Gdyby kosmici wylądowali na ziemi i zapytali, czym jest to słynne guilty pleasure, wystarczy pokazać im pierwszy odcinek tej produkcji.

To serial, którego nie znajdziecie w zestawieniach najlepszych produkcji roku. Nie zrobi też w telewizji rewolucji. A najwspanialsze jest to, że wcale nie próbuje.

Melodramatyczny do bólu, gra na emocjach jak Chopin na swoim pleyelu. Gdyby kosmici wylądowali na Ziemi i zapytali, czym jest to słynne guilty pleasure, wystarczy pokazać im pierwszy odcinek tej produkcji. Albo samą czołówkę. Zrozumieją bez pudła.

Koreańskie "Marry My Husband" (Prime Video) to serialowy ekwiwalent spożywczego erzacu: nie ma specjalnej wartości, ale daje satysfakcję i poprawia humor. Trzeba tylko przymknąć oko. Na co? Na bombastyczny banał, afektowane dialogi i sporo zwolnionego tempa. Tylko tak można "Marry My Husband" obejrzeć bez zgrzytania zębami. 

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.

Marcin Ręczmin poleca
Czytaj teraz

Przydatne linki

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem