiś fantastyczny piłkarz grał w Stali Mielec, a teraz jest w Cracovii! On wybrał nas, myśmy go uwiedli, nasz klub to jest taki klub, do którego idą najlepsi.

A jeśli uwiodły go pieniądze?

- Pieniędzy na boisku nie widać, a on strzela dla nas gole. Moja drużyna złożona z samych cudzoziemców będzie moją w jeszcze większym stopniu, bo będzie podszyta pewną perwersją. To tak jakby uwieść fantastyczną kobietę z wrogiego plemienia. Ona będzie lepiej smakować. Co z tego, że zawodnika skusiły pieniądze? To świadczy o naszej sile. Jesteśmy bogaci, więc możemy mieć każdego, nikt nam nie podskoczy. Właśnie dlatego w Polsce nie lubi się Legii. Ja Legię zawsze lubiłem, więc miałem przeje... w całym kraju, nie mówiąc o Krakowie. Imponowała mi jej siła. Jesteś dobry, to każdego kupisz - z takiego założenia wychodziłem. Jest to oczywiście też lutersko-cieszyńskie, gdzie się uważa wedle klasycznej w końcu wykładni protestanckiej, że kto nie ma pieniędzy, tego pan Bóg nie kocha. Czyli wychodzi na to, że pan Bóg nie lubi ubogich klubów, co jest tezą trudną do obalenia.

W końcu moją pierwszą prawdziwą drużyną była nie Cracovia, ale Start Wisła. Nie grał nigdy wyżej niż w klasie A, ale w okresach świetności miał trzy drużyny - rezerwa w klasie B, trzecia drużyna w klasie C. Tacy zawodnicy jak "Pedro", Gunia, Eda Jakuciński, Otek Leśniak, Zeflik Kujawa to są moi pierwsi piłkarscy bohaterowie. Z sąsiedniego Ustronia, z klubu Kuźnia, wyszedł słynny później bramkarz Górnika Gomola.

Są imprezy piłkarskie, podczas których zapomina pan o bożym świecie?

- Nie pozwalam, by np. mundial pochłonął mnie w stu procentach. Moja skala emocji podczas oglądania piłki nożnej jest tak wielka, że gdybym, dajmy na to, wziął urlop i wyjechał, żeby w spokoju śledzić mistrzostwa, zwariowałbym. Oczywiście wszystkie mecze oglądam, ale poza tym prowadzę normalne życie. Pełni ono wówczas rolę wentylu bezpieczeństwa, pomaga wrócić do równowagi. Na co dzień nie oglądam piłki z takim zacięciem jak kiedyś. Dawniej, gdy przychodziła zima, polskie kluby poodpadały z europejskich pucharów, piłka znikała z ekranów na wiele miesięcy. Czasem trafiła się jakaś pojedyncza transmisja i nic więcej. Dzisiaj nie trzeba wielkich starań, by oglądać dwa mecze dziennie. Nawet najzagorzalsi fani muszą poczuć przesyt.

Futbol to jedna z najbardziej konserwatywnych dyscyplin. Co pan sądzi o zmianach, które mają wyeliminować pomyłki sędziego?

