Olga Woźniak: Czy w polskiej szkole jest miejsce na nowoczesną technologię?

Maciej Dębski: - Zdecydowanie tak. Zdziwiłbym się gdyby w polskiej szkole, w świecie cyfrowym nie było miejsca na nowe technologie. Natomiast musimy uważać z nowymi technologiami, bo to są fantastyczne narzędzia, programy, aplikacje, które mogą rozwijać dzieci i młodzież. Natomiast niekontrolowane używanie nowych technologii będzie przyczyniało się do negatywnych konsekwencji, które czasem zauważamy w domu, w szkole, w przestrzeni publicznej.

Obserwuję dwie postawy nauczycieli wobec różnych cyfrowych sprzętów. Pierwsza to próba zakazu, bo tak jest bezpieczniej, bo łatwiej niż kontrolować w jakiś odpowiedzialny sposób. Druga… w zasadzie trzy. Druga to raczej strach, bo sam nie umiem, więc nie bardzo wiem, jak uczyć tego dzieciaki. I trzecia, która jest w mniejszości, to próby włączania do różnych zajęć nawet niekoniecznie na informatyce, ale i na języku polskim, na plastyce korzystania z różnych urządzeń i z różnych zasobów, które są w internecie. Która z tych postaw jest najczęstsza?

- Najczęstszą jest chyba – nicnierobienie i czasem udawanie, że w szkole nie ma problemu z obecnością mediów cyfrowych. Najrzadsza na pewno jest ta, gdzie nauczyciel jest w pełni przygotowany do stosowania narzędzi technologii informacyjno-komunikacyjnych do prowadzenia zajęć. Jeżeli nauczyciel wdraża tik odpowiednio w proces edukacji odpowiednio to tylko jest w stanie zyskać w oczach ucznia, bo porozumiewa się i prowadzi lekcje tymi narzędziami czy aplikacjami, które są bardzo ważne i istotne dla uczniów. Niestety część szkół stosuje bezwzględne zakazy używania nowych technologii, przynoszenia w ogóle smartfonów do szkoły. Co dla mnie osobiście jest absurdem, bo trudno w świecie cyfrowym nie używać mediów cyfrowych. Z drugiej strony, jeśli szkoła stawia sprawę na ostrzu noża, a postawienie sprawy na ostrzu noża jest sytuacją, w której mamy bezwzględny zakaz, no to wypłukujemy ze szkoły całą możliwość fajnego, kreatywnego stosowania tiku w edukacji.

Niedawno było głośno w mediach o tym, że Francja zabroniła używania telefonów komórkowych. Tutaj właśnie widziałam podział między nauczycielami – jedni byli za tym, że to super, bo dzieci na przerwach w ogóle nie mają ze sobą kontaktu, nie gadają ze sobą, siedzą w telefonach, tam gdzie mogą to robić. Inni byli mniej skrajni i mówili: szkoda, bo telefon to może być fajne narzędzie na lekcji. Pytanie brzmi: jak robić to odpowiedzialnie?

- Jeśli chodzi o środowisko szkolne, to o wiele bardziej będą się sprawdzać wszelkiego rodzaju modelowania podstaw młodzieży przy wykorzystaniu różnych zasad szkolnego używania mediów cyfrowych. Bezwzględny zakaz jest zawsze postawieniem sprawy na ostrzu noża i wydaje mi się, że to jest pójście całego grona pedagogicznego na łatwiznę. Często się spotykam z taką informacją – my mamy bezwzględny zakaz korzystania ze smartfonów i nie mamy problemów. To nie jest tak, że nie mamy problemu, bo z naszych badań wynika, że część młodzieży wykazuje silne symptomy patologicznego przyklejenia do smartfonów. Jeżeli młoda osoba w świecie szkolnym w ogóle jest pozbawiona nowych technologii, to nie jest w stanie się skupić na lekcji, nie jest w stanie niczego z tej lekcji wynieść, bo cały czas myśli o tym, co się dzieje w smartfonie. Rozwiązaniem, które ja osobiście polecam w szkole jest – nie zakazuj, ale modeluj poprzez wdrożenie.

Jak można modelować? Bo modelować to znaczy tak się zachowywać, żeby być jakimś wzorem. To co ja mam z tym zrobić?

