Dowody na kreatywność prowincjonalnych muzyków czy może świadectwo ślepego posłuszeństwa konwencji? Różne rzeczy można wyczytać między wierszami "Narodowego spisu zespołów" Sobieli i Sikory i na pewno warto spróbować.

„Phi, to jak książka telefoniczna!" – wiele widziałem podobnych komentarzy, pogardliwych machnięć ręką na „Narodowy spis zespołów" Artura Sobieli i Tomasza Sikory. Owszem, to wypisz wymaluj książka telefoniczna, a więc rzecz absolutnie wspaniała. Niby tylko wyliczanka nazwisk i miejsc, a przecież kopalnia fascynujących informacji.

Dzieło niemożliwe, choć konieczne

„Narodowy spis zespołów" jest bardziej happeningiem niż literaturą (do czego wydawnictwo Ha!art zdążyło odbiorców swoich tytułów przyzwyczaić), bo czyta się tu właściwie tylko wstęp, resztę co najwyżej przegląda.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Napie...tor zrobił mi dzień :)
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Jeszcze Necrocanibalistic Vomitorium z Opola.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0