Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Mój protest wywołuje bagatelizowanie przez panią Olejnik wypowiedzi premiera na konferencji prasowej. A konkretnie - sytuacja zbagatelizowania formuły odpowiedzi premiera na pytanie dziennikarki Polskiego Radia o stan przygotowań do objęcia przez Polskę prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Premier - zamiast zdać relację z sytuacji na miesiąc od tego wydarzenia, wolał skupić się na guzikach (rozpiętych) sukienki dziennikarki zadającej pytanie.

Pani redaktor Olejnik jest zdziwiona oburzeniem, wywołanym tą - moim zdaniem bardzo niefortunną i wcale nie niewinną - wypowiedzią bądź co bądź premiera RP.

Słusznie pani redaktor Olejnik przypomina, że te same środowiska (m.in. Partia Kobiet, SLD) nie protestowały, gdy premier Miller opowiadał dowcipy (cytuję sformułowania pani Olejnik) "naładowane dużą dawką seksualności", czy gdy prof. Tadeusz Iwiński "klepał po pupie tłumaczkę". A teraz - protestują, dziwi się pani redaktor. "Co wolno Millerowi, nie wolno Tuskowi" - stwierdza.

Reakcje krytyczne wobec wypowiedzi premiera - prof. Płatek z Gender Studies na UW, nazywa "szczytem obsesji". Czytam i oczom nie wierzę, czy to rzeczywiście Monika Olejnik napisała te słowa ?

Skąd moje zdziwienie? Bo to właśnie pani Monika Olejnik jako czołowa dziennikarka zajmująca się polityką i z politykami rozmawiająca nie powinna bagatelizować wypowiedzi premiera.

Nie chodzi mi jedynie o jej seksistowski podtekst, ale o meritum i profesjonalizm. Meritum, do którego w swoich rozmowach z politykami dąży pani redaktor, bombardując ich setkami drobiazgowych pytań. Za swój profesjonalizm została wielokrotnie nagradzana.

Odpowiedź pana premiera na konkretne pytanie dotyczące naszych przygotowań do prezydencji nie padła. Niczego (przynajmniej z relacji medialnych z tej konferencji prasowej) na ten temat nie dowiedzieliśmy się. Zatem, żart (zaznaczam, że różnimy się poczuciem humoru) zajął miejsce i czas na konkretną informację. To jeden kluczowy powód, dla którego pan premier nie powinien tak odpowiadać.

Drugi powód - to czy gdyby pytanie zadał dziennikarz mężczyzna - taka odpowiedź byłaby możliwa? I to jest sedno sprawy. Ten przykład świadczy tylko o obecnym w sferze publicznej, w naszej kulturze mechanizmu unieważniania spraw, pytań stawianych przez kobiety.

Czy któryś z dziennikarzy wrócił do tego pytania? Tego już nie dowiedzieliśmy się z relacji medialnych. Zgodnie z zasadą infotainmentu: same informacje nas już nudzą, czas na rozrywkę, ważne by było wesoło, śmiesznie i zrozumiale dla każdego! Nieważne jakim kosztem i czy z sensem.

Po trzecie - reakcja na pytanie była reakcją osoby publicznej, pełniącej obowiązki premiera PR i to w sytuacji oficjalnej, relacjonowanej przez media. Pełniona funkcja, sytuacja wymaga profesjonalnych zachowań, zgodnych z przyjętymi standardami: m.in. prawem do rzetelnej informacji (sytuacja konferencji prasowej), prawem do profesjonalnego, zgodnego z zasadami savoir vivre czy standardów zawodowych traktowania rozmówcy. W takich sytuacjach panu premierowi wypada mniej, niż nasza seksistowska (co pokazują również przypomniane z przeszłości przykłady) kultura toleruje na co dzień.

Warto o tym pamiętać - w obliczu nomen omen zbliżającej się prezydencji, aby uchronić się od takich faux pas w europejskim milieu.

* dr Małgorzata Molęda-Zdziech, socjolożka, zainteresowania badawcze skupiają się wokół lobbingu, grup interesu oraz zagadnień mediatyzacji życia publicznego

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.