- Po pierwsze, jeżeli wprowadzamy różnego rodzaju zasady związane z używaniem mediów cyfrowych w szkole, to muszą być one wspólnie wypracowywane. Niestety część szkół postępuje tak, że w sierpniu, we wrześniu, kiedy dzieci i młodzieży nie ma w szkole, tworzą różnego rodzaju zapisy, wkładają je do statutów szkolnych, młodzież przychodzi we wrześniu i dowiaduje się, że akurat już nie może korzystać z telefonów. Jest to najgorsze rozwiązanie, kiedy przepisy są utworzone tylko w gronie ciała pedagogicznego. Jeżeli stworzymy zapisy dotyczące używania nowych technologii to musimy to robić wspólnie z uczniami, a jeszcze lepiej, gdybyśmy to robili wspólnie z rodzicami, bo to, że my robimy super – będziemy zarządzać tikiem, informacją, mediami cyfrowymi w szkole, to wcale nie oznacza, że w domu ten pozytywny nurt będzie kontynuowany. Bardzo często prowadzimy różnego rodzaju oddziaływania w szkole, a w domu wszystko się rozsypuje, bo w domu na przykład nie ma zasad. To, co wydaje mi się pilną potrzebą w polskiej szkole to realizowanie cyklicznych diagnoz stanu, zjawiska – nadużywania mediów cyfrowych, wzorów używania mediów cyfrowych przez młodzież.

No ale ja wiem, co z tych diagnoz wyniknie. Niedawno robiono europejskie badania i okazało się, że dzieciaki rzeczywiście dość dużo korzystają z telefonów, co więcej, mówią, że nauczyciel bardzo rzadko rozmawia z nimi w szkole, w jaki sposób bezpiecznie to robić, w jaki sposób wyszukiwać w internecie interesujące treści. Często się mówi o dzieciach, że to tacy cyfrowi tubylcy, ale z tych badań wynika, że oni mieszkają na obrzeżach – wcale nie są tacy biegli jak nam się wydaje – „o, to jest takie pokolenie, co sobie świetnie daje radę”. Oni potrafią owszem wkleić zdjęcie na media społecznościowe, zablokować kogoś ze znajomych czy zrobić wpis, ale nie mają większych kompetencji.

- Pewnie pani mówi o badaniach EU Kids Online, prowadzonych przez profesora Pyżalskiego – czekamy cały czas na raport, ale już wiemy, że 90% nastolatków potrafi używać internetu, ale to używanie jest bardzo bierne, więc ewidentnie trzeba by było pomyśleć o wprowadzeniu w szkołach, w normalnych siatkach godzin przedmiotu, który moglibyśmy nazwać – edukacja medialna. To nie jest informatyka, gdzie uczymy się jak używać sprzętu, tak jak robiliśmy to robili 20, 30 lat temu w podstawówce. Dzisiaj istnieje bardzo pilna potrzeba wprowadzenia edukacji medialnej, przedmiotu edukacja medialna, która z jednej strony poprawiałaby kompetencje, czyli pozwalałaby młodzieży być nie tylko biernymi biorcami treści, ale też aktorami i twórcami tych treści internetowych. Z drugiej strony dla mnie szkoła odpowiedzialna cyfrowo to jest z jednej strony taka, która dobrze dba o ten tik w edukacji, ale z drugiej strony dba także o dobry klimat i relację bezpośrednią między uczniami. O tym często zapominamy, kiedy mówimy o mediach cyfrowych. Ja osobiście uważam, że odpowiedzialność cyfrową młodzieży i dzieci buduje się nie tylko przez to, co się dzieje w sieci, ale również przez to, co się dzieje poza siecią. Dla mnie szkoła odpowiedzialna cyfrowo, to na przykład taka szkoła, która co jakiś czas wpada na pomysł świadomego odcięcia swoich uczniów od mediów cyfrowych. Bo kiedy odetniemy się od mediów cyfrowych i zrobimy to w sposób eksperymentalny, ale świadomy, to zobaczymy, co tak naprawdę nas przyciąga do mediów cyfrowych. No bo, co to znaczy, że ktoś jest przyklejony do komórki? Internet przykleja, ale to też za szeroko. Co w tym internecie? No i wychodzi, że dziewczyny, nastolatki, bardzo mocno wsiąkają w portale społecznościowe, chłopcy – młodzi w szczególności, w gry. Taka świadomość, że internet i przestrzeń internetu nie jest jednym workiem, ale jest tam dużo fantastycznych treści, ale też zagrażających byciu odpowiedzialnym użytkownikiem. Wydaje mi się, że to, co można byłoby zaoferować również szkołom i czego mocno brakuje, to wprowadzenie i osadzenie w szkołach długofalowych programów profilaktycznych. Jest  jedyny dokument w Polsce – to dokument Najwyższej Izby Kontroli z 2016 roku, który pokazuje, że polska szkoła, poradnie psychologiczno-pedagogiczne, nie są dzisiaj odpowiednio przygotowane do mówienia, do realnego, rzeczywistego mówienia o bezpiecznym używaniu mediów cyfrowych. Muszę stwierdzić, że pogadanki na lekcji wychowawczej, często oparte o strach, bo przyjdzie policjant, policjantka i powie o bezpieczeństwie w sieci, o cyberprzestępczości i nastraszy dzieci - nie daje nic ciekawego i konstruktywnego. Żeby myśleć o budowaniu właśnie takiej pozytywnej postawy związanej z używaniem mediów cyfrowych, czy to będą laptopy, smartfony, czy różnego rodzaju aplikacje. Trzeba jednak prowadzić już od najmłodszych lat, nawet od przedszkola różnego rodzaju oddziaływania edukacyjne, które będą pokazywać momenty najważniejsze w codziennym funkcjonowaniu, gdzie jesteśmy przyklejeni z mediami cyfrowymi, a nie powinniśmy być.

