Zaczęło się od żółwia stepowego, którego kupił w młodości. Żółw miał problemy ze skórą, był apatyczny, miewał biegunki. Ratunku dla niego można było szukać tylko w encyklopediach i bibliotekach. Internetu jeszcze nie było. Żółwia nie udało się wyleczyć. Ale udało się założyć pierwszy portal weterynaryjny w kraju.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W ramach akcji społecznej "Laboratorium Innowacji", którą prowadzi "Gazeta Wyborcza", co poniedziałek opisujemy najbardziej innowacyjne rozwiązania wrocławskich firm i instytucji. Jednak oprócz dużych przedsiębiorców i ośrodków naukowych innowatorem może zostać każdy. Liczy się pomysł i determinacja.

Dziś opowiadamy historię młodego człowieka, który połączył pasję do weterynarii z pasją do informatyki. Samotnie pokonał drogę, którą podążają wszyscy innowatorzy - od pomysłu do biznesu. Podzielił się z nami doświadczeniami.

Jak pomóc żółwiowi?

Sławomir Dłubak urodził się w małej miejscowości Pajęczno pod Łodzią. Od małego kochał zwierzęta. Przyznaje, że w młodości hodował chyba wszystkie możliwe zwierzęta domowe. - Miałem psy, koty, świnki morskie, myszki, szczury, papużki faliste, króliki, a nawet żółwia stepowego, którego w tamtych czasach kupiłem za duże pieniądze - wymienia Dłubak.

Jego tata prowadził w domu zakład naprawy pralek. Sławek pomagał mu od dziecka - w przyszłości miał biznes ojca przejąć.

W wolnym czasie siedział przed komputerem. Godzinami zgrywał na starego Commodore C64 programy z kaset magnetofonowych.

- Nagle okazało się, że mój starszy brat świetnie radzi sobie w zakładzie taty. Uznaliśmy w rodzinie, że zamiast do technikum mogę pójść do liceum. Stanąłem przed wyborem profilu klasy. Czy spróbować sił w informatycznej, czy też uczyć się o zwierzętach w biologiczno-chemicznej. Rozstrzygnęły względy finansowe. Rodziców nie było stać na komputer PC, który był niezbędny w tej pierwszej. Poza tym czułem, że mama chciałaby, abym został lekarzem. Poszedłem do "biolchemu" - opowiada Dłubak.

O wyborze studiów rozstrzygnął żółw stepowy. - Stwierdziłem, że owszem, chcę leczyć. Ale nie ludzi, lecz zwierzęta. Żółw, którego miałem wtedy w domu, był bowiem chory. Miał problemy ze skórą, był apatyczny, miewał biegunki. Nie wiedziałem, jak mu pomóc. Czytałem o żółwiach w encyklopediach, szukałem rozwiązania w bibliotekach. Nie było wtedy internetu, w którym mógłbym sprawdzić np. jak go karmić. Nie udało mi się mu pomóc. Po jakimś czasie zdechł - wspomina Sławomir.

Droga do sukcesu przez Wrocław

Studia weterynaryjne rozpoczął w Lublinie. Przez pierwsze trzy lata uczył się anatomii, biochemii i innych teoretycznych zagadnień.

- Po trzecim roku przyszedł czas na zajęcia praktyczne. I okazało się, że praca weterynarza wcale nie polega tylko na robieniu zastrzyków psom i kotom, tak jak to sobie wyobrażałem. To ciężka praca fizyczna w zimnych oborach, stajniach i często też w rzeźniach. Przerwałem studia i wyjechałem do Anglii zarabiać pieniądze - mówi Sławomir.

Potem dowiedział się, że we Wrocławiu jest najlepszy w Polsce kierunek na weterynarii dotyczący leczenia psów i kotów.

- Postanowiłem wrócić. Ale moja sytuacja była już inna. Miałem rodzinę, nie mogłem pozwolić sobie na spokojne studiowanie. Kupiłem laptopa i zacząłem realizować na poważnie swoją drugą pasję. Nauczyłem się języka HTML, podstaw PHP i zarabiałem na robieniu stron internetowych. Założyłem też stronę internetową z poradami dla Polaków za granicą. Teraz nazwalibyśmy to blogiem, ale wtedy nikt nie znał tego pojęcia - śmieje się Dłubak.

W końcu stwierdził, że obie pasje można połączyć. - Na stażach i różnych praktykach, które odbywałem w lecznicach dla zwierząt, zauważyłem, że właściciele małych pacjentów w większości nie wiedzą, jak dbać o zwierzęta i kiedy zgłaszać się do weterynarza. Lekarze zaś mieli problemy z prowadzeniem historii medycznych i komunikacją z klientami - wspomina Dłubak. - Mieszkałem wtedy z kolegą Jackiem, który był programistą. Razem wymyśliliśmy oprogramowanie dla weterynarzy.

Wirtuoz weterynarii

Tak zrodził się projekt Vethoven, czyli strony internetowej dla weterynarzy. - Nazwa miała nawiązywać do weterynarii i mistrza Beethovena jednocześnie. Na początku jednak Jacek nie miał czasu, żeby tworzyć serwis, a ja nie miałem na to pieniędzy. Szansa pojawiła się w 2009 r., gdy usłyszałem o dotacjach unijnych - opowiada Dłubak.

