Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Podoba mi się praktyczne podejście Barbary Labudy do polityki, które, choć nie wyklucza ideowości, skłania się raczej ku zadaniowości. Idee na przełomy, zadania na codzienność. Po wielokroć tę zasadę głosił i głosi Donald Tusk. Więcej - na niej doszedł do władzy.

W czasie wyborów 2007 roku, przegrała przecież Idea, państwo ideowe do bólu, państwo narzucające jedynie słuszne wartości, państwo niedopuszczające i karcące idee inne niż zapisane w PiS-owskich podręcznikach.

Wtedy właśnie ideowość polityczna na wysokim C stała się w moich oczach infantylną, acz groźną zabawą niedojrzałych chłopców, którzy dorwali się do niebezpiecznych zabawek. Proszę sobie wyobrazić pełną, 4-letnią kadencję PiS-u z prezydenckim wsparciem Lecha Kaczyńskiego. Intuicja podpowiada mi, że każda platformerska, ideowa nuda jest lepsza od takiej wizji. Mniejsze zło? Niekoniecznie. Pragmatyczna normalność.

Zadaniowość, małe kroki, nieinwazyjność wobec obywatela - wszystko to faktycznie nie pachnie fajerwerkami. Gdy pierwszy raz, w swoim sejmowym expose, Tusk wyraźnie ogłosił metodę zmian dokonywanych małymi krokami, byłam nieco zawiedziona - przecież tyle obszarów sfery publicznej wymaga przeorania! Ale znalazłam w tym pewną nadzieję - zapowiedź rzetelnej, urzędniczej roboty, usuwania legislacyjnych przeszkód na drodze aktywności Polaków, stwarzania tego, co już się stało oklepanym frazesem - zwykłego, przyjaznego państwa.

O takim państwie mówił w studiu TVN24 Zbigniew Bujak, zaproszony niedawno na rozmowę przy okazji którejś z polskich rocznic: brakuje nam przed wszystkim tego, czego wzorem są Stany Zjednoczone - przyjazności struktur urzędniczych wobec obywatela, którego aktywność jest przez te struktury energicznie wspomagana. Marzę o takim państwie i wyobrażam sobie, że przychodzę do uśmiechniętego pana w urzędzie gminy, wykształconego, pomocnego i wyposażonego w jasne (niepoddające się interpretacjom!) przepisy wykonawcze, który do mnie mówi: "Chce Pani załatwić sprawę X? Nic prostszego! Proszę się napić kawy, a ja w międzyczasie przygotuję krótki spis czynności do wykonania i sprawnie Panią przez nie przeprowadzę, godzina i załatwione! Może to Pani równie szybko zrobić przez internet".

Samo założenie Tuskowej zadaniowości mi się podoba; mam jednak sporo zarzutów do modus operandi, pewnej zgody na dziadostwo (vide: Grabarczyk - czemu po PKP i autostradach wciąż zachowuje stołek? Kopacz - wciąż tylko zapowiadająca reformę w służbie zdrowia i nieumiejąca postawić kropki nad i) i niechęci do stanięcia twarzą w twarz z porażką (zamiast tego kreatywne kombinowanie z OFE).

Dziś Tusk "rozwija skrzydła" i nęci z lewa i prawa. Piszą Władyka i Janicki (Polityka nr 26): "Tusk jest i będzie na tyle socjalistą, na ile ta idea ma poparcie w społeczeństwie, i na tyle też konserwatystą czy liberałem. Najwyraźniej ma ochotę być takim przeciętnym, choć wybitnym obywatelem, w którym każdy odnajdzie jakąś cząstkę swoich poglądów, żywą emanacją rocznika statystycznego. A też swoistym gwarantem sprawiedliwości społecznej. Przeciętny obywatel, czyli każdy Polak, właśnie w Tusku i w PO znajdzie obrońcę przeciwko pazernym instytucjom, grupom i związkom, ich partykularnym interesom."

Stąd u Tuska Arłukowicz, stąd Kluzik-Rostkowska. Nie wiadomo tylko, czy załapali koniunkturalną przynętę, czy są zapowiedzią zadaniowości od lewa do prawa, w potencjalnej, kolejnej kadencji rządów PO. Piszą ponadto panowie w Polityce, nieco zgryźliwie (tęsknią za Wielką Ideą?), że istota tuskizmu polega też na tym, że przyjęliby nawet Kaczyńskiego.

Błąd - on jeden się nie mieści, bo to on jest kwintesencją Idei, czyli tym wszystkim, na co Tusk zdaje się mieć (przedwyborczą?) alergię. Patrzmy uważnie, po owocach poznamy.

Wielkie idee już się w Polsce stały. Wolnościowe, demokratyczne (zgoda, bez dwóch zdań jest sporo ważnej drobnicy do zrobienia). Co mogłoby dziś Wielką Ideą? Nie widzę takiej, nie umiem sobie wyobrazić. Edukacja, innowacyjność? Jest za to ogrom zadań, mało efektownych, trudnych i społecznie niepopularnych. Zaciera się we współczesnej Europie klasyczna ideowość, na rzecz zadań. Świat jest zbyt dynamiczny; kipią problemy, które się wymykają prostym ideologicznym podziałom, lewicowym czy prawicowym pomysłom.

Lewicowiec Zapatero zaraz będzie musiał się stać rynkowym ultraliberałem, jeśli nie chce mieć bigosu w stylu Papandreu. Centroprawicowa Merkel pompuje pieniądze w Grecję, chroniąc własny system bankowy i strefę euro. Chińczyki trzymają się mocno? Na razie tak. Za fasadą kuriozalnej komunistycznej ideologii, faktycznie uprawiają najbardziej agresywny kapitalizm.

Narzekanie Środy "Potrzeba pielęgniarki i lekarza" wygląda jak tęsknota za słusznie minioną przedmiotowością. Państwo - dystrybutor Idei (tym razem słusznej, demokratycznej, wolnościowej, zawsze takiej, która będzie nam się podobać - jak wyprowadzić wspólny mianownik dla 38 milionów?) i obywatel - konsument tejże.

Tymczasem to ja chcę być twórcą i podmiotem własnej idei, a od państwa oczekuję tylko i aż tyle, bo stworzyło mi możliwie szerokie pole prawne do bycia aktywną obywatelką, podatniczką, Polką, twórczynią i konsumentką własnych mikro-idei. W temacie tego szerokiego pola jest rzeczywiście wiele do zrobienia, tu Magdalena Środa od lat bije na alarm i ma rację, zwłaszcza w kwestiach równościowych (kobiety, niepełnosprawni, mniejszości) oraz takiej konstrukcji LAICKIEGO państwa, by żadna ideologia, religijna czy jakakolwiek inna, nie była niepożądanym chwastem w niczyim ogródku. Ale to jest osobny temat-gigant.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.