Recenzja filmu "Kamper": *****

I pomyśleć, że to dopiero pierwszy film w dorobku Łukasza Grzegorzka.

„Kamper” zachwyca bezpretensjonalnością, wyróżnia się w pejzażu debiutów reżyserskich nad Wisłą narracją w amerykańskim stylu. Zaczyna się od gry wstępnej, która zapowiada lekkostrawne love story. Mania i Kamper są małżeństwem z okładki. Przynajmniej z pozoru. Jednak pustkę po wielkim uczuciu wypełniła proza wspólnego życia. Ona chciałaby postawić krok w dorosłość, on – to typ wiecznego chłopca, zabunkrował się w wygodnej przestrzeni życiowej poczekalni kierując zespołem testerów gier [kamper to w slangu obelga, określenie gracza unikającego konfrontacji]. Bohaterowie filmu znajdują się na rozstaju, próbują szukać szczęścia poza związkiem. Mania ma swój kurs gotowania i kucharza z telewizora, który nie podcina jej skrzydeł. Kamper poznaje ognistą lektorkę hiszpańskiego.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.