Dotację jednak można było dostać tylko, gdy dysponowało się wkładem własnym w wysokości 20 proc. wartości inwestycji. Zgodnie z biznesplanem młody innowator potrzebował 200 tys. zł. Podjął ryzyko. Sprzedał dom, na który udało mu się zaciągnąć kredyt dzięki angielskim zarobkom i machina ruszyła.

- Założyłem firmę Blue Vet. W ramach jej działalności stworzyliśmy trzy serwisy. Vethoven, e-książeczka i e-lecznica.pl.

- Vethoven było pierwszym w Polsce oprogramowaniem dla lekarzy weterynarii zamieszczonym w chmurze internetowej. Wcześniej podobne powstało tylko w Wielkiej Brytanii. Weterynarze mogą na zewnętrznych serwerach zamieszczać i korzystać ze wszystkich danych. Mogą sprawdzić historię choroby i bazę leków, będąc w gabinecie, u pacjenta lub gdziekolwiek. Dodatkiem był system przypominający o szczepieniach e-mailem i SMS-em - tłumaczy twórca aplikacji.

Także dla pacjentów

Dla właścicieli zwierząt powstała e-książeczka. Aplikacja, do której pacjent może się zalogować, umówić do weterynarza online, sprawdzić historię szczepień, chorób, nazwy leków, które zapisano zwierzęciu. Profil pacjenta zakłada lekarz weterynarii i to on ją prowadzi (e-książeczka jest częścią serwisu Vethoven). - Już 30 tys. psów i kotów ma swoje konta w naszym portalu. Obecnie pracujemy nad stworzeniem wersji mobilnej e-książeczki - mówi właściciel Blue Vet.

Trzecim filarem firmy Dłubaka jest portal e-lecznica.pl. - To bezpłatne źródło wiedzy weterynaryjnej. Posiadacze zwierząt zazwyczaj czerpią ją w internecie z niewiarygodnych forów internetowych. Nasz serwis tworzą weterynarze. To specjaliści piszą o tym, jak udzielić zwierzęciu pierwszej pomocy, co robić, gdy pupil wymiotuje, ma pchły, cieczkę, jak mu obciąć pazurki, wyczyścić uszy. Wyznaczamy jednak wyraźną granicę między tym, co można zrobić samemu, a momentem, w którym trzeba udać się do lecznicy. Obserwujemy stały wzrost internautów na tej stronie. Jest ich już 110 tys. - podsumowuje Sławomir Dłubak.

Nie było tak prosto

Choć jego historia brzmi banalnie, wcale taka nie była. Spośród podobnych innowacyjnych projektów udaje się zaledwie jeden na kilkanaście. - Innowacyjne rozwiązania są niezwykle ryzykowne. Tak naprawdę za każdym sukcesem stoi ogromna ilość pieniędzy i nakład pracy. Żeby się udało, trzeba poświęcić swojemu przedsięwzięciu dużo czasu, w którym można byłoby spokojnie zarabiać na etacie. A przecież nie wystarczy tylko wytworzyć produkt. Trzeba jeszcze mieć za co go utrzymać i rozwijać - opowiada o swoich początkach Dłubak.

Teraz jego firma zarabia na siebie. On znów poszukuje sposobów, jak ją ulepszać, bo nie chce stać w miejscu. - W systemie wspierania innowacyjności potrzebne są zmiany. Inaczej niewiele osób będzie decydować się na realizację swoich pomysłów. Inkubatory przedsiębiorczości powinny być bardziej elastyczne. Na razie oferują albo zbyt małą, albo zbyt wielką powierzchnię biurową i wcale nie chcą za to mało pieniędzy. Dobrze byłoby móc liczyć na ulgi podatkowe, zwolnienia z opłat do ZUS, wsparcie w zatrudnianiu pracowników. Można byłoby zmienić też system sądownictwa tak, żeby sprawy gospodarcze nie zalegały tam latami. Dla młodego biznesmena kilkuletni spór sądowy to zabójstwo. Przydałoby się stworzyć instytucję prawną, która zapewniłaby bezpieczeństwo. Jak na razie najlepszym tworem jest dla innowatora spółka z o.o., ale koszty jej prowadzenia są ogromne - podkreśla innowator. - Dopiero gdy skończyłem budować swoje przedsiębiorstwo, uświadomiłem sobie, jak długą i trudną drogę pokonałem - stwierdza.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Mieszkam za granica i jedyne źródlo wiedzy jesli chodzi o mojego psiaka to internet, zawsze szukalam informacji na forach internetowych ale to zajmowalo wiele czasu i nie zawsze znajdowalam tam odpowiedz. Od kiedy trafilam na stronke o ktorej wyzej mowa e-lecznica.pl nie musze juz spedzac tyle czasu na kompie fajnie ze na stronce jest opcja dopasowania objawow naszych pupili do chorob jak i wiele innych pomocnych informacji. Pzdr.
    już oceniałe(a)ś
    7
    3
    Panie Dłuabk...to wszytko pięknie brzmi,ale niestety wiekszosc nie funkcjonuje tak jak powinna.Czy ktos posiada e-ksiazeczke ?????
    już oceniałe(a)ś
    3
    2