Recenzja filmu "Moje wielkie greckie wesele 2": ***

I słabszy od oryginału przede wszystkim z braku realnego konfliktu. W „jedynce” taki był: Greczynka chciała wydać się za nie-Greka wbrew swojej rodzinie, i choć pomysł nie był nowy – połowa przedwojennych melodramatów zasadzała się na tym, że młodzi mieli się ku sobie, a starzy nie pozwalali – okazał się nadzwyczaj skuteczny.
Tu mamy dziesiątki wątków i wąteczków, ale żaden nie buduje historii. A to córka Touli chce wyjechać na studia gdzieś jak najdalej od swojej greckiej familii, czemu trudno się dziwić: rodzinka jest zwarta, wszyscy są tutaj ze sobą mocno związani, każdy za drugiego poszedłby w ogień, ale w jej czułym uścisku można wyzionąć ducha...
A to ojciec Touli odkrywa, że akt ślubu nie został podpisany przez księdza – czyli, że przez pół wieku żyli z jej matką w grzechu – więc trzeba zawrzeć powtórnie małżeństwo. Krótko mówiąc: albo problemy fikcyjne, które da się rozwiązać w pięć minut, a jak realne – uwiąd namiętności w związku Touli - to puszczone, zostawione samym sobie.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.