Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Kilka dni temu na antenie TOK FM usłyszałam o "wielkiej grandzie" - w warszawskim Centrum Onkologii im. M. Skłodowskiej-Curie łamie się prawa pacjenta. Duchota, ścisk, haniebne warunki przyjmowania pacjentów w przyklinicznej przychodni, niedziałający elektroniczny system obsługi pacjenta. Ktoś nie wytrzymał, ktoś powiadomił "stosowne czynniki". Zapewne pani rzecznik sprawdziła, oburzyła się i wydała z siebie odpowiednią reprymendę. W wyniku tejże, kierownik przychodni karnie strzelił obcasami i żwawo pokręcił śrubokrętem przy maszynce wydającej bilety kolejkowe.

Nie jestem urzeczona

Teoretycznie, jako obywatelka powinnam być zadowolona, urzeczona empatią - dbają o nas! Ale że jestem ostatnio regularną bywalczynią Centrum Onkologii (towarzyszę choremu tacie-teściowi), stać mnie jedynie na pełne złośliwości, "koń by się uśmiał, pani rzecznik". I to gołymi dziąsłami by się uśmiał, bo perłowy uśmiech miał gdzieś w czasach Gierka. Jaki jest koń polskiej onkologii, każdy (z branży lub pacjent) widzi. Wiedzą więc i pani rzecznik, i pani minister. I wszyscy decyzyjni. Kilka dni temu cynicznie postanowili zagrać troskę, mimo że to, co się OD LAT dzieje w Warszawie na Roentgena, w temacie warunków leczenia (i nie tylko), nie jest tajemnicą.

Kolejny rok wirtualna reforma minister Kopacz omija Centrum szerokim łukiem. Krążą legendy o tym, że to państwo w państwie, koterie, grupy nacisku, profesorskie sitwy nie do ruszenia. Być może, nie wiem, mało mnie to interesuje, jestem małym trybikiem, który nawet nie podejmuje się tego ogarnąć. Tak jak statystycznego pacjenta z numerkiem przyjęcia, powiedzmy 753, interesuje mnie wyłącznie to, by bliską mi osobę szybko przyjęto/zdiagnozowano/wyleczono.

Ding-dong

Teraz kilka konkretów. Wiosną tego roku u mojego taty-teścia (75 lat) zdiagnozowano zaawansowanego raka jelita grubego. Tato jest z Włocławka; po krótkiej rodzinnej rozmowie zdecydowaliśmy: warszawskie Centrum Onkologii. Były obawy, bo znane są tysiące miejskich legend o tym, jak odległe są terminy, jak grube koperty trzeba mieć na dzień dobry i jak wyrafinowany koniak zakupić na do widzenia. Zdecydowaliśmy się jednak, bo były też głosy, często dobiegające z forów internetowych - że to bujdy, że bez kasy się da (choć "bez kasy" dla człowieka pół życia odprowadzającego składkę zdrowotną, brzmi nieco perwersyjnie).

Ostatecznie przeważył argument "na Roentgena leczą najlepsi". Pierwszy kontakt z "rejestracją chorych pierwszorazowych" był szokiem. Dziki tłum setek chorych na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, automat numerkowy, ding-dong - to Heathrow czy kombinat górniczo-hutniczy w Zagłębiu Ruhry?

Poprawiamy szczęki po pierwszym opadzie, bierzemy numerek. Dwieście siedemdziesiąt ileś. Pierwsze sito, po którym jest się kierowanym do gabinetu stosownego specjalisty, trwa najdłużej. Jesteśmy od 8.00, do gabinetu trafiamy dopiero po 14.00, wywołani przez lekarza radiowęzłem - "pan Błaszczyk, gabinet 39!"

Mamy więc czas, by uodpornić się na parę rzeczy: na dziadostwo pamiętające ancien regime, na tłum, na brzydkie zapachy, na sąsiedztwo przychodni nowotworów twarzy i szyi (trening czyni mistrza, człowiek uczy się nie zauważać wyjedzonych przez raka twarzy i nie mieć tego paskudnego zdziwienio-przerażenia na facjacie, po godzinie peruka czy chemio-łysina spływa po mnie jak po kaczce), na brud- smród-i-ubóstwo toalet (dziś wiem, że trzeba iść do WC w budynku kliniki, tam ruch jest iście spacerowy więc udaje się utrzymać higienę sanitariatów).

Zdziwienia (pozytywne!)

