Poniedziałek. Dominik pierwszy raz w życiu tak okłamał mamę. Powiedział, że idzie do szkoły, a nie poszedł. Przyznał się dopiero przy obiedzie. Anna, matka: - Mieliśmy tylko siebie, więc starałam się być dla syna matką, ojcem i przyjacielem. Jak kilka razy w podstawówce czy już w gimnazjum strasznie nie chciał iść, bo bał się klasówki, to mu pozwalałam. Siedział wtedy w domu i powtarzał lekcje. Szóstą klasę skończył przecież z czerwonym paskiem. W podstawówce wszystko mi mówił, jak go w klasie wyzywają, popychają. Jak coś z nauczycielami, to też. Już w podstawówce miał ciężko z chłopakami, chciałam go przenosić do równoległej klasy. Ale on: "Mama, ja honorowo skończę szkołę, dam radę". W gimnazjum bardziej się zamknął.

Wtorek. Dominik poszedł do szkoły, była chemia, pani zapowiedziała klasówkę na czwartek. Dostał w głowę kamieniem na przerwie. Wychowawczyni opatrzyła go, matce powiedziała, że "już wszystko zostało załagodzone, chłopcom kazała się pogodzić".

Środa. Po szkole wyszedł na rower. Ktoś wyrwał mu przednią lampę. Nie chciał powiedzieć, co się stało. Siedział długo przed komputerem, nie chciał iść spać. W końcu mama wyłączyła komputer. Siadła przy łóżku, "Dominiś, porozmawiamy?". "Daj mi spokój" - chłopiec odwraca się do ściany. Matka nie ciśnie.

(- Od dwóch tygodni czułam, że tam, w szkole, znowu się nasiliło, że muszę znowu iść do dyrekcji czy wychowawczyni - powie mi potem).

Czwartek. Dominik prosi, żeby mama pozwoliła mu nie iść do szkoły, boi się klasówki z chemii. Matka: - Krzyknęłam, że mógł wieczorem się uczyć, zamiast siedzieć przy komputerze, ale pozwoliłam. Mamy w blokach panią profesor z liceum, pomaga Dominikowi w chemii. Pomyślałam, że wyślę go do niej w sobotę i na następnej lekcji zaliczy.

Babcia Dominika: - On się potwornie bał pani od chemii. Jak wrócił po operacji z Warszawy (rozszczep wargi, siódmą operację w Instytucie Zdrowia Matki i Dziecka chłopiec przeszedł w pierwszej klasie gimnazjum), na pierwszej lekcji wezwała go do tablicy i wyzwała od głąbów. Groziła egzaminem komisyjnym, choć do końca roku były jeszcze dwa miesiące. A jak poszli całą grupą prosić, by wytłumaczyła jeszcze raz te reakcje, to powiedziała, że nie będzie powtarzać.

W czwartek Dominik zostaje w domu, mama idzie na ósmą do pracy, w ciucholandzie. Dominik upomina mamę SMS-em, żeby miała przy sobie telefon, bo wziął udział w konkursie w Radiu ZET i mogą do niej dzwonić. Z ciuchów wraca jak zawsze, o czternastej. Gotuje pomidorówkę, ulubioną Dominika. Chłopiec idzie po lody, siedzi cicho w pokoju. Matka: - Pisał i odpowiadał na jakieś SMS-y czy na tym Facebooku, nie wiem, nie znam się na tych komputerach. Intuicja nic mi nie podpowiedziała. Spokojnie na piątą wyszłam do drugiej pracy. Dorabiam w kurnikach. Z powrotem miałam być szósta trzydzieści.

W tym czasie Dominik dostaje SMS-y. Na pytanie koleżanki (sympatycznej), czy bał się przyjść na chemię, odpowiada: "Nie bałem się, tylko mi się nie chciało". Na to samo pytanie hejtera z klasy odpowiada: "Zobaczycie, kto jest najodważniejszy".

(...)

Lipiec, puste boisko, pusty rynek, nad rzeką pusto. Pusto w całym Bieżuniu. Nie widać dzieci, młodzieży. A przecież jest lato.

- Dzieciaki? Wakacje to przed tymi komputerami siedzą - mówią ci, których pytam.

Jeszcze po śmierci Dominika powstawały strony na Facebooku "Dominik Szymański - dobrze, że zdechł", "Pedał Dominik Szymański". "Wyższa szkoła wiązania sznurówek" - dopisał ktoś post. Koleżanka z klasy Dominika przypomniała jeden z ostatnich wpisów chłopca: "Ale mam już dosyć, chcem umrzeć". Próbowała go wtedy pocieszyć. Ale znaleźli się i tacy, co mu tego "chcem" nie darowali. Nawet po śmierci.

Co dorośli o tym wiedzą? Specjalistami od komputerów jest w Bieżuniu gimbaza.

"Dominik Szymański, lat 14, nie jest zerem" - takie kartki ustawiali ludzie w różnych miejscach Polski ze zniczami - Aleksandra Szyłło próbuje dowiedzieć się w Bieżuniu, dlaczego doszło do tej tragedii, czytajcie w czwartkowym "Dużym Formacie"

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl