Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czasy PRL-u owiane są nieco mroczną aurą. Dochodziło wtedy do koszmarnych zbrodni, a seryjni mordercy czasem kilkanaście lat pozostawali na wolności, pozostając nieuchwytnymi dla milicjantów. – Śledczym brakowało odpowiednich narzędzi do tropienia takich zbrodni. Nie było technologii, nie było tych wszystkich systemów, zautomatyzowanych baz danych, które dzisiaj są tak bardzo pomocne – mówi Marcin Myszka, YouTuber i podcaster, autor „Kryminatorium", jeden z ekspertów w serii CBS Reality „Kryminalne śledztwa PRL".

Od domu do domu

Marcin Myszka, podcasterMarcin Myszka, podcaster 

Technika kryminalistyczna była na innym etapie niż obecnie. Milicjanci nie dysponowali telefonami komórkowymi, nie mogli skorzystać z internetu, nie było kamer, badania DNA raczkowały. Mówiło się, że metodą do opisywania zbrodni była linijka i odciski palców. Praca dochodzeniowa była żmudna, tropy często mylące, a mordercy zuchwali. – Największa praca polegała na tym, aby krążyć od domu do domu, pytać świadków, sąsiadów, starać się dotrzeć do informacji. Milicjanci mieli też swoje zaprzyjaźnione osoby, z którymi się kontaktowali i od których zdobywali wiele danych. Często zdarzało się, że sprawca zabierał ofierze drogocenny przedmiot i później próbował go sprzedać. W takich sytuacjach funkcjonariusze szukali tych fantów na rynkach, próbowali dotrzeć do osób, które handlują kradzionymi towarami, aby na tej podstawie uzyskać jakiekolwiek informacje – wyjaśnia Marcin Myszka.

Prasa czasem ostatnią deską ratunku

Nawet jeśli śledczym udało się dostać do dyspozycji jakikolwiek sprzęt, to brakowało technologii, które pozwalały na ich odpowiednie wykorzystanie. Tak było w przypadku wariografu. Urządzenia dostępne w PRL-u wykrywały emocje podczas zeznań i wysiłek intelektualny, jednak brakowało komputerów, które w zaawansowany sposób mogły te dane zanalizować. Wariografu użyto w 1977 roku na Śląsku w sprawie Joachima Knychały, „wampira z Bytomia". Przebadano nim ponad 800 osób – to pierwsze w Polsce i jak dotąd jedyne tak duże badanie eliminacyjne. Nie udało się jednak za jego pośrednictwem wskazać sprawcy.

W wybranych przypadkach pomocą służyła śledczym też prasa. – Nie było takiej sytuacji jak dzisiaj, że jeżeli dziennikarz „zwęszył" temat, to od razu próbował go nagłośnić. Musimy pamiętać, że w owych czasach panowała w Polsce cenzura i nie było tradycji dzielenia się informacjami z opinią publiczną. Była swego rodzaju współpraca między milicją a dziennikarzami, ale tylko wtedy, gdy milicjanci naprawdę chcieli dotrzeć do świadków. Wtedy kontaktowano się z mediami. I niejednokrotnie to okazywało się pomocne – twierdzi Marcin Myszka.

Kryminalne śledztwa PRL CBS RealityKryminalne śledztwa PRL CBS Reality 

Przypomina sprawę Kazimierza Polusa z Poznania, pedofila i seryjnego mordercy. – W przypadku tego śledztwa milicjanci zdecydowali się opublikować w prasie zdjęcie odciętej głowy zamordowanego mężczyzny. Dzięki temu udało się zidentyfikować ofiarę, a potem schwycić sprawcę. Media na pewno były pomocne, tylko trzeba było wiedzieć, jak z ich pomocy korzystać. Sprawa wampira z Zagłębia, do której wraca CBS Reality w serii „Kryminalne śledztwa PRL", pokazuje, że zainteresowanie dziennikarzy może też trochę przeszkadzać. Po opublikowanym ogłoszeniu w prasie zgłosiła się cała rzesza potencjalnych świadków, którzy sprowadzali śledczych na błędny trop, ale mogło to wynikać z zaoferowanej nagrody finansowej – przypomina Marcin Myszka.

Braki w kadrach

Śledczym w okresie PRL-u brakowało nie tylko sprzętu. Problemem był też brak kadr. – Do spraw najgłośniejszych zabójstw zazwyczaj oddelegowywanych było więcej osób. Te sprawy miały priorytet. Ale jeśli więcej milicjantów byłoby dostępnych w tym czasie, to na pewno byłoby łatwiej i szybciej dotrzeć do sprawców – twierdzi Marcin Myszka. Przypomina jednak, że nie tylko zabójstwami się wówczas zajmowano. – Przestępstwa w PRL-u to przede wszystkim napady, rozboje i kradzieże. Trzeba było umiejętnie podzielić role funkcjonariuszy. Patrząc z perspektywy czasu, wydaje mi się, że milicjanci robili naprawdę dobrą robotę. Gdy przeglądam stare akta, to jestem w szoku widząc, jak dokładnie i starannie przygotowane były dokumenty. Niezwykle precyzyjne rysunki, szkice techniczne, a opisy zapisane ręcznie lub wystukane na maszynie. Na pewno była to żmudna i trudna praca – twierdzi podcaster.