Tylko pytanie, czy taki przedmiot jak edukacja medialna to załatwia, bo mam poczucie, że to znowu jest wyłączenie, stworzenie takiego getta. Marzy mi się taka sytuacja, żeby jednak ta cyfrowość była zintegrowana z innymi przedmiotami. Popatrzmy jak funkcjonujemy my, dorośli w życiu. Jesteśmy w zasadzie nieustająco online, prawda? Nawet dzieci są nieustająco online w tej chwili. To funkcjonowanie dzisiaj w internecie bardzo się zmieniło. Kiedyś trzeba było usiąść przy komputerze, zalogować się. Teraz jesteśmy online biegnąc z włączonym endomondo, sprawdzając pocztę, cały czas, słuchając muzyki w streamingu. Więc nie wiem, czy słuszne jest wyłączenie tego w osobny przedmiot.

Mówimy o dwóch rzeczach, bo to, czego w Polsce dzisiaj brakuje, ale tylko w poziomie używania mediów cyfrowych, ale w ogóle w kulturze prowadzenia zajęć. Marzy mi się taka szkoła, gdzie myślimy problemowo. Mamy do rozwiązania jeden problem, ale skubiemy go od strony geografii, chemii, fizyki, biologii. Możemy do tego wykorzystywać narzędzia nowej technologii, możemy nie wykorzystywać nowych technologii. Ważne, że należy zmienić proces myślenia i proces w ogóle edukowania młodych osób. Doprowadzenie do sytuacji, gdzie rozwiązujemy dany problem jest bardzo istotne dla młodzieży, ja to widzę też po swoich studentach. Jeżeli w pracy, którą dam studentowi na Uniwersytecie Gdańskim nie zobaczy on większego sensu, to jego zaangażowanie będzie na niższym poziomie. Pełna zgoda, jeśli włączymy do tego jeszcze nowe technologie, to tym bardziej będziemy mogli zyskać na znaczeniu i kreatywności. Sytuacja, gdzie nauczyciel czy nauczyciele rozwiązują jeden problem z różnych przedmiotów w pracy zespołowej, pracy projektowej uczniów, byłby o wiele bardziej efektywnym procesem nauczania, niż takie siatkowanie materiału, że na chemii robimy to, na biologii to, czasem użyjemy mediów cyfrowych, czasem nie użyjemy.

A czy nie ma pan takiego poczucia, że problem używania mediów cyfrowych i zaawansowanej technologii to jest problem wielkich miast? Bo często nauczyciele w mniejszych miejscowościach mówią: „no super, ale my nawet nie mamy internetu w szkole”. W tej chwili jest wielki program podłączania szkół do światłowodów, do szybkiego internetu i tych tablic interaktywnych. Ale wciąż jeszcze to jest przyszłość – to po pierwsze. W zasadzie każdy uczeń ma komórkę, ale taki dostęp do internetu w klasie, podczas lekcji, że mogę włączyć ekran, telewizor czy jakiś ekran multimedialny na języku polskim, bo coś mi przyszło do głowy i pokażę uczniom w internecie, to nie jest możliwe w większości szkół.

