Recenzja filmu "Lolo": ****

Violette (Delpy) to czterdziestokilkuletnia producentka modowa. Hipochondryczka, nadopiekuńcza mamuśka i stereotypowa paryżanka reaguje alergicznym prychnięciem na wszystko, co niemiejskie, bo pija szampana z Karlem Lagerfeldem i wie, jak „bywać”. Kiedy wybiera się z grupą przyjaciółek singielek na dziewczyńskie wakacje, liczy na dobre wino i kilka zmysłowych przygód.

Ku własnemu zaskoczeniu wróci znad morza zadurzona jak nastolatka. Problem? Jej wybranek Jean-Rene (Boon), programista z Biarritz, to w kategoriach jej środowiska „wieśniak”. Uroczy, kochany i zabawny facet z fatalnym gustem i zerowym obyciem, nieznający zasad cynicznych gier towarzyskich, w których ona jest mistrzynią. Jednak jego cierpliwość i uczucie rozbrajają Violette coraz skuteczniej. I wszyscy żyli by długo i szczęśliwie, gdyby nie Lolo, czyli Eloi (Lacoste), dwudziestoletni syn bohaterki. „Nie jestem obiektywna, ale mój syn reprezentuje przyszłośc gatunku ludzkiego” – to zdanie zapowiada bezmiar bezkrytycznego afektu jakim darzy Violette syna.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.