Sprawy polityczne priorytetem

Roman Hula, były komendant główny PolicjiRoman Hula, były komendant główny Policji 

Śledczym najtrudniej było w latach 80., podczas zmian ustrojowych. Wszystkie siły zostały rzucone wtedy do spraw politycznych. „Od 1980 roku grupy operacyjne przy sprawach zabójstw przestały istnieć. Jak ogłoszono stan wojenny, to nic nie funkcjonowało. Jeśli chodzi o środki techniki operacyjnej, to, szczerze powiedziawszy, nie mieliśmy nic. Jeżeli coś było, np. podsłuchy, to tylko do dyspozycji służb bezpieczeństwa, bo to było najważniejsze" – opowiada w jednym z odcinków serialu dokumentalnego „Kryminalne śledztwa PRL" Roman Hula, późniejszy komendant główny Policji, który pracował przy sprawie Joachima Knychały, „wampira z Bytomia".

Blady strach

Kryminalne śledztwa PRL CBS RealityKryminalne śledztwa PRL CBS Reality 

Wielu seryjnym mordercom udawało się przez lata unikać odpowiedzialności. To powodowało, że wśród mieszkańców narastał strach. – W sprawie Pawła Tuchlina, który na koncie miał w sumie dziewięć morderstw i jeszcze więcej usiłowań zabójstw i do którego historii w jednym z odcinków wraca program „Kryminalne śledztwa PRL", strach mieszkańców narastał z miesiąca na miesiąc. Szczególnie kobiety obawiały się o własne życie. Partnerzy, ojcowie, przyjaciele odprowadzali je na przystanek czy do pracy - więc tak, panowała psychoza. W przypadku Kazimierza Polusa z Poznania strachu właściwie nie było, bo mężczyzna został schwytany w takich okolicznościach, że społeczeństwo nie wiedziało, jak groźnym jest przestępcą. Każda sprawa była inna, każda budziła inne emocje – mówi Marcin Myszka.

Tragediom można było zapobiec?

Dziś, gdy wraca się do czasów PRL-u, pojawia się pytanie, czy groźnych przestępców udawałoby się schwytać wcześniej, gdyby śledczy mieli większe możliwości i dostęp do technologii? W 1. odcinku serialu „Kryminalne śledztwa PRL", poświęconym sprawie Edmunda Kolanowskiego, nekrofila z Poznania, były milicjant przyznaje wprost, że gdyby miał dostęp do systemów, komputerów, najpewniej szybciej trafiłby na trop zabójcy. – Edmund Kolanowski, jeszcze zanim zaczął zabijać, w jednej z rozmów z psychologiem czy z psychiatrą wspomniał o tym, że zdarzyło mu się rozkopać grób, zbezcześcić zwłoki i w ten sposób zaspokoić się seksualnie, jednak wtedy lekarz nie wziął tej informacji pod uwagę, zbagatelizował ją – mówi Marcin Myszka. Dzisiaj z perspektywy czasu moglibyśmy powiedzieć, że było to nieodpowiedzialne działanie, że gdyby ten specjalista postąpił inaczej, to Kolanowski nie dokonałby kolejnych profanacji, zabójstw.

Kryminalne śledztwa PRL CBS RealityKryminalne śledztwa PRL CBS Reality 

– Ale Michał Larek, zbierając materiał do naszego audioserialu „Sprawa Edmunda Kolanowskiego", rozmawiał z profilerem Łukaszem Wrońskim, który zwrócił uwagę na to, że specjaliści każdego dnia rozmawiają z podobnymi osobami. Dla nich to codzienność, gdy ktoś opowiada o sytuacji, która dla nas wydaje się wstrząsająca i makabryczna. Może więc nie wydać się na tyle ważna, by zgłaszać ją komukolwiek; poza tym pamiętajmy, że kiedyś nie było komputerowej bazy danych, wszystkie informacje musiały być weryfikowane ręcznie w papierowych dokumentach albo przez rozmowę z innymi specjalistami. To utrudniało zadanie. Niemniej w przypadku Edmunda Kolanowskiego taki ślad był i dzisiaj można się zastanawiać, czy zbrodniom można było zapobiec wcześniej. Podobnie w innych sprawach, np. Kazimierza Polusa. Wcześniej odsiadywał wyroki za molestowanie dzieci, wyszedł i dokonał kolejnych zbrodni. To dziś pytania bez odpowiedzi. Najważniejsze jednak, że śledczym udawało się trafić na trop zbrodniarzy i postawić ich przed sądem – zauważa Marcin Myszka.

Żmudne, ale dokładne

Jan Gołębiowski, profilerJan Gołębiowski, profiler 

Choć dochodzenia w okresie PRL-u były trudne, były też bardzo dokładne. „Stara szkoła PRL-owska wcale nie była taka zła. Jeśli chodzi o dokładność prowadzenia oględzin, ona była dość wysoka. Do dzisiaj podziwiam szkice z oględzin z miejsca zdarzenia, one są bardzo czytelne, kaligrafowane pismo, papier milimetrowy. Nieraz widać, że ktoś bardzo skrupulatnie te czynności wykonywał" – zauważa w jednym z odcinków Jan Gołębiowski, psycholog kryminalny i profiler. To właśnie ta skrupulatność sprawiała, że dochodzenia, prędzej czy później, kończyły się sukcesem. Najgroźniejsi mordercy okresu PRL-u stanęli przed obliczem sprawiedliwości i ponieśli zasłużoną karę, którą w przypadku wszystkich przestępców prezentowanych w serii „Kryminalne śledztwa PRL" była kara śmierci.
Premiera serii 3 sierpnia o 22:00, kolejne odcinki we wtorki o 22:00 na CBS Reality.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.