- Doskonale wiemy, że nawet jeśli zapewnimy całą infrastrukturę i będziemy mieli szerokopasmowy internet i dostęp do internetu, to nie rozwiąże problemu. To pokazał zresztą przykład tablic multimedialnych. Co z tego, że powiesimy tablicę multimedialną w szkole, jeśli za tym nie pójdzie zmiana modelu nauczania. Więc jeśli wieszamy tablicę multimedialną i organizujemy przestrzeń klasy w oparciu o nowe technologie, to niestety albo „stety” nauczyciel odchodzi w cień, wchodzą do akcji uczniowie. Kiedyś w jednej z warszawskich szkół, gdzie prowadziłem zajęcia w gabinecie historycznym spotkała mnie śmieszna sytuacja. Rzeczywiście historia była widoczna na ścianie. Wisiała tablica czarna kredowa, potem zielona tablica kredowa, potem biała suchościeralna i tablica multimedialna, ale na tablicy multimedialnej były na stałe powieszone prace konkursowe dzieci. Widać więc było, że możesz dostarczyć do szkoły najlepszy sprzęt, ale jeżeli nie zmienisz kultury nauczania i procesu nauczania to nic to nie da. A proces nauczania zmienia się nie wtedy, gdy nauczyciel podejmuje pracę, tylko kiedy nauczyciel przygotowuje się do pracy.

Na studiach?

- Na studiach. Tutaj jest duża rola uniwersytetów, różnych instytucji, które mają za zadanie przygotować nauczyciela – przedmiotowca czy nieprzedmiotowca do prowadzenia zajęć. Tu jest bardzo duża luka. Na Uniwersytecie Gdańskim też ją widzimy.

No dobrze, ale to jest na razie nasze życzeniowe myślenie, że system edukowania nauczycieli się zmieni. Co konkretnie może zmienić nauczyciel, żeby zanim przyjdą zmiany odgórne, oddolnie polepszyć tę sytuację?

- Jeżeli rzeczywiście edukacja jest procesem dwustronnym, czyli nauczyciel jest w stanie uczyć się od uczniów – to pierwsze, co bym zrobił, choć nie pracuję jako nauczyciel w szkole podstawowej czy ponadpodstawowej, odwróciłbym proces nauczania. Stworzyłbym przestrzeń, gdzie uczniowie uczą mnie i wspólnie prowadzą ze mną zajęcia, to znaczy ja mam jakiś temat jako nauczyciel natomiast uczniowie obecni na sali dochodzą do rozwiązania, prowadzą zajęcia, poszukują w oparciu o nowe technologie. Ja nie muszę się znać na nowych technologiach jako nauczyciel, ja muszę się odkryć – „słuchajcie ja się na tym nie znam, może byście mnie nauczyli”. Widać, że to doskonale działa, ja to sprawdziłem na poziomie uniwersytetu, ale sprawdzam to też w domu. Mam córkę 16-letnią i kiedy się jej pozwoli być nauczycielem dla swojego ojca, to nie dość, że jest dużo zabawy, to jest też taki błysk w oczach – „o, mogę być nauczycielem dla mojego taty”. Więc to jest jedna prosta rzecz, którą możemy zrobić bez żadnego przygotowania – „nauczcie mnie korzystania z nowych technologii”. Druga rzecz, to kwestia oczywiście całego procesu dokształcania i poszukiwania wiedzy. Dzisiaj mamy tak otwarte zasoby, różnego rodzaju aplikacje, darmowe platformy – nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nauczyciel sam mógł doszukiwać się i podsuwać pewne rzeczy.  

A konkretnie dokąd sięgnąć, nauczyciel mówi – „dobrze, to jest na bardzo wysokim poziomie ogólności, ale konkretnie gdzie mógłby…”