- Piłka zawsze była odporna na nowinki i to jest jej wielka siła. Jest konserwatywna jak Kościół. Gdyby dopuściło się sekciarstwo, toby upadł. Wszelkie próby reformowania piłki, które rzekomo miałyby służyć uatrakcyjnieniu jej, są skazane na niepowodzenie. Natomiast korektury przepisów polegające na tym, że likwidują wszelkie wynaturzenia, są dobre. Jako aktywny od 40 lat kibic jedno mogę powiedzieć - wszystkie zmiany, których w tym czasie dokonano, a było ich oczywiście bardzo mało, to zmiany bardzo dobre, np. to, że bramkarz nie może trzymać piłki, jak długo chce. Przypominam sobie słynny mecz Górnik Zabrze - CSKA Sofia z końca lat 60. Na wyjeździe zabrzanie przegrali 1:4, więc teoretycznie nie mieli szans na awans. W rewanżu grali jednak jak trzeba. Do przerwy było 3:0, ale wówczas nie istniał jeszcze przepis, że bramki zdobyte na wyjeździe są wyżej cenione. W drugiej połowie trzeba było strzelić jeszcze jedną. I wtedy zaczął się cyrk. Bramkarz bułgarski, zanim wykopał piłkę, w sposób karykaturalny biegał z nią przez wiele sekund. On w sumie urwał w ten sposób co najmniej kwadrans meczu. Sędzia był kompletnie bezradny. Nie mógł wkroczyć, bo bramkarz łamał tylko zasady fair play.

Jednak gdyby nasz bramkarz to robił, toby się panu podobało...

- To jest jasne. Kochałbym go... Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o piłkę, zawsze miałem słabość do pewnego elementu skurwysyństwa i gangsterstwa. Lubię "kosiarzy" czy innych, tzw. wychowawczo kontrowersyjnych graczy. Ten mecz rozstrzygnął, że zmieniono ten przepis. Później zniesiono podania do bramkarza, które wyeliminowały zwalnianie gry, kwitowane gwizdami, ale skuteczne.

A zmiany technologiczne? Kamery pomagające sędziemu podjąć decyzję, elektroniczna aparatura pozwalająca komunikować się z czwartym arbitrem...

- Instynktownie się przeciwko temu buntuję, ale gdyby mnie ktoś spytał o opinię przed wprowadzeniem zakazu podawania do bramkarza, też bym się sprzeciwił zgodnie z zasadą "nic nie zmieniać, futbol jest grą doskonałą". A teraz widzę, że to było sensowne. Wprowadzenie czwartego sędziego i całego tego oprzyrządowania mi się nie podoba. To by działało od trzeciej ligi wzwyż, a wielkość piłki nożnej polega na tym, że w klasie A jest tak samo jak w pierwszej lidze.

W dzieciństwie nic mnie tak nie zdziwiło jak odkrycie tego faktu. W optyce dziecięcej wydawało mi się, że im wyższa liga, tym większe parametry boiska, bramek, piłki. Słuchając transmisji, sądziłem, że bramkarze niemal fruwają pomiędzy stojącymi w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie słupkami, co są jak kościelne wieże. Pierwszy mecz ligowy, jaki w życiu widziałem, Wisła Kraków - Stal Sosnowiec, bardzo mnie rozczarował. Okazało się, że gra toczy się na takim samym boisku jak wszędzie, nie biegają po nim nadludzie... W dodatku mecz był przeraźliwie nudny i skończył się wynikiem 0:0. Zresztą wtedy utwierdziłem się w przeświadczeniu o wyższości Cracovii nad Wisłą.

Ale dzisiaj miałby pan z niej więcej radości niż z Cracovii...

- Cracovia to taka drużyna, która gdy broni się przed spadkiem, zawsze spadnie, jak walczy o awans, nigdy nie awansuje, jak ma dowieźć zwycięski remis, straci bramkę w ostatnich sekundach. Stworzona do klęski. Być kibicem Cracovii to dramat egzystencjalny.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Trochę mi w tytule Żółta węgierska futbolówka, czyli o miłości do piłki lutera z Wisły
    zgrzyta "lutera" chybo powinno być lutra lub biorąc pod uwagę kontekst Lutra (On).
    już oceniałe(a)ś
    1
    1
    Mistrzu, niech miejsce w pierwszym rzędzie loży vipowskiej będzie Ci wiecznie zarezerwowane!
    już oceniałe(a)ś
    6
    1
    "Być kibicem Cracovii to dramat egzystencjalny." Moze i tak jest, ale Pasiakiem jest sie do smierci! RIP.
    już oceniałe(a)ś
    4
    1