Jedno mnie uderza jak obuchem - inercyjny spokój pacjentów czekających pod gabinetami klinik narządowych. Taka ciżba chorych skupiona w niewielkim budynku, to jest potencjalna bomba. Pewnie zdarza się nerw, zniecierpliwienie, grubsze słowo, mała kłótnia - cudów nie ma. Ale zdecydowanie dominują ciche rozmowy, wymiana doświadczeń terapeutycznych. Jakiś egzotyczny spokój w tym dzikim otoczeniu, tego spokoju do dziś nie umiem rozgryźć, być może mylę go z pierwszym szokiem i strachem chorych na raka.

W gabinecie kolejne Duże Zdziwienie lekarz jest przyjazny, empatyczny, pomocny, tłumaczy co i jak, tato jest dla niego Człowiekiem, a nie Jednostką Chorobową. Potem oddanie krwi, tato ma się stawić na oddziale za ok. 3 tygodnie, będzie operacja 17 czerwca, znów jesteśmy w Centrum Onkologii, ciężsi o torbę z piżamą i innymi utensyliami człowieka-co-zaraz-idzie-pod-nóż.

Wydaje nam się, że tym razem będzie szybko, ale przechodzimy tę samą wielogodzinną mękę: numerek z maszynki - kolejka - godziny czekania - gabinet narządowy - oddanie krwi - tzw. Ruch Chorych - piżama - idziemy na oddział docelowy (klinika nowotworów układu pokarmowego) - uff.

Sama klinika to jak inny świat. Gdzieś w tej przestrzeni nikną tysiące pacjentów, jest cicho, przyjaźnie, uderza ogromna ilość wypielęgnowanych kwiatów w wielkich donicach. Gdzie się da, w każdym kącie czekają pamiętające Gomułkę przepastne skajowe fotele, niskie ławy. Jest gdzie spokojnie pogadać, wypić kawę.

Tato miał operację 20 czerwca, właśnie mija miesiąc. Operował go fantastyczny lekarz. Udało się zaoszczędzić tacie stomii (to niemal standard przy nowotworach jelita grubego - końcowka jelita wyprowadzona na powłoki brzuszne, łączona z wymiennym workiem na strawioną treść pokarmową), która znacząco obniża jakość życia po operacji, bywa, że odbiera godność, załamuje.

Kolejne Duże (pozytywne) Zdziwienie, nie każdemu lekarzowi chce się uprawiać "wysokie krawiectwo" na jelitach starszego człowieka. Kolejnych Dużych Zdziwień jest tak wiele, że można by godzinami wyliczać - wspaniałe pielęgniarki, czystość na oddziałach, stare PRL-owskie boazerie i granity błyszczą, w wiekowych podłogach z płytek PCV można się przeglądać. Gdy po operacji taty wchodzę do gabinetu lekarza, wita mnie ukłon na stojąco, uśmiech i ta sama przyjazna (ale konkretna) rozmowa, co na samym początku.

Skompromitowana zbitka słów

Często słyszy się i czyta o zdehumanizowanym podejściu do pacjenta w przychodni (nie w samej klinice, to inna jakość) Centrum Onkologii. Gotuje się we mnie - jak, litości, JAK ma być szybko-miło-fajnie-pluszowo w niewielkiej przychodni, do której rocznie "pielgrzymują" dziesiątki tysięcy Polaków?!!

Kiedy brakuje onkologów a liczba zachorowań na nowotwory wzrasta i będzie wzrastać? Wszystkim ludziom pracującym w Centrum Onkologii, na których się natknęliśmy - po prostu się chciało. Bez kopert, koniaków, za to z podmiotowym traktowaniem. Wbrew strasznemu dziadostwu podupadającej infrastruktury, piszczącej biedy. Wbrew wieloletniemu zaniedbaniu. Wbrew populistycznym, niedotrzymanym obietnicom kolejnych ministrów zdrowia ."Reforma służby zdrowia" - czy w polskiej historii ostatniego 22-lecia jest bardziej skompromitowana zbitka słów?

Nie wiem, kto za to odpowiada. Wiem, że Ewa Kopacz częstowała nas farmazonami o ZMIANIE. Kiedy? Ludzie z przychodni na Roentgena mają wyjątkowo mało czasu. Pani minister, co słychać? Zdaje się, że wiem. Nihil novi. Memento: Polska zajmuje 22 miejsce na 27 krajów Unii Europejskiej w zakresie leczenia nowotworów

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.