Recenzja filmu "Gdzie jest Dory?":****

Teraz jest główną bohaterką, a jej kłopoty z pamięcią są traktowane serio – w pierwszych scenach jest pokazywana jako biedne, niepełnosprawne dziecko.
Pewnego dnia Dory oddala się od swoich rodziców i gubi w bezkresie oceanu. Gdy dorośnie, zapragnie ich odnaleźć i w towarzystwie wiernego Nemo oraz jego ojca Marlina wyruszy na poszukiwania..

Tytuł jest trochę mylący – w zasadzie powinien brzmieć „Gdzie są rodzice Dory?” – gdyż to ona ich szuka, nie oni jej. Jest więc odwrotnie niż w „Nemo”, gdzie zrozpaczony Marlin próbował odnaleźć synka. Siła emocjonalna „Dory” wydaje się przez to mniejsza, w każdym razie są to emocje trochę innego rodzaju, choć oczywiście wzruszeń tu nie zabraknie. „Dory” opuszcza też wnętrze oceanu, z jego tajemniczością i poetyckim pięknem, wynurza się na powierzchnię – jej znaczna część rozgrywa się w Instytucie Oceanograficznym (z zabawnie wykorzystanym głosem Krystyny Czubówny). Estetycznie film na tym traci – chyba, że ktoś lubi fotorealizm – ale nowa lokalizacja stwarza Dory okazję do spotkania oryginalnych – i też mających swoje ułomności – stworzeń jak krótkowzroczny rekin czy zrzędliwa ośmiornica o talencie kameleona. W dużym stopniu dzięki nim Dory odkryje, kim jest i nauczy się swoją słabość przemieniać w siłę.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.