Śmiech

Jest 2 stycznia. Wracamy przez Rabkę i przez te wszystkie górskie kurorty, a zima jest piękna tego roku. Dochodzi osiemnasta, w domach zapalają się lampy, z kominów bucha dym, z ust para. W oddali widać oświetlone stoki narciarskie, księżyc jest w pełni. Czarny ford z naszą piątką pruje przez lodowate powietrze.

W radiu puścili właśnie "Kryzysową narzeczoną". Kierowca - rześki emeryt o twarzy jak bułeczka - zaczyna podśpiewywać, przechylając się do pilotującej trasę czterdziestolatki o wytatuowanych brwiach i skórze koloru kurczaka z rożna. To nasi szmalcownicy. Za przewóz jednej dziewczyny w ciąży biorą 250 złotych, a za osobę jej towarzyszącą 100. Za nas dostali 600, bo Karolina jedzie jako osoba towarzysząca Oli, a ja jestem sama. Kurczak i Bułeczka noszą czapki mocno naciągnięte na czoła i starają się do nas w ogóle nie odzywać, zwłaszcza w pomieszczeniach. Prawdopodobnie boją się, że mogą zostać nagrani i p a ś ć o f i a r ą p r o w o k a c j i. Na pytania odpowiadają więc krótko albo wcale.

- Jak długo będzie trwał zabieg?

- Z kwadrans.

- A po zabiegu ile będziemy leżeć w szpitalu?

- To się zobaczy.

Szept i wrzask

Pierwsze, co postanawiam po powrocie ze Słowacji, to nauczyć się mówić o aborcji bez ściszania głosu: koleżance, szefowej, rodzinie.

Każda dorosła Polka słyszała prawdopodobnie chociaż jedną historię o nielegalnej aborcji albo ma własną. Te opowieści łączą się w nieskończoną narrację snutą milionami ściszonych głosów. Gdyby połączyć szepty wszystkich kobiet opowiadających sobie nawzajem o aborcji, rozległby się wrzask.

***

Co prawda nie pojawiły się jeszcze wiadomości dotyczące noworodków zabitych w ostatnim miesiącu, ale pewne są za to prognozy na najbliższe tygodnie: zima znów będzie tego roku piękna.

 

Cały reportaż o aborcji w słowackiej klinice czytaj w czwartek w "Dużym Formacie"

 

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl