Łukasz Galusek. Architekt i wydawca. Zajmuje się kulturą i sztuką Europy Środkowej, zwłaszcza związkami pomiędzy przestrzenią, pamięcią a tożsamością. Redaktor prowadzący kwartalnika "Herito". Pracuje w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie.

***

dr Michał Wiśniewski. Historyk architektury, kurator. Zajmuje się architekturą XX wieku w Polsce, przede wszystkim jej związkami z polityką. Pracuje na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie oraz w Międzynarodowym Centrum Kultury. Współtwórca fundacji Instytut Architektury, jeden z autorów wystawy "Figury niemożliwe" pokazanej w Pawilonie Polskim podczas Biennale Architektury w Wenecji w 2014 r.

Anna Kiedrzynek: Dlaczego przeszkadza panom słowo "blokowisko"?

Michał Wiśniewski: Bo ono utrwala w języku stygmatyzację takich miejsc. To paradoks, ponieważ stygmatyzując zespoły mieszkaniowe powstałe po wojnie, atakujemy samych siebie. Urbanizacja w Polsce odbyła się przede wszystkim w latach 60. i 70. Większość budynków, w których mieszkamy i pracujemy, wybudowano w tym czasie. Czy nam się to podoba czy nie, ta architektura jest częścią nas. Jednocześnie występujemy wobec niej z ogromnymi emocjami. Podczas prób jej opisu w latach 90. powstała emocjonalna mieszanka wybuchowa - była w niej niechęć, bo te budynki ściśle wiązały się w świadomości ludzi z minionym systemem, ale też coś, co nazywam odruchem obrazoburczym. To szczególny rodzaj satysfakcji płynący z tego, że można jakieś zjawisko przekreślić, zanegować, odrzucić. Na to nakładał się jeszcze mglisty, wyobrażony sen o przyszłości. O tym, że będzie inna niż te bloki. Nie chcę idealizować zespołów z wielkiej płyty, ale myślę, że jest coś toksycznego w bezwzględnym krytykowaniu miejsc, z których się wywodzimy.

Łukasz Galusek: Emocje są ogromne, a wiedza na temat tego, o czym mówimy, dość nikła. Blokowiska to część architektury polskiego modernizmu. Modernizm był z założenia językiem uniwersalnym, ale gdy przyjrzymy się różnym jego realizacjom w krajach Europy Środkowej, to z łatwością zauważymy lokalne odmienności. I nie chodzi tylko o dzieła wybitne, naznaczone twórczym piętnem wielkich osobowości. Choć zaczynając pracę nad aktualnym numerem kwartalnika "Herito", chcieliśmy się skupić właśnie na artystach modernizmu - aby pokazać, że w tym nurcie, niesłusznie posądzanym o bezosobowość, byli wielcy indywidualiści.

Nie chcieliśmy się koncentrować na blokach, bo na tym przykładzie trudniej byłoby pokazać zróżnicowanie. Ale wtedy pojawiła się na Facebooku strona "Bloki bloku wschodniego", na którą grupa przyjaciół wrzucała niepodpisane zdjęcia blokowisk z różnych miejsc naszej części Europy. Co się okazało? Że większość komentujących bez trudu odgadywała, gdzie zostały zrobione te fotografie. Wystarczyło chwilę pomyśleć: klimatyzatory wskazują na Macedonię, pasteloza na Polskę, spokojniejsze kolory na Czechy albo Słowację itd.

To jest przecież mechanizm, który niemal zawsze wartościujemy pozytywnie! Z przyjemnością oglądamy foldery biur podróży i nawet nie patrząc na podpisy, możemy rozróżnić: o, ten ryneczek to pewnie gdzieś we Włoszech, a na zdjęciu obok to na pewno Dalmacja. To samo można zastosować do tzw. blokowisk.

Które najczęściej są po prostu brzydkie. Nie czarujmy się.

M.W.: Te budynki mają dziś po 40, 50 lat i to jest dla nich moment krytyczny. Tak, zestarzały się i często w konsekwencji zbrzydły. W wielu przypadkach wymagają radykalnych decyzji. Stan, w którym wiele z nich się znajduje, prowokuje krytykujących do nonszalanckich, pospiesznych i niesprawiedliwych ocen. Naprawdę chciałbym zobaczyć, jak ktoś taki staje przed falowcem w Gdańsku i mówi ludziom: "Mieszkacie w strasznym miejscu, wasze mieszkania to balast przeszłości, który przypomina o tym, co najgorsze".

W ostatnich kilkunastu latach zainwestowano w te bloki ogromne pieniądze. Wymieniono instalacje ciepłownicze i gazownicze, a także niektóre elementy konstrukcyjne. W latach 90. odzywały się głosy wieszczące, że tego nie da się zrobić, bo wtedy bloki się rozpadną jak domki z kart. Nic takiego się nie stało i nie stanie.

Ł.G.: Czy uważa pani, że Koloseum jest ładne? Bo moim zdaniem jest wielkie, zniszczone i niezbyt piękne. To zresztą nie miał być obiekt piękny, tylko użyteczny. Sądzę, że sporo osób po chwili namysłu mogłoby się z tym zgodzić. A jednak, kiedy stajemy przed tymi ruinami, z reguły nie uruchamia się w nas mechanizm oceny. Ważniejsze staje się zrozumienie, czym właściwie one są, jaka jest ich historia, substancja, jaki kontekst im towarzyszy. Odruch obrazoburczy, o którym wspomniał wcześniej Michał, zostaje w zasadzie uniemożliwiony.

 

Całość czytaj jutro w "Wyborczej"

 

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl