Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pewnie nieraz widzieliście taki obrazek: mała dziewczynka prowadzi wielkiego konia. Czy nie dziwi was, dlaczego to duże, ważące ponad 500 kg, zwierzę daje się prowadzić dziecku?

Jestem koniarzem od ponad 30 lat i długo się nad tym nie zastanawiałem. Tak samo jak moi znajomi i przyjaciele, jak pewnie wszyscy, którzy z końmi mają do czynienia. Dlaczego? Bo przywykliśmy, że tak po prostu jest, że konie są zawsze z nami i my za nie decydujemy. Regularnie wyprowadzamy je z boksów: na pastwiska, do weterynarza, do kowala, na jazdę. Taka jest nasza codzienność. A przecież wiemy, że koń nie jest z natury uległy, nie szuka opieki człowieka. Wręcz przeciwnie. Gdy oglądamy wolne dzikie mustangi i programy przygotowujące je do adopcji, widzimy ich rozpaczliwą walkę o odzyskanie wolności. Zawsze jednak kończy się porażką koni. Najdziksze chodzą po jakimś czasie posłusznie pod siodłem. A wydawałoby się, że raczej zginą, niż dadzą się okiełznać. Co takiego w stosunkowo krótkim czasie dzieje się z ich psychiką, że idą na wierną służbę człowiekowi?

Konie trudne i łatwe

Konie starych ras mają opinię najtrudniejszych. Achałtekińce, starsze od arabów, bywają krnąbrne, złośliwe, potrafią zaatakować człowieka. Są szczególnie nieufne wobec obcych. Tak samo jak konie kaukaskich Czerkiesów, czyli konie kabardyńskie. Hodowcy, miłośnicy i znawcy podkreślają ich szczególny charakter, mówiąc, że stają się partnerem dopiero wtedy, gdy poznają człowieka i zaufają mu. Achałtekińce i konie kabardyńskie cechują twardość charakteru i większa doza niezależności. Mimo to te stare rasy funkcjonują z powodzeniem do dziś.

Na drugim biegunie jest wiele ras mających opinie przyjaznych człowiekowi, jak amerykański quarter horse, kuc walijski czy irlandzki cob, któremu przypisuje się poczucie humoru, co jest już oznaką wyższej inteligencji.

Kto pracował z hucułami, szetlandami albo konikami polskimi, dorzuci jeszcze jedną grupę koni - bardzo nieszkodliwych do momentu, gdy się od nich zacznie wymagać więcej. To konie ras prymitywnych, doskonale radzących sobie w najtrudniejszych warunkach. Ale kiedy przekroczy się granice ich uległości wobec człowieka, przechodzą metamorfozę. Próba wymuszenia od nich czegoś na siłę może skończyć się agresywną reakcją zwierzęcia, wręcz niebezpieczną dla człowieka.

Eksperyment Bielajewa

Dlaczego dziś konie tak łatwo ulegają naszym poleceniom, zapytałem etologa prof. Tadeusza Jezierskiego, który swego czasu badał koniki polskie w Popielnie. - To robota człowieka - odpowiedział profesor i przypomniał słynny eksperyment na lisach. W roku 1950 rosyjski uczony prof. Dymitr Bielajew postanowił odtworzyć na Syberii proces udomowienia psa. Spośród dzikich srebrnych lisów wybierał do hodowli te najbardziej uległe. Nie zajmował się ich oswajaniem ani tresurą. Chciał jedynie zbadać mechanizm naturalnej selekcji. Już w dziesiątym pokoleniu 18 proc. lisów było udomowionych. W dwudziestym - dwa razy więcej.

Dzisiaj, po 60 latach od rozpoczęcia eksperymentu, 80 proc. tych zwierząt jest przyjazne ludziom. Lisy Bielajewa przestały być strachliwe, a stały się ciekawskie. Zaczęły wydzielać mniej adrenaliny niż ich dzicy bracia, a więcej poprawiającej nastrój serotoniny. I co chyba najciekawsze w tym eksperymencie - zaczęły zmieniać się zewnętrznie. Z pokolenia na pokolenie psiały. Rodziło się coraz więcej osobników z zakręconymi ogonami, oklapniętymi uszami, nowych maści, a także różnych rozmiarów - większych i mniejszych niż osobniki dzikie.

Koń wyselekcjonowany Człowiek udomowił psy około 14-15 tys. lat temu. Konie - dużo później. Kiedy dokładnie? Nie wiadomo. Najnowsze badania wskazują, że już ok. 5,5 tys. lat temu w jednej z kultur na terenie dzisiejszego Kazachstanu konie były użytkowane pod siodłem. Ale udomowiono je prawdopodobnie jeszcze wcześniej, gdzieś na stepach pomiędzy Kazachstanem a Ukrainą.

Dzięki koniom wymiana myśli stawała się szybsza, armie mogły przemierzać kontynenty, rozwijała się cywilizacja. Jednocześnie człowiek wciąż prowadził selekcję hodowlaną pod swoje potrzeby. Jego ingerencja eliminowała osobniki niedające się ujarzmić, z zachowaniem jednak do celów militarnych koni odważnych i zadziornych. Takich jak wspomniane wcześniej achałtekińce - konie ludów wojowniczych.

Jak niezależne i dzikie mogły być niegdyś konie, widać po zachowaniach koni Przewalskiego. W Rosji próbowano wykorzystać je do pracy pod siodłem, ale tylko w jednostkowych przypadkach udało się ich dosiąść. Uczestnicy ekspedycji ściągających je z Azji Środkowej do europejskich ogrodów zoologicznych wspominali o odwadze ogierów, które broniąc swoich haremów, dzielnie rzucały się na łowców. Urodzone w niewoli konie Przewalskiego udawało się co prawda wykorzystywać do zaprzęgów w zoo, ale mogły to nie być czyste egzemplarze tego gatunku. Przecież gdy tylko miejscowe ludy zorientowały się, że przybysze z Europy dobrze płacą za dzikie konie, wciskały im swoje, podobne do koni Przewalskiego, lecz łagodniejsze.

Prof. Tadeusz Jezierski obserwował w Popielnie krzyżówkę konika polskiego z koniem Przewalskiego. Źrebak zachowywał się zupełnie inaczej niż reszta stada. Na widok człowieka tak kłapał pyskiem w odruchu przerażenia, że było go słychać z daleka. Nie dawał do siebie podejść. Rozpaczliwie chował się za matkę, był zdecydowanie bardziej nieufny niż pozostałe zwierzęta w stadzie.

Z drugiej strony znane są opisy niezwykłej wręcz współpracy konia z człowiekiem. Pod koniec lat 70. ubiegłego wieku dr Krzysztof Skorupski, trener i znawca końskiej psychiki, publikował "Koniu Polskim" swoje obserwacje z ZSRR. Opisał między innymi takie zjawisko: gdy ogier widzi, że pilnujący stada jeźdźcy odganiają zwierzęta od zasiewów, przyłącza się do pomocy ludziom. Tak samo, naśladując zachowania ludzkie, wgania klacze do specjalnego ogrodzenia, gdzie się je doi, by zrobić kumys.

To już jednak nie są wnioski z obserwacji dzikich koni, bo takich praktycznie dziś nie ma. Z końmi zdziczałymi mamy do czynienia bardzo rzadko, częściej spotkać można hodowane na wolności. Te dają się stosunkowo łatwo ułożyć, bo człowiek wyeliminował z hodowli osobniki najbardziej niezależne. Udomowionego konia od jego dzikich przodków dzieli już parę tysięcy lat obcowania z ludźmi. Podobnie jak dzisiejsze psy od wilków. Ale czemu konie w ogóle na to pozwoliły? W końcu nie wszystkie dzikie zwierzęta dały się udomowić. Odpowiedzi należy chyba szukać w strukturze końskiego stada i poszanowaniu hierarchii.

Obserwacje prof. Tadeusza Jezierskiego

Propagowana przez naturalistów (ruch naturalnego jeździectwa stał się popularny w USA pod koniec XX w. i coraz bardziej wpływa na jeździectwo klasyczne) wiedza o strukturze końskiego stada za jego przewodniczkę uznaje najbardziej doświadczoną klacz. Moje obserwacje nie pozwalały mi jednak uznać tego twierdzenia za pewnik. Zapytałem więc profesora Tadeusza Jezierskiego wprost: - Kto rządzi końskim stadem? - Profesor odpowiedział, że to zależy od sytuacji: - Kto inny decyduje o kierunku przemieszczania się stada, kto inny aktywizuje się, gdy idzie o dostęp do ograniczonego zasobu (wody lub jedzenia), a jeszcze kto inny, gdy stado staje w obliczu niebezpieczeństwa.

