Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Komentarz Piotra Pacewicza Laptop nie wyrówna

Jestem czytelnikiem "Gazety" od początku jej powstania. Wśród wielu rzeczy, które zawsze mi się podobały było Wasze zaangażowanie społeczne, przejawiające się w akcjach, za pomocą których próbowaliście poprawić jakość naszego życia codziennego, polityki czy stosunków międzyludzkich.

Większości tych akcji kibicowałem, w przypadku niektórych angażując się nawet poprzez konkretne działanie. W tym większą konsternację wprawia mnie ostatnia akcja, rozpoczęta ok. 2 miesięcy temu pt. "Laptop dla pierwszaka".

Komentarz redakcyjny inicjatora i "pierwszego pióra" tej akcji - red. Piotra Pacewicza, Laptop nie wyrówna z 17 maja 2011 r. przelał kielich rosnącej milczącej irytacji i spowodował potrzebę zabrania głosu. Komentarz ten jest bowiem kwintesencją i zwieńczeniem całkowicie chybionej i absurdalnej idei, która znalazła wyraz w tej akcji. Zasadza się ona bowiem na kilku mitach i niedopowiedzeniach. Ale po kolei.

Mit pierwszy, czyli "muzeum kredy"

Cała akcja od samego początku opiera się na pewnych hasłach, sloganach, mających stanowić mocno brzmiące przesłanie uzasadniające wyposażenie wszystkich naszych maluchów w laptopy na własność. Jednym z takich sloganów, uosabiającym niejako punkt wyjścia projektu jest pozostawanie naszej szkoły w "muzeum kredy", czyli mówiąc wprost- w zacofaniu, skostnieniu, zapóźnieniu dydaktycznym, braku otwarcia na "nowe" i ogólnie nienadążaniu za "światem".

Aby rzetelnie ocenić trafność tego określenia i ocenić faktyczną sytuację w szkolnej klasie należy zadać pytanie może naiwne, ale jednak esencjalne dla napełnienia treścią sloganu. Do czego służy kreda? Otóż, jak wiadomo, kreda (w zestawie z tablicą) służy do spontanicznej transmisji ludzkiej myśli w postać graficzną, widoczną dla innego człowieka.

Przejawia się ona w chwyceniu kredy w rękę i rysowaniu na tablicy liter, cyfr, schematów, wzorów itp. Teraz należy odpowiedzieć na pytanie jakie to cechy oferuje laptop, którymi może zdetronizować zwapniałą kredę?

Szybkość? Raczej nie. Żaden, nawet najszybszy procesor nie zapewni tak szybkiego sposobu przedstawienia myśli czy idei jak zwapniała kreda. Podkreślam, że chodzi mi tu o spontaniczne przedstawienie, nie o pokaz gotowych slajdów tabel, schematów, które miałyby się wyświetlać na ekranie (odpowiednikiem tych ostatnich są obecne w szkole od dawna tablice matematyczne, mapy, schematy itp. - wiszące na ścianach i spełniające z powodzenie swoje funkcje dydaktyczne).

Jeżeli więc nie szybkość to może niezawodność? Wolne żarty. Każdy z użytkujących komputery wie, że są to maszyny psujące się, zależne od wielu czynników technicznych (sieci wewnętrzne, dostęp do internetu, wewnętrzne możliwości awarii rozmaitych części czy wreszcie, szczególnie w przypadku laptopów- podatność na uszkodzenia).

Takie problemy techniczne mogą się pojawić już przy jednym użytkowanym komputerze. A co jeżeli będzie ich w klasie 25? Czy w przypadku awarii jednego, dwóch, trzech laptopów lekcja ma trwać nadal, czy nauczyciel powinien się skoncentrować na usunięciu problemu technicznego? I w jaki sposób nauczyciel będzie przekazywać wiedzę swoim wpatrzonym w ekran pupilom? Będzie pisać na jakimś interaktywnym ekranie będzie transmitować to na laptopy naszych milusińskich? Będzie przesyłać im e-maile ze swojego laptopa? W jaki sposób uzyska skoncentrowanie uwagi na tym co mówi? Czy będzie potrzebny (możliwy?) kontakt wzrokowy z uczniem? Jak podłączyć do gniazdek tyle laptopów? A może ja to źle rozumiem? Może laptopy nie będą cały czas podłączone na ławce ucznia, tylko wyjmowane przy jakichś okazjach? W takim razie do czego konkretnie mają służyć?

