Jedno jest pewne: jest ono tak silnie wpisane w nasz mózg i kulturę, że nie sposób go wytrzebić ani wychowaniem (no, może odrobinę się cywilizuje), ani systemem społecznym (socjalizm nie miał szans z psychologią). My po prostu musimy mieć. Pozbawieni rzeczy popadamy w depresję i bezsilność. Tracimy tożsamość i poczucie sprawstwa.

Czemu więc służy i skąd się bierze ów przymus posiadania? Zapraszam w podróż po świecie własności. Spotkacie tu i bogatych, i biednych, altruistów i egoistów, straszne dwulatki oraz rzeszę naukowców, która próbuje poukładać to wszystko w zgrabne teorie.

O tym, jak rodzi się i zmienia nasze poczucie posiadania, wiedzą już całkiem sporo. Uważają, że wszystko zaczyna się od ciała. Zaraz po urodzeniu to, że mamy jakieś ręce, nogi, twarz i szereg innych członków, nad którymi w mniej lub bardziej udany sposób możemy zapanować, nie jest dla nas wcale taki oczywisty. O tym, jak postrzegamy swoje ciało, decyduje jego mentalny schemat, który każdy z nas ma w mózgu. Nie jest on jednak nam dany "od nowości" - wykształca się powoli wskutek wrażeń zmysłowych, które pochodzą z wnętrza naszego organizmu, tak samo jak z jego mięśni, skóry i zmysłów.

Na początku XX wieku odkryto tam zwyczaj wymiany podarunków. - Polega to na tym - wyjaśnia prof. Małgorzata Szpakowska, antropolog kultury z Uniwersytetu Warszawskiego - że co roku mieszkańcy jednej wyspy wyruszają na inną w celu wymiany określonych przedmiotów. Pierwszym z nich jest naszyjnik wykonany z czerwonej muszli, który "podróżuje" po tzw. szlaku kula w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. W zamian za naszyjnik dostaje się naramiennik z białej muszli, który wędruje przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Wymiana na szlaku kula odbywa się w ściśle określonych odstępach czasu. Udział w kula biorą mieszkańcy wszystkich wysepek - dostają przedmiot, przechowują go przez chwilę i przekazują kolejnym osobom.

Wyprawy kula są naprawdę czasochłonne i wymagają dużego nakładu sił i środków. Jaki jest zatem cel wymieniania naszyjnika na naramiennik?

Więcej w piątek w "Gazecie Wyborczej"