Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Lew Jaszyn spogląda z oficjalnego mundialowego plakatu, ma również w stolicy trzy znane pomniki. Pod stadionem Dynama wisi w powietrzu, z wyciągniętymi rękami, prawą dotyka piłki; na Łużnikach piłkę trzyma, stojąc; nad swoim grobem na cmentarzu Wagańkowskim najwyraźniej schodzi z boiska, z lewej dłoni zwisają zdjęte rękawice. Upamiętniony w siedzibie klubu, w którym spędził 20 sezonów, jako reprezentant Rosji i jako człowiek. Ale moskwianie mówią, że jego pomniejszych wyrzeźbionych sylwetek można znaleźć tu znacznie więcej, tylko trzeba się nachodzić.

Jeszcze intensywniej żyje „Czarny pająk” jako mit. Gdy zagadywałem, kto jest największym rosyjskim piłkarzem w historii, dwie odpowiedzi zwracały uwagę. „Znaczy, chcesz wiedzieć, kto po Jaszynie?” oraz „Nie licząc bramkarzy, tak?”. Faktycznie, głupie pytanie, przecież nawet obcokrajowcy znają jedynego golkipera w historii, któremu wręczono Złotą Piłkę. Geniusza, który obronił rekordowe 150 rzutów karnych. Atletę w czapce z daszkiem, którą czasami zdejmował tuż przed wyłapaniem dośrodkowania. Wynalazcę, który błyskawicznym wyrzutem piłki odpalał kontrataki, zanim znalazło się to w repertuarze każdego bramkarza wysokiej klasy, i wybiegał z pola karnego pół wieku przed Manuelem Neuerem fetowanym za dalekie wycieczki jako rewolucjonista.

Co nie znaczy, że Jaszyn nie przeżył gehenny. Taki los bramkarza, że musi pocierpieć.

***

Akinfiejew dorastał jako spadkobierca mistrza, a zarazem naznaczony jak każdy tutejszy golkiper – ciągle z poprzednikiem porównywany i świadomy, że nigdy go nie doścignie. Gdy w wieku 16 lat wskoczył między słupki CSKA Moskwa, miał być jednak skazany przynajmniej na tyle, że zdystansuje wszystkich sobie współczesnych. Nie w kraju, lecz na świecie. Po obiecujących początkach powaliła go kontuzja, przez miesiąc po operacji leżał wyprostowany na plecach (lekarze zabronili przewracać się na bok), potem oglądał mecze swojej drużyny, płacząc. Wielkiej formy nie odzyskał, ale w oczach rodaków zmalał nie tyle do bramkarza solidnego, ile do pośmiewiska. Zwłaszcza przy okazji występów w Lidze Mistrzów, w której miał serię 43 meczów z rzędu bez czystego konta. Ciągnęła się 11 lat, następny w tej okrutnej klasyfikacji Ronald Waterreus tracił gole w ledwie 16 spotkaniach z rzędu. Rosjanin stał się więc safandułą, mało kto sprawdzał, ile goli puścił wskutek kardynalnych błędów zespołu.

Nikt też nie sprawdzał, jak drużyna ZSRR grała na mundialu w 1962 r. Zamiary zgłaszała medalowe, natchniona złotem wykutym na turnieju olimpijskim w 1956 r. oraz na mistrzostwach Europy w 1960 r. – Jaszyn zasłużył się fundamentalnie, więc oczekiwano, że znów zasłoni całą bramkę, tymczasem jemu zdarzyło się przepuścić piłkę bitą z rzutu rożnego i wypadł w zasadzie przeciętnie. A ponieważ jedyny obecny tam radziecki korespondent niezbyt wyznawał się na sporcie, w Ameryce Płd. zajmując się zasadniczo polityką, to poszedł na łatwiznę i ćwierćfinałową porażkę z gospodarzami 1:2 zredukował do błędów bramkarza. Jaszyna powitały więc na lotnisku wrzaski, by kończył karierę, potem przychodziły listy z pogróżkami, na stadionach go wygwizdywano, ktoś wybił kamieniami okna w jego mieszkaniu. Niegdysiejszy bohater zapadł się w sobie, zezłoszczony odmawiał gry w kadrze na rosyjskich stadionach, dzisiaj pewnie zdiagnozowalibyśmy jego stan jako depresję.

