Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kazimierz Brandys w jednym ze swych „Listów do Pani Z" opisuje własne spotkanie autorskie w Paryżu. Oto w trakcie dyskusji jeden z uczestników, wygnaniec z Polski w 1968 r., wykrzyczał znamienne zdanie: „Polacy nie opłakali swoich Żydów".

Cóż za wygórowane pragnienie!... Wszak moi rodacy – fenomen trudny do pojęcia – zniknięcia, to znaczy u ś m i e r c e n i a podczas II wojny ponad dziesięciu procent ludności (ponad trzech milionów ludzi), jakby w ogóle nie zauważyli. Byli, potem ich spalono, a więc nie powinno ich już być, no a potem stanowili jednak pewien problem, bo niektórzy, ocaleni, wracali i, co było irytujące, zdarzało się, chcieli wrócić do swoich, zajętych już domów. Zatem trzeba się było ich – to już po wojnie – pozbyć. Co często znaczyło: pozabijać. A oni, pomyśleć, bywa, że jeszcze dotąd miewają o to pretensje.

Wiem, co piszę. Wiele lat temu poznałem w Montrealu dwie światłe panie, Żydówki. Jedna z nich była znanym profesorem na tamtejszej uczelni. Obie osiadły w Kanadzie 30 lat po wojnie. Nie chciały opuścić Polski, póki żyła ich przybrana aryjska matka (ta biologiczna, jej przyjaciółka, przekazała małe dziewczynki pod jej opiekę i sama poszła zginąć w getcie wraz ze starym ojcem). Otóż aż do śmierci przybranej matki ich sąsiedzi z Mińska Mazowieckiego nie wiedzieli, że "córki" są Żydówkami. Kobieta bała się przyznać do ich ocalenia, by nie być posądzona o ukrywanie skarbów. Ludzie, bywało, bali się „ujawnienia" własnego heroizmu, bali się odznaczeń Yad Vashem i drzewka sadzonego w Jerozolimie. Bali się sąsiadów. Rodaków.

Jak to dobrze, że jest Hitler

No to jeszcze moje własne świadectwo; głęboko wryta klisza w pamięć dziecka. Wielkanoc 1943 r. Od tygodnia w getcie warszawskim trwa powstanie (przypominam: sławny wiersz Miłosza czy znany artykuł Błońskiego). Drugi dzień świąt. Piękna pogoda. Spacer z mamą Al. Ujazdowskimi. Wiadomo, może być łapanka, ale ludzie są spragnieni normalności - idą matki z maleństwami w wózkach, zakochane pary. Dziwne tylko, że ze środka miasta wyrasta wielki słup czarnego dymu.

A potem ulica Tłomackie. Idziemy na przyjęcie świąteczne do znajomych. I nagle mijamy narożnik domu i stajemy naprzeciw ściany ognia. Oniemienie, jakby paraliż. Stoimy martwo zapatrzeni w niezwykły obraz. Oto dwóch postawnych młodych blondynów w czarnych mundurach z zawiniętymi rękawami (że też to akurat zapamiętałem) strzelają długimi seriami z pistoletów maszynowych w ten ogień. To znaczy do ludzi skaczących w ten ogień strzelają.

Jeden z owych „rycerzy" zauważył nas i gestem kazał znikać. Zniknęliśmy, by po kilku chwilach znaleźć się, witani serdecznie, w drzwiach gościnnego domu. Nalewki, sałatki, smaczne dania.

I rozmowy. Brednie snute przez polskich inteligentów: pan inżynier, pan doktor, pan mecenas. Zapamiętałem głos inżyniera. Perorował o tym, „jak to szczęśliwie Hitler za nas sprawę z Żydami załatwia". No a potem było wspólne śpiewanie: „Wesoły nam dzień dziś nastał, którego z nas każdy żądał…". Bodaj tylko dziecko zauważyło niestosowność sytuacji. Za zasłoniętymi oknami sąsiedniego pokoju ludzie skakali w ogień.