Prof. Jezierski przez 320 dni obserwował stado kilku koni w Instytucie Genetyki i Hodowli Zwierząt PAN w Jastrzębcu pod Warszawą. Codziennie rano sprawdzał, w jakiej kolejności wychodzą one na padok, w jakiej kolejności wracają i co się dzieje, gdy na drodze stada pojawia się coś nieznanego, potencjalnie mu zagrażającego. Okazało się, że inny koń wyprowadzał stawkę w nieznane, czyli na przykład z bezpiecznej stajni na padok; inny prowadził grupę na południowe karmienie, a jeszcze inny - zawsze ten sam - był niejako delegowany przez pozostałe, by ocenić zagrożenie. Ten szedł zawsze trzeci w kolejności. Taki porządek w stadzie nie był stały, zmieniał się w ciągu roku. Burzył go na przykład przychodzący na czas krycia klaczy ogier albo wewnętrzne utarczki w grupie. Podsumowując obserwacje naukowca: w naturze ogier tworzy harem i pilnuje jego spoistości. I w tym sensie rządzi grupą. Natomiast o kierunku ruchu grupy decyduje doświadczona klacz. Czyli i ona ma swój zakres władzy.

Obserwacje amerykańskiego kowala

Jaime Jackson, kowal z Nevady, przyglądał się wolnym mustangom. W 2003 r. ukazał się na polskim rynku przekład jego książki pt. "Prawdziwy świat koni". Jaime dosyć dokładnie opisał w niej strukturę końskiego stada. Zauważył, że ogiery tworzą haremy liczące do sześciu klaczy i poszczególne tabuny wędrują osobno, w znacznej odległości od siebie. Gdy pojawia się niebezpieczeństwo, łączą się w wielkie stado pod wodzą jednego samca, którego przywództwo reszta uznaje bez szemrania. To za jego haremem, w odpowiedniej odległości, podąża stado kawalerów. Ono również ma swoją wewnętrzną hierarchię.

Część ogierów próbuje przejąć klacze innych, część wkrótce się poddaje, a inne w ogóle nie są zainteresowane kobyłami. Jackson pisze, że klacz przewodniczka jest często faworytą dominującego ogiera, że niejako we dwójkę rządzą tabunem. Ten pogląd wydał mi się niezwykle interesujący, bo tak jest w stadach wilków. Choć konie i wilki różni wiele (choćby to, że te pierwsze to ofiary, a drugie to zwierzęta drapieżne), cechą wspólną obu tych gatunków jest życie w zhierarchizowanym stadzie.

Jackson dla pokazania porządku w końskim tabunie odwołuje się do nomenklatury wojskowej. Według niego społeczność koni składa się z pułkownika (to klacz dominująca), poruczników (jej sojuszniczek) i szeregowców.

Obserwacje polskiego dziennikarza

Od ponad dziesięciu lat zgłębiam techniki jeździectwa naturalnego zwanego potocznie naturalem, który uzupełnia szkołę klasyczną. Zawdzięczam mu niewątpliwie nowy impuls jeździecki. Zacząłem więcej uwagi poświęcać psychologii konia, jego postrzeganiu świata i wreszcie - zacząłem obserwować zachowania koni w naturze, w półdziko hodowanym stadzie.

W Zachodniopomorskiem między Połczynem-Zdrojem a Złocieńcem Marek Serafin na 1300 ha hoduje ok. 300 koni bez stajni, przez cały rok pod gołym niebem. Jest to prawdziwe laboratorium dla koniarza - idealne miejsce do prowadzenia obserwacji. Czemu? Bo w naturze nie ma takiego zagęszczenia tabunów. Zjawiska, na które trzeba by polować całymi tygodniami w rozległej prerii, tu występują w skali niespotykanej w przyrodzie.

Konie wypasane są na kilkudziesięciohektarowych kwartałach ogrodzonych elektrycznym pastuchem. Tylko zimą dokarmia się je sianem. Ale co bardzo ciekawe, zawsze w okolicach 10 kwietnia konie z dnia na dzień same z siebie przestają jeść suchą trawę. Wolą korzonki spod ziemi lub korę drzew.