- Różne są strony. Jeżeli chodzi o profilaktykę uzależnień, mamy całe strony różnych fundacji: Fundacja „Dbam o mój z@sięg”, Fundacja „Dajemy dzieciom siłę”, jest bardzo dużo zasobów otwieranych na stronach Ministerstwa Cyfryzacji. Jest bardzo dużo - to widać na portalach społecznościowych - inicjatyw oddolnych, gdzie nauczyciele gromadzą się i zakładają różnego rodzaju grupy, fora i się tam wymieniają. Czy to jest edukacja medialna, czy to jest w tik edukacji, „OK wczesnoszkolni” czy „Superbelfrzy RP” jest bardzo dużo inicjatyw, gdzie ty jako nauczyciel możesz iść do nauczyciela i powiedzieć – „słuchajcie, właśnie zaczęłam naukę w przedszkolu, chciałabym robić takie zajęcia, czy moglibyście mi coś podpowiedzieć?”. Kolejna rzecz, to są właśnie te fora internetowe, o których mówię.  Czy otwarte zasoby, czy dostępne kursy w centrach edukacji nauczycieli, no mnóstwo jest tych rzeczy, bardzo dużo e-learningowych portali, gdzie nie musisz wychodzić z domu, wystarczy, że wykupisz kurs online albo będzie bezpłatny.

Jestem polonistką i czuję frustrację, słysząc ciągle, że powinniśmy włączać tę cyfrową edukację. Myślę sobie, że to niektórych nauczycieli może onieśmielać w takim sensie, że to brzmi bardzo ambitnie. I rodzi się pytanie, jak ja myślę o swojej pracy i jak ja używam mediów, bo używam, to myślę sobie tak: prowadzę zajęcia z gramatyki na platformie internetowej – są platformy niewiele płatne, uczniowie mają tam konta i zamiast robić ćwiczenia w papierze, mogą sobie je zrobić w internecie w postaci gry na przykład, to jest dla nich atrakcyjne. Przerzuciłam się od noszenia ciężkich zeszytów w których musiałabym sprawdzać wypracowania do tworzenia tekstów przez dzieci. Program Storybird  jest atrakcyjny dla dzieci, bo wciągają tam ilustracje, mogą tworzyć książeczki, pisać nawet poważne książki. Większość szkół ma oczywiście elektroniczne dzienniki i jak słyszę często od nauczycieli, od rodziców, są one słabo wykorzystywane tzn. ja na przykład traktuję dziennik elektroniczny jako platformę komunikacji z uczniami. Terminarze, prace domowe – wszystko tam jest. I cały czas nie wiem, uczymy dzieci montować filmy i robić filmiki. Na języku polskim też czasem właśnie korzystają z tego medium, uczymy przeprowadzać wywiady, nagrywając je zwyczajnie komórką, czy robić jakieś krótkie fotoreportaże.

- Tworząc prezentacje na Canvie, używać Kahoot!’a.

Tylko że cały czas mam poczucie, czy to wystarczy, czy to jest ten tik, czy ja muszę zrobić coś jeszcze bardziej ambitnego. Bo jak się słyszy o tych technologiach, to to tak onieśmiela

- Cokolwiek robimy, czy stosujemy tik czy nie, musimy być autentyczni, prawdziwi. Uczniowie bardzo wyraźnie wyczuwają sztuczność u nauczyciela. Wydaje mi się, że to, czego brakuje albo może nawet nie brakuje, bo nie mam tego rozeznania, natomiast myślę, że bardzo ważna jest pasja samego nauczyciela. Ja przez wiele lat zajmowałem się problemem bezdomności, brałem studentów do placówki dla osób bezdomnych, chodziliśmy po pustostanach, oni widzieli, że nauczyciel jest zaangażowany, tym żyje, ma cel. A jeszcze kiedy praktycznie to przełożysz na wspólne wsparcie osób potrzebujących no to studenci widzą bardzo praktyczny wymiar tego, że uczą się problemów społecznych i zajmują się bezdomnością, czy przemocą w rodzinie, czy uzależnieniami od mediów cyfrowych, że to komuś pomaga. Myślę, że to jest ważne.

No ale tego nie sposób się nauczyć. To albo się ma, albo nie, albo jest się do tego przekonanym, albo wcale.

