Ma pani piękną kolekcję protez: noga ze szkła, noga lampka, z gładkiego chromu albo taka zagadkowa z głośniczkami i pokrętłami. Która jest ulubiona?

- Żadna. Jako artystka szybko się nudzę. Ciągle myślę o następnej. Zabawa ciałem za pomocą protez to naturalne przedłużenie mody. Moje pochodzą z pracowni Sophie de Oliveiry Baraty. Ona odrzuciła koncepcję protezy jako imitacji natury. Tworzy atrakcyjne gadżety, które przykuwają wzrok i są środkiem na wyrażenie siebie.

Mnie najbardziej podoba się noga szpikulec. Kojarzy mi się z bionicznymi postaciami z komiksów, które mają na przykład hak zamiast dłoni. Nie mamy pewności, czy to jeszcze człowiek, czy... Trochę przerażające.

- Lubię grać na ekstremalnych emocjach. Moda, w moim przekonaniu, dotyka filozofii. W zależności, na którą część ciała położę akcent - czy niebotycznie poszerzę ramiona, czy spiętrzę fryzurę, wyszczuplę talię, wyeksponuję piersi czy też zamienię prawdziwą kończynę na sztuczną, człowiek, który stanie obok mnie, będzie czuł się inaczej. I ja sama będę się czuła zupełnie inaczej.

Czuje się pani silniejsza ze szpikulcem?

- Zdecydowanie. Ale nie w sensie niebezpieczna. Proteza szpikulec jest raczej spełnieniem moich fantazji na temat niebotycznych szpilek, o których zawsze marzyłam, a których długo nie mogłam nosić.

Kim była pani przed amputacją?

- Cechy charakteru miałam te same. Zawsze byłam silna i pewna siebie. Ale wychowywałam się w specyficznych warunkach, byłam prawie pozbawiona kontaktu z rówieśnikami, z rodziną. Nie nawiązywałam przyjaźni, nie chodziłam do szkoły. Większość czasu spędzałam w szpitalach.

Urodziła się pani w 1987 roku na Łotwie.

- Czyli w ZSRR. Podczas porodu lekarze uszkodzili mi lewą nogę. Potem próbowali ją naprawiać, wsadzili w gips, ale zbyt ciasny, w rezultacie uszkodzili nerwy. Noga przestała rosnąć. Gdy miałam sześć lat, była krótsza o sześć centymetrów. Między 6. a 12. rokiem życia przeszłam 15 operacji, raz na skutek błędu anestezjologa zapadłam w śmierć kliniczną. Operacje nic nie dały, noga była w coraz gorszym stanie.

Rodzice nie pozwali lekarzy do sądu?

- Nie było szans. Mama była mieszkanką Łotwy drugiej kategorii, bez obywatelstwa. Podobnie jak babcia - Polka z Białorusi, która przyjechała na Łotwę w czasie wojny, skomplikowana historia... Obie miały w dowodach wpisane "cudzoziemiec". Ja miałam obywatelstwo, bo mój tata był rosyjskojęzycznym Łotyszem. Nigdy nie byłam z nim blisko. Kiedy się urodziłam, wstąpił do marynarki wojennej. Nie był z nami w najtrudniejszym okresie. Mama pracowała jako fryzjerka, ja - gdy akurat nie leżałam w szpitalu - mieszkałam głównie z babcią emerytką. Żyło się bardzo skromnie.

Jak się udało pani być pewną siebie?

- Dzięki mamie, bardzo kochającej i wspierającej. Powtarzała mi, że jestem kimś wyjątkowym, i ja w to uwierzyłam. Myślę zresztą, że to, iż wzrastałam w izolacji, było paradoksalnie najlepszą rzeczą, jaka mi się przytrafiła.

W jakim sensie?

- Bo nie miałam wypranego mózgu, nie przesiąkłam sowiecką mentalnością, nikt mi nie wbijał do głowy, jak powinnam się zachowywać, co myśleć, do czego dążyć. Otoczenie było brutalne, ale tym łatwiej uciekałam w świat wyobraźni. Zamiast przygnębiać się rzeczywistością, wolałam wyobrażać sobie, jak piękna będzie przyszłość.

Jaka miała być?

- Taka jak w filmach hollywoodzkich i w teledyskach. Myślałam: to będę ja. Interesowała mnie muzyka, moda. Ludzie wokół załamywali ręce: co ty poczniesz, kto się z tobą ożeni? Babcia martwiła się: jaką ty, dziecko, znajdziesz pracę? Odpowiadałam: wymyślę sobie własną pracę.

Świat, do którego przeniosłam się w wieku lat 12 - Londyn, z nocnymi klubami, światem mody, muzyki - to był szok.

Dlaczego wyjechałyście?

- Mama dobrnęła do ściany. Na Łotwie nie czekała jej żadna przyszłość. Wiadomo było też, że nikt tu nie pomoże mojej nodze. Ojciec mieszkał już od kilku lat w Londynie. Powstał pomysł, że może rodzice mogliby wrócić do siebie. Ściągnął nas.

Dużo czasu zajęło, zanim się jakoś zainstalowałyśmy i zanim znaleziono szkołę dla mnie. Szkoła była koszmarem. Byłam prześladowana. Nie znałam dobrze angielskiego, kulałam, miałam zawsze ostry makijaż. Wytrzymałam tam rok. Kiedy odkryłam nocne życie Londynu, nic nie było mnie w stanie zatrzymać.

Więcej czytajcie w czwartek w "Dużym Formacie"!