Nie są to bynajmniej pytania bezsensowne, albowiem po ziszczeniu się akcji "laptop dla pierwszaka" lekcja nie będzie wcale wyglądać tak jak na zdjęciu z gimnazjum w Gliwicach dołączonym do komentarza red. Pacewicza (gdzie kilka grupek dzieci siedzi przy kilku laptopach). Każdy będzie już miał swojego, swoje okno na cyberświat.

Następną kwestią jest, iż orędownicy akcji w sposób stronniczy i dopasowany do swojej tezy przedstawiają nauczycieli , z których większość ma wątpliwości co do słuszności proponowanej idei. Prezentuje się ich jako kustoszy owego muzeum kredy, jako oporną materię, niechętną nowoczesności, wyjątkowo odporną na nadążenie za technologiami itp.

Jest to ocena niesprawiedliwa i powierzchowna. Nauczyciele widzą po prostu praktyczną stronę uszczęśliwienia ich oraz wszystkich 7-latków laptopami. Widzą 20-30 maluchów siedzących w ławkach i wpatrzonych w ekran i zapewne zastanawiają się jak wprząc ten gadżet do edukacji początkowej.

Mit drugi: skok cywilizacyjny

To uzasadnienie jest lejmotywem całej akcji. Jego kwintesencją jest stwierdzenie red. Pacewicza w jego ostatnim komentarzu: "zamarzyła nam się Portugalia, która rozdając 1,5 mln laptopów dokonała skoku cywilizacyjnego". Podrążmy więc temat. Byłbym wdzięczny gdyby mi objaśniono na czym polega ów skok cywilizacyjny Portugalii? W czym on się przejawia? Czy już w samej czynności rozdania laptopów? W takim razie rozdajmy komputery nie tylko maluchom, ale też emerytom, rolnikom itp. Będziemy wówczas jeszcze wyżej w szczeblu cywilizacyjnym. Bo chyba pisząc o tymże skoku nie miał na myśli widma bankructwa, przed którym stanęła Portugalia realizując rozrzutną, lekkomyślną i prowadzoną ponad stan politykę budżetową, na którą złożyły się m.in. decyzje typu: kupujemy laptop dla każdego siedmiolatka?

Również argument wyrównania "zapóźnienia informatycznego" bądź, w wersji bardziej radykalnej: likwidowania "wykluczenia informatycznego" jest w istocie rzeczy wyprany z treści podobnie jak ten o skoku cywilizacyjnym.

Przede wszystkim pragnę zauważyć, że komputery w szkołach są już w tej chwili. Może nie są równomiernie rozłożone ilościowo, może mogłoby być ich więcej. Jednak globalnie w sposób sukcesywny zasoby komputerowe szkół są permanentnie zwiększane, nowo zakupowany sprzęt jest w miarę harmonijnie wprowadzany. Tym samym szkoła zmienia się ewolucyjnie, w sposób ciągły adaptując nowe rozwiązania.

Jeżeli zaś chodzi o dostępność komputerów w domu, to przede wszystkim trzeba zauważyć, że w Polsce, podobnie jak na świecie cena komputerów od wielu lat spada, rośnie natomiast siła nabywcza Polaków. Podobnie jak było z telewizorami w latach 60-70. ub. wieku, z video i antenami satelitarnymi w latach 90., tak komputery w coraz większym stopniu "trafiają pod strzechy".

Nasycenie komputerami jest już na tyle duże, że z pewnością nie mamy podstaw mieć poczucia, że jesteśmy daleko w tyle za innymi krajami europejskimi. Istnieją obszary społeczeństwa, które bądź to z niedostatku środków, ale też również z własnej woli nie mają komputera w domu. Pytanie tylko czy wyposażenie pierwszaka w laptopa spowoduje, że będzie on rzeczywiście korzystał z komputera w domu? W przypadku ubogich rodzin trzeba przecież ponieść dodatkowy koszt łącza internetowego. W przypadku rodzin wielodzietnych jest wysoce prawdopodobne że pierwszak zostanie "wysiudany" sprzed komputera przez starsze rodzeństwo lub przez rodziców i cały cel edukacyjny szlag trafi. A nawet zakładając że to pierwszak będzie operował na swoim laptopie w domu, to czy firmujący akcję naprawdę myślą, że pogrąży się w mądre programy edukacyjne? Takie naiwne założenie może formułować tylko ten, kto nie widział dziecięcych oczu gorączkowo wpatrzonych w szybko zmieniające się obrazki na ekranie komputera. Przeważnie są to gry nie najwyższych lotów a coraz częściej wszelkiego rodzaju śmieci, jakich pełen jest internet.

Czy to jest zatem uosobienie owego skoku cywilizacyjnego? Zabawmy się na śmierć? Mnie wychodzi na to, że używane przez zwolenników akcji hasła są jedynie pustymi sloganami bez żadnej treści, czystym pustosłowiem.

Mit trzeci: komórkowi dobrodzieje

Przyczynkiem do całej historii z laptopami stała się propozycja (nie jestem niestety zorientowany od kogo ona wyszła) firm - właścicieli sieci komórkowych, iż zamiast płacić państwu za przedłużenie koncesji 900 mln euro, zapłacą 10 proc. tej kwoty zaś pozostałą część przeznaczą na rozwój swoich sieci i na wyposażenie wszystkich pierwszaków w laptopy. Jednym słowem sprezentują kosztowne urządzenia wyciągając nas przy okazji z dołka cywilizacyjnego. Rewelacja! Tylko czy aby na pewno?

Gdy się bowiem bliżej przyjrzeć, nie jest to żaden prezent, tylko przekierowanie pieniędzy należnych budżetowi państwa na inny cel. Akurat tak się składa, że ten cel może przynieść w przyszłości krociowe zyski dobrodziejom. W pierwszym rzędzie w ciągu niecałych dwóch lat odrobią oni sobie środki wydane na laptopy w postaci pieniędzy za abonament od obdarowanych, czymże bowiem jest laptop bez dostępu do internetu?

Lecz tak naprawdę chodzi o cel bardziej dalekosiężny. Wyposażając bowiem całą populację znajdującą się w określonym wieku w laptopy, wyhodują sobie armię konsumentów, z których duża część będzie uzależniona od bycia online. Że przesada z tym uzależnieniem? Wydaje mi się to wysoce prawdopodobne. Te dzieci nie będą znały innej rzeczywistości niż ta, w której 24 h na dobę jest się podłączonym do internetu.

Już dziś można zaobserwować na ulicach miast, na lotniskach, w pociągach coraz więcej ludzi zatopionych w swoich gadżetach, nie zwracających uwagi na otoczenie, ale online. Zatem dla sieci komórkowych jest to swoista "transakcja wiązana", czysty biznes.

Pomijanie tego aspektu sprawy jest, delikatnie rzecz ujmując, wielkim niedopowiedzeniem akcji. Wszyscy o tym wiemy, ale o tym nie mówimy. Jeżeli się mylę co do intencji dobrodziejów, to proponowałbym taki test: niech sieci komórkowe zapłacą za przedłużenie koncesji pełne kwoty, a zaraz potem niech kupią laptopy wydobywające nas z zapaści cywilizacyjnej. Ciekawe czy zachowają swój zapał?

Już zupełnie na marginesie uważam, że promowanie przez "Gazetę" kreowania przyzwyczajeń (w wielu przypadkach - uzależnień) laptopowo-online'owych jest swoistym strzałem w stopę. Albowiem klient z mocno zakorzenionymi przyzwyczajeniami tego rodzaju odwróci się od prasy drukowanej, przez co po pierwsze spadną dochody z jej sprzedaży, a po drugie a poprzez wszechobecną w sieci darmochę, będzie to sukcesywnie obniżać poziom poważnego dziennikarstwa.

Z powyższych powodów uważam, że pomysł sprezentowania pierwszoklasistom laptopów jest pomysłem złym: szkodliwym z punktu widzenia jakości edukacji, skutków społecznych i fatalnym z punktu widzenia jakości gospodarowania groszem publicznym, zaś argumenty za przeprowadzeniem tej akcji są oparte w większości na pustosłowiu, komunałach i hasłach bez treści.

Pana Redaktora Pacewicza, którego osobiście cenię i szanuję za jego działalność dziennikarską i postawę w sprawach społecznych proszę, aby pomimo mojej ostrej oceny powyższe uwagi potraktował jako życzliwą krytykę i zastanowił się czy jego zapał nie jest godny lepszej sprawy. Niestety, obawiam się, że prawicowi publicyści, którym tak łatwo wystawia się na strzał nie będą już tacy życzliwi. Ale to już inna historia...

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.