Recenzja filmu "Paterson": *****

Premiera 30 grudnia.

„Paterson” to Jima Jarmuscha traktat filozoficzny o codzienności. Poniedziałek, wtorek, piątek... Większość dni Patersona (Driver) i jego żony Laury (Farahani) wygląda podobnie. Wczesna pobudka, zaspane czułości. Ona, aspirująca artystka i utalentowany cukiernik, zostaje w domu. On łapie w locie płatki śniadaniowe, do torby chowa pudełko z lunchem i spacerem udaje się do zajezdni.

Po ośmiu godzinach pracy za kółkiem autobusu nadchodzi pora na spacer z buldogiem brytyjskim Marvinem, wizytę w lokalnym pubie i pogawędkę z jego właścicielem Docem. Paterson zawsze w pogotowiu ma notesik, w którym w poetyckiej formie zapisuje swoje wrażenia i refleksje. Bo choć żyje pośród życiowej prozy, ma duszę i aspiracje poety. Zamiast słów składa wersy. Choć otaczająca go rzeczywistość wydaje się nieinspirująco zwyczajna, właśnie w tej zwyczajności bohater znajduje niewyczerpane źródło inspiracji.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.