Ja miałem to szczęście, że obserwowałem stado na początku maja, kiedy w najlepsze trwał okres rozpłodowy. Świeżo wyźrebione klacze miały pierwsze ruje. Do stada ok. 100 klaczy właściciel wpuścił cztery ogiery czołowe. Zaledwie podzieliły się kobyłami po ostrej walce, kiedy pojawili się kolejni czterej konkurenci. Byli to uciekinierzy ze stworzonego parę tygodni wcześniej stada ogierów (co wiosnę trzeba izolować dorosłe samce, bo tak brutalnie się tłuką, że tratują źrebaki). Kiedy przybyło czterech nowych watażków, walki rozgorzały na nowo. Ledwo ukształtowane struktury posypały się w gruzy. Gdy pośród wielkiej grupy nie wiadomo czyich klaczy ganiały się dwa ogiery - Siwy i Kary, trzeci o imieniu Marley podkradał im kobyły. Wyskakiwał z krzaków i zaganiał je do swojego tabunu.

Gdy po godzinie zmagań ogiery Siwy i Kary wreszcie podzieliły między siebie klacze, odeszły na dwa przeciwległe pagórki. I nagle, ni stąd, ni zowąd, z tych wzniesień runęły na siebie. Byłem ciekaw, który pierwszy ustąpi, ale żaden nie zamierzał przegrać. Gruchnęły więc o siebie klatami z tak ogromną determinacją, że oba je wyniosło do góry. Niezapomniany widok. To mogła być walka na śmierć i życie, bo ogiery były sobie równe pod względem siły i wielkości.

Nowy porządek

Gdy wokół trwały walki, jeden tabun usytuowany pośrodku innych pozostawał poza konfliktem. To wokół niego grupowały się pozostałe. Herkules, jego pan i władca, najspokojniej w świecie zajmował się kryciem klaczy. W tym czasie żaden ogier nie próbował odebrać mu kobył. Tę szczególną sytuację Herkulesa zrozumiałem dopiero przy następnej wizycie. Również tym razem jego tabun był w miejscu centralnym. Uświadomiłem sobie, że najprawdopodobniej to on jest tym najważniejszym członkiem stada, którego autorytet uznają pozostali - tym przypadkiem wodza wodzów przejmującego władzę w chwili szczególnej, o którym wspomina Jaime Jackson.

Ani razu nie zauważyłem, żeby snujący się za haremem Herkulesa kawalerowie próbowali zbliżyć się do jego klaczy. A przymiarki do kradzieży kobył z innych tabunów robili co jakiś czas. Przy następnych wizytach sprawdzę, czy w bezpośrednim otoczeniu najsilniejszego przebywają najsłabsi. Tak dzieje się często. W stadzie ogierów (kilkadziesiąt kilometrów dalej) widziałem, że najlichszy koń stale pasł się w towarzystwie absolutnego dominanta, gdy tymczasem cała reszta trzymała się w oddali.

Kiedy przyjechałem na obserwacje już po okresie rozpłodowym, haremy były ukonstytuowane i uspokojone. Herkules nadal był w centrum, a tuż obok jego klaczy pasły się kobyły Gniadego i Karego. Momentami stadka się nawet przenikały. Od czasu do czasu ogiery leniwie porządkowały grupę, żeby przypomnieć, kto do kogo należy. Zachowywały się jak dojrzali mężczyźni z długim stażem małżeńskim z żonami na wspólnych wakacjach.

Na krańcach pastwiska nerwowo kręciły się te, którym udało się stworzyć pierwsze haremy. Byli to kolejni uciekinierzy ze stada. Ci zazdrośnie strzegli swoich zdobyczy. Łypali na mnie złym okiem, gdy podchodziłem za blisko. Zrobiłem eksperyment: zacząłem udawać, że chcę uprowadzić dwie kobyły Kasztanowi. Ja próbowałem przegonić je w inne miejsce, on je blokował. Miotały się bezradnie między nami. Oczywiście przegrałem. Kasztan był zdeterminowany i wściekły na mnie.

Najmniejszy stan posiadania miał Rudy. Zdobył tylko jedną, i to młodą, dwuletnią klaczkę. On też wyglądał na co najwyżej pięciolatka. Miał fart - normalnie tak młode ogiery nie mają szans na założenie haremu. Udało mu się, bo starsi koledzy nie mieli tyle odwagi i fantazji co on, by uciec ze stada i szukać szansy na założenie swojej rodziny. Rudy stacjonował więc ze swoją wybranką na obrzeżach kwartału. Jak najdalej od innych - tak żeby nikt mu nie odebrał partnerki. Choć w tym czasie żaden doświadczony ogier nie był tym żywo zainteresowany.

