Polub nas na Facebooku

- Z obsługą proszę - rzekł Bond. - Obsługa? Chciałbym zamówić śniadanie. Szklanka soku pomarańczowego, jajecznica na bekonie z trzech jajek, lekko wysmażona, podwójna kawa z ekspresu* ze śmietanką. Tost. Dżem**. Czy wszystko jasne?

Cóż, lepiej było nie pomylić zamówienia - w końcu na śniadanie czekał Bond. James Bond. Człowiek z licencją na zabijanie. A także - co wynika bardziej z powieści aniżeli ich filmowych ekranizacji - z nieźle rozwiniętym smakiem do dobrego jedzenia.

Zresztą ktoś, kto z taką precyzją składa swoje zamówienie na śniadanie, jak uczynił to James w "Żyj i pozwól umrzeć", raczej nie traktuje lekko kwestii swojego jedzenia - jeśli właśnie nie musi ratować świata przed żądnym mordu złoczyńcą

Bond zdaje się mieć do jajecznicy szczególną słabość i jada ją w wielu powieściach, czasem tylko bekon zastępując kiełbaskami. Musiał mieć też słabość do niej sam Fleming, który w opowiadaniu "007 w Nowym Jorku" z amerykańskiego wydania zbioru "Ośmiorniczka" podaje przepis na jajecznicę przyrządzaną przez sekretarkę z MI6, Leolię Ponsonby (na 4 osoby 12 jaj, 150-170 g masła - część dodanego tuż przed wydaniem gotowej jajecznicy, sól, pieprz; smażyć na miedzianej patelence, a do jajecznicy podać tosty i różowy szampan).

Jajecznica nie jawi się może jako szczyt kulinarnego wyrafinowania, ale na niej też Ian Fleming nie poprzestaje. Widać w tym zresztą spójność z całą kreacją agenta 007, którego otaczały budzące podziw, zachwyt, a może wręcz zazdrość atrybuty - luksusowe samochody i hotele, futurystyczne gadżety, podróże na drugi koniec świata, jachty, wyspy, samoloty. Ten styl widoczny jest również na talerzu. Kawior (m.in. podczas kolacji z Vesper w "Casino Royale"), homary czy rocznikowe szampany nie są dla Bonda czymś obcym. Nie gardzi także dobrym mięsem: jagnięcina (zamawia ją np. podczas kolacji z M jedzonej w swoim londyńskim klubie, po zjedzeniu uprzednio szparagów w sosie holenderskim) czy lekko jedynie obsmażone tournedos a la Rossini z sosem bearneńskim oraz dodatkiem w postaci serc karczochów.

Jagnięcina, steki, sola na maśle, francuskie sosy (tu warto wspomnieć, że według Bonda idealna kandydatka na żonę powinna umieć robić sos bearneński równie dobrze, co się kochać) to jednak klasyka - elegancka, acz nieco zachowawcza, by nie rzec - nudna. A takie przecież nie było życie Bonda. Kulinarny powiew egzotyki wnoszą do powieści Fleminga typowe dla danych miejsc dania, których superagent próbuje podczas swoich rozlicznych wojaży. Zdarza mu się więc jeść curry (50 lat temu zapewne nie było w Anglii tak powszechne jak obecnie i mogło uchodzić za coś egzotycznego), w "Żyj i pozwól umrzeć" w USA zajada się smażonym na głębokim tłuszczu kurczakiem w stylu Maryland, w "Pozdrowieniach z Rosji" w Turcji na śniadanie raczy się kremowym jogurtem podanym w miseczce z niebieskiej porcelany.

Co jadł i pił Agent 007? Jakie problemy z jego dieta miał polski tłumacz? Tego wszystkiego dowiecie się z sobotniego "Magazynu Świątecznego"

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl