Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jeden z jego przodków, z poduszczenia Bolesława Śmiałego, dokonał w 1079 r. słynnego mordu na biskupie Stanisławie ze Szczepanowa. Skąd o tym wiem? Głównie z lekcji historii i rodzinnego ustnego przekazu, dostarczonego osobiście przez Michała podczas suto zakrapianej kolacji – jednej z wielu, już nie pamiętam której.

Na obrazie przedstawiającym to wydarzenie widać biskupa, jak próbuje skoncentrować się na poświęceniu hostii, podczas gdy przodek Michała wali go z tyłu mieczem w głowę. Dla Michała stanowiło to dowód, że jego rodzina od zawsze była za oddzieleniem Kościoła od państwa.

Inny z jego szlachetnie urodzonych przodków – niejaki Walerian Nekanda-Trepka – popełnił w 1626 r. dzieło pod tytułem „Liber generationis plebeanorum" ("Księga rodów plebejskich"), w skrócie "Liber Chamorum", czyli "Księga Chamów". Walerian demaskuje ponad dwa i pół tysiąca osób, które pod fałszywymi pretensjami dostały się do stanu szlacheckiego. Ta książka jest szczególnie popularna w małych prowincjonalnych bibliotekach, bo znajdują się w niej pikantne wzmianki o lokalnej heredytarnej hołocie.

Przykładowo w bibliotece w Miechowie można znaleźć zapis o niejakim Wojszczyńskim, co to służył u lisowczyków, potem osiadł w Miechowie, gdzie miał „małpę jakąś bez ślubu", a z nią dzieci. Oj, „dorosną Wojszczyńscy z Bękartowic", użala się nieszczerze szlachetny praprzodek Michała. Jak przyszło co do czego, to Michał też nie przebierał w złośliwościach. Kiedy dzwonił, potrafił rozpocząć rozmowę od: „Słuchajcie, towarzyszu Chackower…", albo retorycznie: „Czy to Szlomo Chackielsztajn?". Wtedy ja trzaskałem mentalnie kopytami i raportowałem: „Jawohl", na co Michał: „Wiem, wiem, tata w Wehrmachcie, nie musicie się tak z tym obnosić". Sam się też nie oszczędzał: „Możecie mi mówić Mecyjał Trepuła, dla przyjaciół Mecyjał".

Był bliskim przyjacielem. Tak bliskim, że dokładnie wiem, co robił 28 sierpnia 1969 roku o godz. 14. Przyszedł na Dworzec Gdański, by odprowadzić mnie na pociąg. Był ze swoją dziewczyną, która później została jego żoną. W zasadzie to ona przyszła z nim. Była nam obu bardzo bliska, choć jemu – z oczywistych względów – bardziej. Kiedy wróciłem 20 lat później, zadzwonił i powiedział: „Barbara Zbrożyna wyrzeźbiła głowę naszej Eli, masz z nią (Barbarą Zbrożyną) nawiązać kontakt i dokonać zakupu, cena wynosi [to pozostanie tajemnicą handlową] i masz się nie targować, w naszych kręgach to nie wypada. Możesz ją postawić u siebie w domu, gdzie ci będzie pasowało. Nam wystarczy, że będziemy cię odwiedzać i od czasu do czasu napawać się widokiem". Od tego czasu głowa Eli stoi w salonie na poczesnym miejscu, a moje kolejne żony i/lub przyjaciółki każdorazowo muszą zaakceptować, że to nie ich popiersia znajdują się na postumencie.

Gdy rok temu chowaliśmy Michała, powiedziałem: „Żegnaj, mój drogi. Kiedy umierali starożytni, byli chowani ze swoimi ulubionymi przedmiotami. Ty pamiętaj, żeby wziąć ze sobą komórkę. Wtedy się nie zdziwię, jak któregoś dnia, gdy będę popijał poranną kawkę, zadzwoni telefon, na displayu ukaże się MECYJAŁ i znajomy głęboki głos zapyta retorycznie: 'Szlomo?'. I nie czekając na potwierdzenie, doda: 'Czy mogę ci opowiedzieć żydowski dowcip?'...".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.