Rok później odebrał Złotą Piłkę. A kiedy wraz z drużyną Reszty Świata przegrał z Anglią na Wembley 1:2 (uczczono stulecie założenia pierwszej federacji piłkarskiej, takie pokazowe gry cieszyły się wtedy prestiżem), to dla rodaków liczyło się tylko to, że dopóki grał, utrzymywał się bezbramkowy remis. Wybaczyli mu. W lidze rosyjskiej bronił jak opętany, w 27 kolejkach stracił siedem goli. On, który karierę zaczął od skutkującego utratą gola zderzenia z partnerem z obrony w meczu z Traktorem Stalingrad.

Dzisiaj wspomina się go wyłącznie ze łzami w oczach, bo dał się poznać jako sportowiec niezwykłej kultury – zaatakowany nogami potrafił po starciu zapytać rywala, czy na pewno nic mu się nie stało – a skończył tragicznie. W skażonym wojną dzieciństwie był niedożywiony, jako 13-latek zaczął palić jak smok (pomagał wtedy ojcu w fabryce pocisków do karabinów), nigdy papierosów nie rzucił. Zawsze bolał go żołądek, potem jego stan pogarszała uderzająca w brzuch piłka, po zakończeniu kariery systematycznie podupadał na zdrowiu – z powodu zakrzepu amputowano mu nogę, zmarł na raka jelit.

Lew JaszynLew Jaszyn Fot. RIA Novosti RIA NOVOSTI/EAST NEWS

***

Od tamtej pory Rosjanie szukają jego kolejnego wcielenia. Chyba tylko w tym kraju najsilniejszy w futbolu jest kult bramkarza, obecny zresztą przed Jaszynem – dowody znajdziemy i w galeriach, i w kinach, i w literaturze, zresztą autor niniejszego artykułu jako drugą piłkarską książkę w życiu, po biografii Pelego, nieprzypadkowo przeczytał „Bramkarza republiki” Lwa Kassila. Ideologicznie słuszną bajkę o golkiperze doskonałym, który refleks i chwyt wytrenował przy rozładowywaniu nad Wołgą arbuzów, następnie przez całą karierę nie chciał puścić gola w żadnym meczu, stracił go dopiero, gdy zdradził i przeszedł do drużyny rywali. Zekranizowano ją, była hitem.

W Rosji dzieciak niekoniecznie chce grać w ataku, tylko Rosja mogła ozdobić mundial wizerunkiem golkipera, tylko w Rosji ojciec potrafi syna mianować bramkarzem już w wieku czterech lat – spotkało to właśnie Akinfiejewa, w którym doszukiwano się geniusza, więc nawet gdy bronił świetnie, to nie całkiem satysfakcjonował. Jego bilans w LM pogarszał jeszcze bilans rzutów karnych, nie obronił żadnego z siedmiu.

Aż nadszedł mecz z Hiszpanią w 1/8 finału MŚ i drużyna prowadzona przez Stanisława Czerczesowa (oczywiście byłego golkipera) przetrwała 90 minut, przeżyła dogrywkę, stanęła przed szansą na wywołanie swojej największej mundialowej niespodzianki w historii. Udało się, bo dwie „jedenastki” obronił Akinfiejew – w tym jedną w niezwykłym stylu, uniesioną metr nad ziemię nogą. Wcześniej zatrzymał jeszcze dziewięć hiszpańskich uderzeń, gola stracił wskutek samobója. I jeśli Rosja chce nadal śnić, to musi znów wpatrywać się z nadzieją w bramkarza, bo bez jego parad sforsowanie Chorwacji w ćwierćfinale jest nierealne.

Mistrza oczywiście nie przyćmi. Gdyby jednak wygrał, to najlepszy wynik Jaszyna na mundialu – czwarte miejsce – co najmniej wyrówna. A medalem wręcz by go przelicytował.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.