Płeć piękna i silna

Gdy patrzyłem na jedną klacz Rudego i dwie Kasztana, przyszła mi do głowy myśl. Ich pierwsze partnerki to prawdopodobnie kandydatki na przyszłe przewodniczki tabunu - te faworyty, o których mówił Jackson. Jeśli tylko ogierom dane będzie w przyszłym roku kontynuować swoje przewodzenie. To, niestety, nie od nich zależy (jak zależałoby w dzikiej naturze), lecz od człowieka. W małej rodzinie Kasztana widać było, że rządzi jedna z żon, druga jest podporządkowana. Jeżeli jemu czy Rudemu nie uda się powiększyć stanu posiadania, to parę lat mogą funkcjonować w tej samej, obecnej konfiguracji. Takie utrzymywanie status quo dłużej niż jeden sezon zdarza się często. Rok temu urodziwy Jumper miał tylko jedną żonę (i dwójkę dzieci), bo przez dwa lata nie udało mu się zdobyć kolejnej.

Z kolei w licznym stadzie Gniadego obserwowałem obecną przywódczynię. Widać było, że to klacz starsza i z ogromnym autorytetem. Zachowania tego stada bywały wręcz modelowe. Gdy ona ruszała, w pół konia za nią szły dwie mocne klacze, jej pretorianki. Gniady poganiał maruderów. Kiedy młodzież nie trzymała kierunku, on go korygował i nadawał ten sam, w którym podążała przywódczyni. Doskonale panował nad spoistością grupy. Ale bywał też liberalny, pozwalał młodym klaczkom odejść dalej. Jednak natychmiast reagował, gdy widział, że kawalerowie ostrzą sobie na nie zęby. Przeganiał absztyfikantów, a młodzież zabierał do domu.

Porządek w stadzie utrzymywały pretorianki. One pilnowały szefowej i wymierzały sprawiedliwość.

Być może okres moich obserwacji był za krótki, ale u samej przywódczyni nie zauważyłem żadnych agresywnych zachowań. Chwilami miałem wrażenie, że to wręcz pretorianki decydują o pozycji szefowej i że robią to właściwie we własnym interesie. Po prostu stawiają na doświadczenie mądrej przywódczyni. One też były wyraźnie dojrzałe, więc reszta klaczy wydawała się zadowolona z takiego rozwiązania. Same nie musiały się niczym martwić.

Dlaczego konie dają się ułożyć?

Hierarchia stada jest czytelna i ustalona, ale i dynamiczna. Każdy wie, gdzie jest jego miejsce, ale niektóre konie ciągle marzą o lepszej pozycji. Jest dyscyplina, są kary, jest wymuszanie posłuszeństwa, ale nie ma terroru. Widziałem, jak klacze stawiają się ogierowi i pretoriankom, a młodzież bywa krnąbrna i próbuje łazić własnymi ścieżkami. Osobniki niżej sytuowane potrafią postawić się tym ważniejszym i nie zawsze są za to karane. Jednostka ma więc swój margines wolności. Ale wartością nadrzędną jest stado i każdy koń chce w nim być.

Co niezmiernie ważne, te zwierzęta potrafią wspaniale ze sobą współpracować. Muszą, bo są na współpracę skazane od urodzenia. W końcu to matka decyduje, gdzie idzie źrebak. Dlatego później dorosły ogier alfa bez zmrużenia oka akceptuje kierunek wędrówki stada wyznaczony przez główną klacz. Ale gdy w jakiś sposób zagrożony jest jego harem, żaden inny koń w stadzie nie ma już nic do powiedzenia. Rządzi tylko przywódca i robi to w sposób bardzo zdecydowany.

I tu leży klucz do zrozumienia fenomenu łatwego zniewalania koni. Dają się stosunkowo spokojnie ułożyć, bo człowiek wykorzystał ich naturalne poszanowanie hierarchii stada i umiejętność współpracy. Eliminując osobniki najbardziej niezależne, poszerzył terytorium swoich wpływów, wszedł w przestrzeń relacji między końmi. Najsilniejszą zaś jego bronią było zdecydowanie. Konie je doskonale czują i chętnie - dla własnej wygody i bezpieczeństwa - akceptują. Tym bardziej że człowiek nie jest już dla nich taki obcy. W końcu od tysięcy lat żyjemy razem.

PS. Obserwacje tego stada będę prowadził przez cały rok, w różnych jego porach. Więcej na dziennikarzizaklinacze.blox.pl.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.