Piotr Guszkowski: Czasy transformacji w twoich wspomnieniach są tak wyprane z kolorów jak w filmie?

Marta Nieradkiewicz: Trudno mi odwołać się do konkretnych wspomnień, miałam wtedy siedem lat. Pamiętam niewiele: atmosferę tamtych czasów, zapach papierosów palonych w domu - to na pewno. Pamiętam, że na półkach stało czterdzieści dezodorantów Fa i gumy w kulkach, które ojciec przywoził „na handel”. No i takie posiadówki, jak w scenie otwierającej „Zjednoczone Stany Miłości”. To nasze malutkie mieszkanie, w którym przeciskaliśmy się, żeby wejść do łazienki. Od początku pracy nad filmem było dla mnie jasne, dlaczego Tomek zdecydował się osadzić akcję właśnie wtedy: w czasach, które ograniczały ludziom ruchy i pole manewru, ograniczały ich myślenie. A jednak, mimo że boleśnie odbijają się od ściany, wszystkie bohaterki próbują realizować swoje pragnienia, wciąż wyciągają po coś rękę. Zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Pozostało 83% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.