I tu ważna uwaga. Bodaj wszyscy uczestnicy tego miłego spotkania towarzyskiego – z wyjątkiem mnie i mojej mamy – za kilkanaście miesięcy zginą w powstaniu warszawskim. Także ów inżynier. Był bodaj dowódcą plutonu, dzielnie walczył na Mokotowie.

Goj z żółtą gwiazdą

"Wesele" Wojtka Smarzowskiego o tym właśnie jest: o nieprzetrawionej świadomości Polaków, o tym, kim w gruncie rzeczy jesteśmy. Wciąż jakby jacyś niedokończeni, nie w pełni świadomi własnej tożsamości.

Nawet nie żeby świadomie zakłamani. Wszak to prosta prawda, że w chwilach próby jedni płacą najwyższą cenę, inni zaś okazują się nikczemni. Tyle że nie chcemy dowiadywać się o sobie tej okrutnej prawdy. No i wciąż, a już zwłaszcza szczególnie w okresie obecnych rządów, cyniczni do granic podłości politycy uparcie karmią naród zlepkiem kłamstw, który ma temu narodowi stworzyć komfort życia z fikcyjną świadomością, z wiedzą o niepokalanej przeszłości, z zafałszowaną świadomością.

Mają temu służyć stosowne działania, takie jak choćby budowanie przez biznesmena Rydzyka „Muzeum pamięci Polaków ratujących Żydów" w Toruniu. Chodzi też o poważniejsze kłamstwa, jak na przykład pretensje zgłaszane przez premiera Morawieckiego, który ośmiela się domagać „wielkiego drzewa" w Yad Vashem dla „całego polskiego narodu", takiego, jakie mają tam jedynie Duńczycy. Tylko że Duńczycy (wiem, inne realia: inny rodzaj społeczności żydowskiej i nieporównanie mniejsza ta społeczność) nieomal wszyscy, na znak solidarności, oznakowali się żydowskimi gwiazdami, a potem zorganizowali przerzut Żydów do neutralnej Szwecji. Czy u nas komuś przyszłoby do głowy przypiąć sobie żółtą gwiazdę?

Żydzi, o czym wiemy z licznych relacji, bardziej bali się w czasie wojny Polaków niż Niemców. Tamci byli łatwiej rozpoznawalni. A nasi często czaili się po łup.

I jeszcze smutna prawda: nieporównanie więcej było szmalcowników niż „ratujących jedno życie" bohaterów. Nieszczęsny policjant żydowski Calek Perechodnik daje stosowne świadectwo w swoich wspomnieniach. Tylko jeden z mieszkańców Otwocka - pan magister, jak go nazywa - okazał się Człowiekiem. Mógł na niego liczyć. W jego relacji pozostali mieszkańcy Otwocka jawią się niczym zgromadzone wokół getta szakale, gotowe rzucić się do rabunku natychmiast, gdy tylko Niemcy Żydów wywiozą.

Ból

"Wesele" Smarzowskiego spotkało się według mnie z kompletnym niezrozumieniem. Odniosłem wrażenie, czytając lub słuchając wynurzeń, bywało, że cenionych dotychczas przeze mnie ludzi, jakby od pierwszych minut projekcji ulegli oni jakiejś blokadzie psychicznej uniemożliwiającej „poddanie się" tej szalonej, w najlepszym tego słowa sensie, opowieści; jakby zadziałał w ich psychice jakiś mechanizm wyparcia czy samoobrony.

Bo też Smarzowski swą przemyślaną - i więcej: przeżytą w każdym szczególe - opowieścią filmową bije nas po oczach - a zatem po umyśle; wzbudza niepohamowaną wyobraźnię, uderzając w sam środek naszych serc.

Oczywiście możemy się zasłonić, jakby wołając: „Wara ode mnie". I  n i c  n i e  z o b a c z y ć. Tak, jak myślę, zareagowała, większość oglądających ten film po raz pierwszy. Cóż, radziłbym, aby obejrzeli film po raz drugi. Czegoś takiego w naszej kinematografii jeszcze nie było, bo i nikt nie był na tyle odważny jak Smarzowski.

