Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
"Zachodni kult szczęścia to dziwna przypadłość. Jak zbiorowe zaczadzenie" - mówi Pascal Bruckner w eseju zatytułowanym "Szczęście to piekło". I esej Brucknera, i beatyfikacja Jana Pawła II, i radosna rocznica Konstytucji 3 maja, i wiosna - wszystko to skłania do refleksji nad pogonią za szczęściem.

Autor dokonuje w swoim eseju arcyciekawej analizy naszych postaw i zachowań w dążeniu do szczęścia. Jeżeli w starożytności szczęście śmiertelnika nie było grzechem ani występkiem moralnym, to już w średniowieczu mogło być ucieczką od transcendencji, od zbawienia. Dzisiaj dążeniu do szczęścia podporządkowujemy wszystkie dziedziny i sfery naszego życia. Uszczęśliwiać nas ma medycyna, ekonomia, kultura, polityka. Nasza kuchnia przypomina aptekę bądź laboratorium, bo ma zapewnić nam doskonałą sylwetkę, a to jeden z warunków szczęścia.

Ziemski raj jest tam, gdzie ja

W swoich rozważaniach autor pomija wprawdzie Kartezjusza i epokę renesansu, która jest okresem emancypacji człowieka i doczesności jako wartości nadrzędnych. Podkreśla natomiast rolę oświecenia jako epoki, która ustami Woltera ogłosiła: "Ziemski raj jest tam, gdzie ja". Jest to, jak sądzę, prawda nie tylko tamtych czasów. Wolter to wielki - jak powiedzielibyśmy dzisiaj - prowokator i ekscentryk. A oświecenie to początek drogi ku wyzwoleniu intelektualnemu, duchowemu, obyczajowemu i religijnemu. Dzisiaj już ogromną część tej drogi mamy poza sobą. Dla wielu Kartezjusz i jego racjonalizm są wyznacznikami w poszukiwaniu prawdy. Natomiast pokolenie romantyków pokazało nam, czym jest potęga i wolność ducha.

A religia i obyczajowość? - te zawsze kształtowały się stosownie do potrzeb. Toteż wiek XIX i XX stały się w historii czasem ogromnego przyspieszenia we wszystkich dziedzinach dociekań i odkryć naukowych. I tak oto stanęliśmy w przedsionku piekła, któremu na imię "szczęście". Trzeba, wypada, należy być szczęśliwym. Nieszczęśliwy - to gorszy, wykluczony, to odmieniec i potępieniec, to nieudacznik. Taką wizję społeczeństwa już dawno temu prezentował Melchior Wańkowicz (któż dzisiaj o nim pamięta?) w swoich książkach opisujących życie Ameryki - "Królik i oceany", "W pępku Ameryki", "Atlantyk-Pacyfik". Przeciętny Amerykanin to typ jowialny, zadowolony z siebie, z przylepionym do twarzy uśmiechem i na każde pytanie odpowiadający niezmiennie - OK.

W tym kontekście wypada napomknąć o Polaku, który na pytanie - "jak leci"- odpowiada zazwyczaj - "jak krew z nosa". My nie byliśmy nigdy tymi, którzy potrafią być szczęśliwi. Naszą specjalnością były: mesjanizm, prometeizm, cierpienie za miliony... Ta ideologia cierpiętnicza, porozbiorowa, postromantyczna, postkomunistyczna odpowiadała nam przez wiele dziesięcioleci. Jej żywotność i siłę możemy także obserwować we współczesnym życiu politycznym - mam tu na myśli nasze resentymenty antyrosyjskie i antyniemieckie, ujawniające się w koncepcjach politycznych Prawa i Sprawiedliwości.

Słowa... słowa... słowa...

Coś się jednak zmieniło po transformacji, jaką przyniósł rok 1989. My teraz także chcemy pokazywać światu swoją szczęśliwą twarz, radość i poczucie spełnienia. Autokreacja i autopromocja to zjawiska i postawy jakże powszechne. Wszyscy pragną "sprzedać się" jak najlepiej, wszyscy grają lepiej lub gorzej role, jakie dla siebie wybrali z nadzieją, że to ich przybliży do upragnionego sukcesu. Wszyscy chcą uchodzić za ludzi sukcesu. Problem w tym, że jest to po prostu zwykłe targowisko próżności, któremu towarzyszą słowa... słowa... słowa...

Wiek XX to epoka ideologii, które przywiodły ludzkość do katastrofy, lecz także uświadomiły człowiekowi, że ratunek tkwi tylko w nim samym.

Skąd więc bierze się "piekło szczęścia"?, konieczność bycia szczęśliwym? To skutek upadku ideałów, wartości, to skutek sekularyzacji życia i rezultat przeświadczenia, że "ziemski raj jest tam, gdzie ja". Tak oto myśl oświecenia okazała się być myślą nieśmiertelną. W "piekło szczęścia" wpędziliśmy się sami, nie wierząc, że jest jakiekolwiek szczęście i dobro poza nami i poza naszym bytem doczesnym. A więc "piekło szczęścia" to rezultat upadku znaczenia religii oraz wszelkich ideologii. Koszmarne doświadczenia XX w. - wojny światowe i totalitaryzmy - dowiodły znikomości i kruchości człowieka oraz jego marzeń, rachub i planów. Niewielu już wierzy w byt przyszły bądź w "raj na ziemi", tzn. w ustrój doskonały, który przyniesie wszystkim spełnienie ich oczekiwań. Większość sądzi, że jeśli szczęście jest możliwe, to tylko tu i teraz. I to jest jedyna alternatywa dla szczęścia za wszelką cenę.

Świat walczących egoizmów

Co rzekłby na to wszystko prof. Władysław Tatarkiewicz - autor rozprawy "O szczęściu"?

Zapewne nie potępiłby naszych marzeń o szczęściu i dążenia do ich realizacji. Są one niezbywalnym prawem każdego człowieka. Natomiast dążenie do szczęścia za wszelką cenę, wg zasady - cel uświęca środki - musi budzić sprzeciw. Tego rodzaju postawy nie są, niestety, odosobnione. Żyjemy w świecie walczących egoizmów, dla których nasz młody kapitalizm jest doskonałą pożywką. Tymczasem sztuka życia szczęśliwego nie polega na podporządkowywaniu sobie wszystkiego i wszystkich. Drapieżność, zaborczość, tupet i brak skrupułów to nie jest recepta na szczęście, a przecież jakże często spotykamy takie postawy i taki styl życia.

Jaki jest nasz ideał szczęścia? Jak zwykle przybiera on postać poniekąd karykaturalną - dla wielu szczęściem jest pogoń za przyjemnością, użycie, skrajny oraz prymitywnie pojmowany hedonizm i epikureizm, poszukiwanie błogostanu. Fetyszem stała się niepohamowana konsumpcja, gromadzenie dóbr. Wszystko to napawa niepokojem. Materialnemu bogaceniu się naszych rodaków towarzyszy proces duchowej pauperyzacji.

Wstydliwą rzeczą jest bieda, natomiast nikt nie oblewa się rumieńcem wstydu z powodu pospolitego prostactwa, braku kultury czy wykształcenia. Jakże często zjawisko to obserwować możemy w świecie polityki! Abyśmy nie mieli problemu prostytuujących się nieletnich "galerianek", aby nie było ucieczek dzieci z rodzinnego domu, kuszonych mirażem szczęścia, jakie daje rzekomo pieniądz i wolność bez granic, powinniśmy wszyscy - rodzina, szkoła, media - kreować i upowszechniać taki system wartości, który wielu zagubionym w pogoni za dobrami powszednimi pomoże dokonywać właściwych wyborów.

Chodzi o to, by dążenie do szczęścia wyrażało się głównie w poszukiwaniu rozwoju duchowego, ładu wewnętrznego, harmonii ze światem i w potrzebie rozumienia ludzi, wśród których żyjemy.

W pędzie i zgiełku współczesnego świata, wśród tysiąca pokus każdy z nas musi ciągle ponawiać odpowiedź na zasadnicze pytanie: co jest dla niego ważniejsze - mieć czy być?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.