Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nim dokonam autoprezentacji nadmienić chciałam, że nie ma być to list żałobny, ani błagalnym tonem trącący - raczej zlepek suchych faktów z życia i własnych obserwacji.

Skoro o pracy - to może od wykształcenia. Pedagog, absolwentka resocjalizacji na Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach, studia ukończone z wyróżnieniem, z wynikiem bardzo dobrym. Nowatorski jak na tamtejsze środowisko i czas (rok 2005) temat pracy magisterskiej - przyczyny homofobii w Polsce.

Kończę naukę z konkretnym planem - kierunek Kraków (na początek mam trochę oszczędności ze stypendium naukowego). I co? I szukam. Początkowo obstawiwszy wyłącznie placówki, w jakich mogłabym się spełniać zawodowo. Po wielu nieskutecznych rozmowach chowam dumę po kątach i eksploruję supermarkety i inne podobne przybytki.

Wszędzie słyszę - za wysokie wykształcenie, zbyt zaawansowane słownictwo. Po kilku miesiącach rzucam Kraków. Powracam na stare śmieci, gdzie za namową rodziców szukam placówki, w której mogłabym odbyć staż absolwencki. Idzie opornie. Wreszcie znajduję jakąś świetlicę środowiskową. Zaczepiam się na 3 miesiące i latem zaczynam wszystko od początku.

Szukam - znów słyszę te same komentarze - overqualified. Jesienią trafiam do Warszawy - siostra postanawia mi pomóc - jedna przyjmuje kątem, druga zaczepia do knajpy, która w dwa miesiące kończy działalność. Znajoma wkręca do pracy w przedszkolu w Pruszkowie. Nie czuję się do końca kompetentna (to prywatna placówka opierająca się na ideologii Montessori), ale cieszy mnie sam fakt posiadania pracy.

Mieszkam u przyjaciółki, ta z kolei w czerwcu w niewyjaśnionych do końca okolicznościach prawie przedostaje się na drugą stronę - efekt jest taki, że doznaje porażenia centralnego układu nerwowego. Jej rodzice proponują mi zatrudnienie przy kompleksowej opiece nad córką. Bez zastanowienia angażuję się w to bez reszty - organizujemy domowe hospicjum, zarządzam personelem pielęgniarskim, uczę się karmić przez sondę, używać ssaka - najogólniej jestem od wszystkiego.

W styczniu rodzice przyjaciółki rezygnują z moich usług. Trafiam do swoich rodziców. Zajmuję się autorozwojem - medytuję, zaczynam pisać bloga, buduję siebie od początku.

Po kilku miesiącach wylatuję do Wielkiej Brytanii, do znajomej. Tam prawie płynnie przechodzę z pracy do pracy - łapię się tymczasowych jakichkolwiek zajęć - nikt nie patrzy mi w papierki, liczą się wyłącznie umiejętności, komunikatywność i chęci. Na kilka miesięcy nawet staję się fotografem dziecięcym. Podejmuję decyzję o kształceniu w Anglii. W planach doszlifowanie języka, w perspektywie fotografia.

Sielankę burzy tzw. recesja - tracę pracę i ze znalezieniem jakiegokolwiek zajęcia robi się coraz trudniej. Pod koniec 2009 okoliczności zmuszają mnie do podjęcia radykalnej decyzji - powrót do kraju. Wracam ze znajomą, która pomogła mi z przylotem. Wydaje mi się, że po dwóch latach różnych doświadczeń zdobytych za granicą wracam odmieniona, do równie odmienionej rzeczywistości. Naiwne.

Znów słyszę o wysokich kwalifikacjach (a nawet pytania o znaczenie słów, których używam np. wypalenie zawodowe). Sześć miesięcy później zmartwieni moją sytuacją (głęboka depresja) znajomi zapraszają mnie do Irlandii. Tam zaczepiają mnie, gdzie tylko jest taka możliwość (tych nie było wiele, z racji ich miejsca zamieszkania - malutka mieścina nad Oceanem Atlantyckim). Odkrywam swoje pasje - wiem, że chcę pisać i fotografować, bo nic innego nie daje mi takich odczuć, nic tak silnie mnie nie pociąga.

Po powrocie do kraju (sezonowość moich zajęć w Irlandii zmusiła mnie do powrotu) zaczynam od zaczerpnięcia powietrza. Ktoś proponuje udział w niezwykle rentownym projekcie, ale po kilku tygodniach wycofuje się z oferty z powodów osobistych. Chcę przekuć moje pasje (do tych należy dodać podróże) w sposób na życie. Słyszę wszędzie talent, talent, ale... Podczas rozmowy z doradcą zawodowym, miła pani psycholog mówi, że mnie porad nie trzeba, gdyż sama wiem czego chcę, a i moja dojrzałość emocjonalna powinna być dla potencjalnego pracodawcy pociągająca.

Szukam kursów - próbuję dostać się na grafikę komputerową (finansowaną ze środków z UE) - cóż słyszę po dwóch miesiącach oczekiwań na decyzję - mam zbyt wysokie wykształcenie, żeby uczestniczyć w kursie.

I tak oto po przydługiej i krętej historii dochodzimy do momentu, kiedy bohaterka powyższej historii (w sześć lat po studiach) zastanawia się co tym razem ze sobą zrobić - zasilić grono rezydentów dworca Warszawa Centrum? Ruszyć w pielgrzymkę do Ziemi Świętej? Zacząć się modlić i żal za grzechy uskuteczniać za namową ojca? Ruszyć w podróż po Polsce "W poszukiwaniu miłości" (choć sponsorów na mój autorski pomysł brak)? No sama już nie wiem. Naśladując panów z "Dziewczyn do wzięcia" jest przecież wiele możliwości - ale gdzie one? I dla kogo?

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.