Rozmowa z Andrzejem Chyrą, odtwórcą roli niewidomego nauczyciela Kacpra w filmie "Carte Blanche"

Małgorzata I. Niemczyńska: Tata nareszcie będzie zadowolony?

Andrzej Chyra: Mój ojciec rzeczywiście czasem pyta: "Nie mógłbyś w końcu zagrać porządnego człowieka?". Ci moi bohaterowie ciągle są jacyś złamani. Ale kilka pozytywnych ról jednak mam na koncie. No i sam nie wiem, czy bohater "Carte Blanche" jest tak jednoznacznie pozytywny.

Nauczyciel wychowawca, który ukrywa przed światem, że traci wzrok. Trudno go nazwać wzorem odpowiedzialności.

- OK, to nie jest może zagranie najczystsze. Przyjaciel Kacpra mówi mu wprost, że to narażanie innych na niebezpieczeństwo. Dla nas to niewyobrażalne, że świat mógłby nam nagle zacząć znikać sprzed oczu. Cała moralność, etyka idą w takiej sytuacji w kąt, zaczyna się walka o przetrwanie. Ale coś w inteligencji tej postaci sprawia, że jej działanie nie jest bezładne. Każda wpadka oznaczałaby dyskwalifikację, ale Kacper wszystko ma przemyślane. To bohater, któremu się kibicuje. Trzymałem za niego kciuki już wtedy, gdy po raz pierwszy czytałem scenariusz.

Ja się raczej cały film denerwowałam!

- Dlaczego?

Bałam się, że on w coś zaraz wejdzie, skądś spadnie, samochód go rozjedzie, albo - co gorsza - że komuś innemu stanie się przez niego krzywda.

- Pierwowzorem Kacpra jest nauczyciel z Lublina, Maciej Białek, który tracił wzrok przez blisko pięć lat. Akcja filmu rozgrywa się tymczasem na przestrzeni szkolnego semestru. Kacper ma mniej czasu, żeby się tej rzeczywistości nauczyć. Podobnie jak Maciek przyznaje się, kiedy już prawie nie widzi, ale jednak jest jeszcze w stanie wykuć litery z tablicy okulistycznej na pamięć, żeby zaliczyć badania okresowe. Chyba czuje wtedy, że osiągnął, co mógł, a teraz oddaje się w ręce innych. W filmie to symboliczny moment: jego klasa zdaje maturę. Jakoś go rozgrzeszam. A Maciek przez te pięć lat nauczył się funkcjonować na tyle dobrze, że pozwolono mu zostać w szkole. Zawsze był zresztą bardzo lubianym nauczycielem.

Fragment recenzji filmu "Carte Blanche" pióra Tadeusza Sobolewskiego

"Carte Blanche" - ZWIASTUN

Rok udawania całego życia

Znakomity Andrzej Chyra jakby w ogóle nie starał się grać niewidomego - a jednak chorobę dostrzegamy w jego oczach.

Dziś każde zjawisko artystyczne musi należeć do jakiejś kategorii, zostać zaszufladkowane. Karierę robi amerykański termin "feel-good movies" - kategoria nieostra, ale wyczuwalna. Chodzi o "filmy robiące nam dobrze", ale bez kiczu i reklamowej słodyczy. Do tej kategorii zaliczana jest "Carte blanche" Jacka Lusińskiego z Andrzejem Chyrą w roli ociemniałego nauczyciela.

Postać Kacpra ma rzeczywisty pierwowzór, ale ekranowa historia układa się w rodzaj przypowieści lub bajki. Bajka nie musi kłamać ani budzić podejrzliwości, że przecież "w rzeczywistości jest inaczej". Ma taką samą rację bytu jak krytyczna sztuka podejrzeń. Ale jej reguł polskie kino musi się dopiero uczyć. Wciąż mamy odruch zwalania całego zła na abstrakcję "ustroju". Tymczasem bajki mówią o czymś innym - o przemianie wewnętrznej. Nie trzeba wstydzić się tego "feel-good".

Wszystko zaczęło się od reportażu Małgorzaty Szlachetki w "Wyborczej" o Macieju Białku, nauczycielu historii z Lublina. Gdy zdiagnozowano u niego nieodwracalne barwnikowe zwyrodnienie siatkówki, tak bardzo obawiał się utraty zawodu, kontaktu z młodzieżą i pracy, że zataił informację o chorobie. Jego pole widzenia nieuchronnie się zmniejszało, a on przez kilka lat (w filmie - krócej) przychodził do szkoły, udając widzącego.

Stosował inteligentne wybiegi, rozwiewał podejrzenia. Swoje trasy znał na pamięć, uczniów też. Zdołał nawet przejść rutynowe badanie wzroku. Jego choroba długo była dla otoczenia niezauważalna. Gdy w końcu wyszła na jaw, posłużyła za argument na jego korzyść. Sprawdził się i mógł pozostać w szkole. Uczy nadal.

 

Reportaż Małgorzaty Szlachetki o Macieju Białku do przeczytania TUTAJ

Całą rozmowę z Andrzejem Chyrą oraz recenzję filmu "Carte Blanche" pióra Tadeusza Sobolewskiego czytaj jutro w "Wyborczej"

 

Zobacz też: Profesor Białek