- Dokładnie tak. Myślę sobie, że pewne rzeczy – tiku jesteśmy w stanie się nauczyć. Młodzież mówi: ogarniemy Snapchata, Facebooka i Instagrama w miarę szybko, natomiast to, czego dzisiaj wydaje mi się bardzo mocno brakuje i na tym też można zyskać. Ja nie wiem, czy dzieciak w szkole potrzebuje, żeby jego nauczyciel był „a, ą, ę” w nowych technologiach. Może dzisiaj młodzież potrzebuje, żeby nauczyciele po prostu byli. Kiedy prowadziłem badania dotyczące kondycji zawodowej nauczyciela w województwie pomorskim to zadaliśmy uczniom bardzo ważne pytanie – „czy jest w szkole choć jeden nauczyciel do którego byś się zwrócił o pomoc jeśli miałbyś problem pozaszkolny?” I co się okazuje? W województwie pomorskim, co czwarta młoda osoba mówi – nie ma ani jednego w szkole, więc przewrotnie myśląc być może będzie tak, że będziemy mieli lepszy kontakt z młodzieżą wtedy, kiedy poświęcimy im czas, bo nas zatrzymają i powiedzą – „przepraszam, mam problem, czy mogłaby mi pani poświęcić trzy minuty”, niż stawać na rzęsach i tworzyć świat bardziej fantastyczny niż świat Minecrafta czy jakiejś innej gry. Chcę powiedzieć, że odpowiedzialność cyfrową buduje się w oparciu o balans. Nowe technologie same nie wystarczą, co jest przeciwwagą i co powoduje utrzymanie tego balansu w świecie cyfrowym – dobrze zbudowana relacja, z kim? Z rodzicami, z nauczycielami - przede wszystkim. W tych dwóch przestrzeniach dziecko spędza 15 godzin w ciągu dnia, nawet więcej. Znam szkoły, które mówią – „kurcze, nie wiemy, co zrobić z technologiami informacyjno-komunikacyjnymi, nie wiemy, czy zakazywać, nie zakazywać, testujemy różne rzeczy i mówią wprost – zostawiamy to”, ja mówię „to na co kładziecie nacisk?” – „Na to, żeby dzieciaki były bliżej siebie, angażujemy przestrzeń – wystawiamy stoły ping-pongowe, szukamy fajnych puf, gdzie można usiąść, gdzie obciachem będzie skorzystanie z nowych technologii”. Więc jeżeli szkoła ma problem z ustaleniem zasad i w ogóle jest w kropce, jeżeli chodzi o stosowanie nowych technologii – zabraniać, nie zabraniać – zostawcie to. Zadbajcie o to, żeby mieć dobry kontakt z dziećmi, żeby dzieci chciały przychodzić do waszej szkoły i aktywnie spędzać przerwę.

To ciekawe, co pan powiedział na koniec jako specjalista nowych technologii w edukacji.

- Dlatego dla mnie szkoła odpowiedzialna cyfrowo to jest taka, która szuka tego balansu, która ma dobrą wiedzę o tym, co się dzieje, ale która też stwarza przestrzeń na świadome bycie poza siecią. Bo kiedy zaczyna się problem z nadużywaniem mediów cyfrowych wśród dzieci i młodzieży? Wtedy, kiedy jedynym światem dziecka i młodzieży jest świat wirtualny, to ono pójdzie w sieć, bo gdzie ma iść? Dlatego powinnością rodziców, ale też w jakiejś części nauczycieli jest budowanie alternatywy dla świata wirtualnego.

Słyszę od mojego 12-letniego syna, który spotyka się ze swoimi kolegami z osiedla – „mamo nie mamy co robić, możemy przyjść do domu pograć?”

- Niech sobie grają. Jestem za tym, żeby dzieciaki grały, żeby angażowały rodziców do grania, lepszą  postawą rodzica i nauczyciela jest  – „pokaż mi w co grasz, naucz mnie tego Minecrafta czy innych rzeczy” niż postawa „nie znam się”. Dlaczego? Dlatego, że i tak budujemy tę relację i nawet jeśli dziecko popełni jakiś błąd w sieci np. rozbierze się, problem sekstingu – bardzo duży problem, to jeśli będzie miało dobrą relację z mamą albo z tatą, a nawet z nauczycielem to przyjdzie i powie „wiesz co mama, tata zrobiłem głupotę”, „ale co się stało?”, „rozebrałam się w sieci”. Doskonale wiemy, że wrzucenie nagiego zdjęcia do sieci, czy w ogóle zrobienia takiej rzeczy jest dopiero początkiem tego, co się może zdarzyć później, czyli kwestią szantażu, wykorzystywania, uwodzenia dzieci w sieci. Natomiast jeżeli będziemy mieli dobrą relację z dziećmi, z młodzieżą, jesteśmy w stanie ten magiczny krąg cyberprzemocy przerwać w miarę szybko, ale rodzic musi doprowadzić do takiej sytuacji, że dziecko wie, że czegokolwiek by nie zrobiło, zawsze może liczyć na wsparcie rodzica.