Reżyser wyznał, że myślał o tym filmie już wiele lat temu, zaraz po lekturze „Sąsiadów" Grossa. Szczęśliwie wówczas odpuścił.

Czekał. Myślał. Dojrzewał. Ten temat Smarzowskiego bolał, co doskonale w filmie widać.

Przed Smarzowskim w naszej kulturze było dwóch takich, chciałoby się powiedzieć, chorych na Polskę. To Cyprian Kamil Norwid i Stanisław Wyspiański (proszę zauważyć, nie wymieniłem Mickiewicza, bo też on całkiem sprawnie dowartościowywał rodaków - a to znowu tak wiele nie kosztuje. „Naród nasz jest jak lawa". Z wierzchu - wiadomo jaka. Ba, ale w głębi „żar, którego sto lat nie wyziębi". No to my wszyscy zapisujemy się do tego żaru, nieprawda?).

Otóż tylko ci dwaj, Norwid i Wyspiański, nigdy narodowi nie schlebiali. Swój patriotyzm demonstrowali, obnażając wady, błędy, grzechy i słabości rodaków. Radzę stale wracać do „Wesela" i do aktu drugiego „Wyzwolenia", do sporu z maskami. A Norwid? „Polak jest olbrzym. A człowiek w Polaku jest karzeł". Wystarczy?

Oczywiście obu wymienionym nie było łatwo. To wiemy. Wygodniej jest schlebiać. Takiej wdzięcznej sławy jak smarujący miodem pochlebstw dumę narodową Sienkiewicz nikt chyba nie doświadczył. Toteż Smarzowskiemu też nie jest łatwo.

Oczyszczenie

W „Weselu" perfekcyjnie operuje on językiem kina, bo też w języku obrazów, w przenikaniu się czasów, w pojawianiu się nieoczekiwanie „tamtych" dzisiaj, ale też "dzisiejszych" w czasie „tamtym" widać, jak doskonale Smarzowski poznał język największych: Felliniego i Bergmana. Zaprosił on nas do zawrotnego, chocholego tańca. To obłęd, polski obłęd: nie ma bezwzględnie złych ani skończenie dobrych. Wszystko jest w jakimś diabelskim (polskim!) tyglu wymieszane.

Przygnębiła mnie opinia Dawida Dróżdża w "Wyborczej". Pisze on, że z seansu "Wesela" wychodzi się z uczuciem niechęci do ludzi. Ja też kilkadziesiąt lat temu doświadczyłem podobnego uczucia. W Rzymie z moją ówczesną żoną Nelą Obarską oglądałem „Niebieskiego żołnierza" Ralpha Nelsona, którego tematem jest odczłowieczone okrucieństwo, także w czasie wojny. Po wyjściu z kina szliśmy ulicami Rzymu przez dobrą godzinę i nie byliśmy w stanie odezwać się do siebie. Ba, nawet spojrzeć na siebie. Czuliśmy się skompromitowani, my, jako ludzie.

Ale dalibóg, reakcja moja i mojej obecnej żony Rity (jest ona Azjatką żyjącą prawie trzydzieści lat w Polsce i głęboko polskością przenikniętą) na "Wesele" była zupełnie inna. Długo po zapaleniu świateł siedzieliśmy w milczeniu. Ale w poczuciu bliskości. Przeżyliśmy wstrząs. Ale wstrząs, dla którego Grecy wymyślili właściwą nazwę: katharsis. Oczyszczenie.

Tak chyba czuli się widzowie antycznego amfiteatru po obejrzeniu „Antygony" czy „Edypa". Rita powiedziała: „To chyba najbardziej polski film, zrobiony przez Polaka. Szalony, obłędny taniec". A ja w myśli dodałem: chocholi taniec.

Jako zwieńczenie filmu w pamięci pozostała nam jednak scena z udziałem wnuczki z dziadkiem. Jej treść to miłość. Jego trwające przez całe długie życie uczucie. I jej pragnienie i zdolność kochania. Zaiste: katharsis.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.